Ach, ten zgiełk, czyli Moda na modę. Odcinek 1500100900


Łódzki tydzień mody jest niczym rasowa opera mydlana. Jest radość, jest pot, jest krew, są łzy, prowokacje i intrygi. Są czarne charaktery, złe do szpiku kości, a jednocześnie pełne gracji, są niewinne i dobre lilije, są panowie z czarnymi teczkami, szare eminencje i klauni. Jest arabski suk, jest przyjęcie dla arystokracji, znajdziemy też wiejską potańcówkę. Do końca nie mogę się zdecydować jaką rolę odgrywam w tym serialu. Czy jestem Alexis (jest we mnie dużo pokładów złośliwości) czy też Krystle (bo czuję misję i jestem bardzo miła). Przyjmijmy, że jestem jednak bardziej złym charakterem niż kryształową gracją. I dlatego moje podsumowanie będzie takie, a nie inne.

Minął blisko tydzień od zakończenia ósmej edycji Fashionphilosophy Fashion Week Poland. Plany ambitne – zobaczyć każdy pokaz w moim przypadku są zazwyczaj nie do zrealizowania. Zmęczenie fizyczne i psychiczne (a może po prostu lenistwo) zazwyczaj wygrywa z zajadłością. Za dużo myślę o polskiej modzie i w pewnym momencie nie czuję się już dobrze w tym zgiełku miliarda osób, które choć na chwilę chcą się ogrzać w jej blasku. Bo jaka ta moda by nie była – wartościowa czy nędzna – niemal każdy odrobinę zainteresowany ciuchami chce w tym uczestniczyć.

Z opinii osób niezaangażowanych w wybory kolekcji na OFF czy Designer Avenue słyszałam opinie, że OFF w tym roku był lepszy od głównego wybiegu. Dla mnie, jako członka rady programowej jest to miła informacja. Wygląda na to, że wszyscy mający swój udział w wybieraniu kolekcji dali przysłowiową radę. Moja opinia, oczywiście subiektywna, jest podobna. Na OFF zobaczyłam 80 % dobrych kolekcji. Na Alei nie zawiodły mnie czarne konie, było kilka zaskoczeń, ale nadal jest to raczej stosunek 40 % dobrych kolekcji do 60% pomyłek, skandalicznych wykwitów celebrytów i mało pomysłowej konfekcji. Cóż, być może jest to znak, że nadchodzi nowa gwardia, która ocali naszą twarz i nie będzie robić nam wstydu przed zagranicznymi gośćmi.

Mam pewną refleksję co do samej organizacji tygodnia mody w Łodzi. Teren na Tymienieckiego w tym sezonie był świetnie zaaranżowany, to był wielki plus. Jeśli chodzi o same kolekcje, to myślę, że należałoby w oficjalnym grafiku wprowadzić pewne rozgraniczenia – zaznaczyć pokazy projektantów zaproszonych przez radę, wybranych w głosowaniu, pokazy sponsorskie i pokazy płatne. To pozwoli na jasny komunikat – to jest nasz wybór, jesteśmy z tego dumni, a to jest pokaz opłacony przez projektanta, który podjął ryzyko wydania niemałej sumy na pokazanie się w Łodzi, ale nie jest tam z rekomendacji rady. Niestety jest to potrzebne, bo częściej zdarzają się pokazy płatne, które są złe i rzutują tym samym na samą radę programową i zmuszają do rozmów kuluarowych o jej kompetencji (czy też jej braku). Dodatkowo złe pokazy zniechęcają topowych projektantów do pokazywania się w Łodzi – nie są to moje domysły, ale wątpliwości samych projektantów. Mam nadzieję, że jest szansa na zmiany i wprowadzenie takiego rozgraniczenia w oficjalnym harmonogramie pokazów. A gdyby w końcu jednak po wszystkich pokazach okazało się, że w materiałach prasowych jest kompleksowa dokumentacja każdej sylwetki z każdego pokazu to byłoby cudownie. Chociaż na to już chyba nie liczę, bo niestety co sezon rozczarowuję się zdjęciami pokazowymi.

Teraz może trochę pozytywów. Po raz pierwszy OFF Out Of Schedule odbył się w budynku Domu Towarzystwa Kredytowego. Budynek z końca XIX wieku jest zwieńczony antykizującym frontonem, wypełnionym reliefem z ponadczasową dewizą – Viribus Unitis (Wspólnymi siłami).

Ta pozytywistyczna maksyma idealnie wpisuje się w ideę pokazów offowych. Wspólnymi siłami – projektantów, modelek i modeli, wolontariuszy, organizatorów, koordynatorów, wykładowców i mentorów młodych adeptów projektowania, rady programowej, dziennikarzy i widzów tworzy się wspaniały obraz młodej, polskiej mody. Choreografia pokazów w dość małych wnętrzach często była lepsza niż na alei, a młodzi projektanci trafiają swoimi propozycjami w polski rynek lepiej niż wieloletni wyjadacze. Bo oczywiście chodzi o to, żeby było wyjątkowo, awangardowo, ale i „sprzedażowo”. Kas Kryst, Kamil Sobczyk, Thunder Blond, Paulina Plizga, Ima Mad, Bola – to najlepsze pokazy offowe. Na indywidualne recenzje też nadejdzie czas, także wybaczycie, że tylko wymieniam – nie chcę nikogo pominąć.

Jeśli chodzi o Aleję, to niezmiernie się cieszę, że Sylwia Rochala mogła pokazać swoją kolekcję właśnie na głównym wybiegu. To kolekcja doskonała, gotowa pod względem komercyjnym do wdrożenia prze takie marki jak Nike czy adidas. Tak samo zaskoczył mnie pokaz Annis, kompletnie nie w mojej estetyce, ale powalający konsekwencją, pomysłowością i rozmachem. Wzruszeń i pozytywnych emocji dostarczyły mi dwa pokazy – na Nenukko byłam bliska łez, prostota projektów, choreografia pokazu totalnie mnie wzruszyła. Tak samo Michał Szulc, który kupił mnie już na początku komunikatem na ekranie, będącym tłem wybiegu – „sorry, no show today” przez swoje płaszcze i kurtki, aż po muzykę.

MMC sprawiło, że będę z niecierpliwością oczekiwać na jesień i zimę – mam nadzieję, że płaszczy i kurtek starczy także dla mnie (coś mi mówi, że 3 sztuki ubrań MMC w mojej szafie to tylko początek).

Wojtek Haratyk jest dla mnie totalnym wygranym tej edycji (może na równi z Rochalą) – chcę, aby mężczyźni nosili jego płaszcze, garnitury, kurtki, spodnie. Nie chcę liczyć na polskiej ulicy pań w płaszczach Desigual. Chcę liczyć facetów w Haratyku!

Berenika Czarnota uwiodła mnie znów swoimi dzianinami.

I chyba to wszystko jeśli chodzi o Aleję. Niestety niedzielnych pokazów już nie dotrwałam, więc trudno powiedzieć mi  na ten temat coś konstruktywnego. Patrząc na relacje zdjęciowe, zakładam, że jedynymi dobrymi kolekcjami niedzielnej alei były te autorstwa Kamili Gawrońskiej-Kasperskiej i Wioli Wołczyńskiej. Ale przyjdzie się pofatygować osobiście, aby zobaczyć ubrania projektantek na żywo.

Moment kryzysu nadszedł w czasie pokazu Ewy Szabatin. To była kpina z widzów i mody. Pani, której wydaje się, że skoro mówi, że jest projektantką, to emanacje jej umysłu na wybiegu stają się projektami i modą przez jakiekolwiek M. Niestety tak nie jest. Trzeba iść do szkoły. Albo pozostać przy wywijaniu nogami przy kankanie. Bo cekinowe sukieneczki, naszyjniki z agrafek i modelki pokazujące „faka” publiczności – to nie jest moda.

Napiszę jeszcze o jednym fakcie. W piątek, 19 kwietnia, 70 lat temu wybuchło powstanie w getcie warszawskim. I jeden człowiek o tym pamiętał i dał temu wyraz trzymając na pokazach żółtego żonkila. Janusz Noniewicz. Jestem fanką i składam ukłon. Bo zapominamy, że moda nie istnieje bez historii, że nie zaczęła się wczoraj, że blogi to nie wszystko, że autorytety są ważne, że warto wiedzieć kim była Jadwiga Grabowska. Przydałoby się dodać trochę refleksji do tego zgiełku, który w obliczu takich spraw nie ma totalnie znaczenia.

8 komentarzy

  • shinysyl napisał(a):

    świetny tekst, czyta się jednym tchem i nie mrugając oczami !:)

  • Jacek Kłak napisał(a):

    Jak zawsze czytałem z uwagą. Tak niewielu dziennikarzy chce głębiej wejść w problematykę polskiej mody.Wiele uwag cennych i niezbędnych do dalszego upgrate imprezy.Dopada mnie refleksja co by było gdyby wprowadzić zasadę tylko płatnych pokazów tak jak jest to na całym swiecie????. Boję się pomyśleć co byśmy oglądali… Sugeruję więc patrzeć na to jako na stan przejściowy. Jeszcze raz podkreślam: nikomu na Świecie nikt pokazów nie funduje a już na pewno nie płaci za przyjazd jak oczekują niektórzy w naszym kraju -chyba czas o tym otwarcie mówić!!. Ciągle za normę w POlsce uznaje się robienie pokazów dla sponsora według jego potrzeb terminu i okoliczności i doboru gości z akcentem na przekaz w prasie plotkarskiej a nie fachowej. To nie jest ściezka rozwoju projektanta!!! Czemu daliśmy sobie to wszyscy wmówić i w tym tkwimy od ponad dekady? Ciągle FW traktuje się jako szansę debiutu i jakiegoś tam zaistnienia na rynku mediów. Najwięksi nie zauważają chyba jak wielu młodych weszło do handlu głównie na portalach(mostrami,cloudmine,shwrm itp.) ale też do multibrandów (Mysia3,Manufaktura itp.) . Najbliższe lata mocno przemodelują polską scenę i czeka nas okres kilku głośnych wzrostów i upadków. Nadchodzą czasy powrotów firm odzieżowych w nowej odsłonie co jest normą w Berlinie,Paryżu czy Londynie. Norman a zwłaszcza Aryton jest doskonałym gorącym przykładem . A co do niektórych pokazów powszechnie krytykowanych- jeśli ktoś się wystawia na „strzały prasy” i za to płaci to chyba jego wybór. To z czasem się oczyści samo czemu mamy tym sterować?. Ponadto :na żadnym FW nie ma kilkudziesięciu doskonałych kolekcji. Gdyby nie słabsi nie mielibyśmy chyba odniesienie do lepszych. Jako organizator ,który teoretycznie powinien tylko dbać o promocyjną i techniczną stronę realizacyjną (tak robi Berlin,Moskwa ,Paryż) -musimy balansować pomiędzy ekonomiką takiego projektu a misją pokazywania i promowania najlepszych co też nie jest normą . (Świat jest brutalny i wcale najlepszych na co dzień nie dopuszcza do głosu).Jak powiedział Michał Szulc (dzisiaj w TVN) -polski rynek mody jest szczególnie chory i potrzeba 10 lat aby wyleczyć tę patologię. Temat otwarty do dyskusji choćby w gronie Rady programowej:) P.S. Kamila Gawrońska nigdy nie została wybrana przez Radę do pokazu choć moim i nie tylko zdaniem należy do największych obietnic polskiego designu-to też należy brać pod uwagę tworząc reguły ……

    • Ewa Kosz napisał(a):

      Panie Jacku, ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że proporcja u nas jest zaburzona, jest mniej kolekcji płatnych, a powinno być więcej. I oczywiście, jeśli ktoś płaci za swój pokaz i pokazuje coś nędznego to oczywiście jednocześnie chwała mu, ze chciał zaryzykować swoje pieniądze, a z drugiej strony prasa ma prawo napisać o tym pokazie to co myśli. Jak Pan pewnie zauważył, nie pisze o tym, które kolekcje na offie były wyborem Rady, bo wtedy łatwo dodać dwa do dwóch i wyselekcjonować kolekcje opłacone. Jeśli ktoś jest dociekliwy, to mógłby to sprawdzić – wyniki w końcu były ogłaszane, ale ja nie zamierzam robić takiego rozgraniczenia, skoro wy jako organizatorzy tego nie robicie. Co do obrad rady programowej Alei nie mogę nic powiedzieć, w końcu w niej nie uczestniczę. Wiem, że pokazy płatne są potrzebne, ale może się okazać, że projektanci, którzy pokazują się na alei „z wyboru rady” wcale nie byliby tak niechętni, aby cokolwiek dorzucić do wspólnej skarbonki. Przynajmniej taką mam nadzieję. Nasz fw jest ewidentnie inny od tych światowych właśnie z powodu rozłożenia tych proporcji kasy i swego rodzaju mecenatu. Nie mam pojęcia, ile jeszcze czasu upłynie i zmieni się to. Myślę, że potrzebna jest też ingerencja Ministerstwa Kultury i stworzenie jakiegoś departamentu mody czy czegoś na kształt brytyjskiego Fashion Council. Tylko kto to wychodzi, komu się chce?

      • Jacek Kłak napisał(a):

        Pani Ewo. Jest Pani cudowną idealistką i rozumiem to bo często patrzę podobnie na wszystko przez swój wyidealizowany pryzmat. Zacznę od Ministra Kultury. Jakiś czas temu zwróciliśmy się do MK o patronat. Nawet nie liczyliśmy na złotówkę pomocy-tylko patronat honorowy. Dostaliśmy odpowiedź ,że profil działań MK nie obejmuje mody bo takowa do kultury się nie zalicza. Serio!!!Na co więc liczymy marząc o czymś jak Fashion Counsil? Nie ukrywam ,że dla mnie to marzenie aby jakaś fundacja wzięła na siebie odpowiedzialność za wybór tych których promujemy byleby nam zapłaciła za naszą pracę którą robimy na maksymalnie profesjonalnym poziomie. Tak być powinno.
        Druga sprawa: to ,ze ktoś płaci nie może być traktowane jako jakieś piętno a tak trochę idzie to w tym kierunku. Jeśli ktoś pokrywa 20 % wartości produkcji pokazu to nadal jest wyróżniony bo dostaje 80% rabatu a jego nieszczęściem jest jedynie tylko to ,że nie zaliczył się do wąskiego grona którego utytułowała Rada. Niemniej zdobył kilka punktów ,które na to przyzwoliły.Nie wpuszczamy każdego kto chce zapłacić. Mieliśmy kilka propozycji za 100% stawki (czyli 5 x więcej niż zwykle płacą projektanci) i się nie zgodziliśmy ponieważ mocno obniżyłoby to poziom. Proszę mi wierzyć ale w Moskwie jak ktoś ma 20 tyś USD to pokazuje co chce, nie ma cenzury…Na koniec konkluzja. Ci co płacą paradoksalnie będą silniejsi i mogą najdłużej utrzymywać się na rynku bo muszą lepiej sprzedawać i zarabiać czyli dopasowywać się do rynku .Wiemy ze to wymaga większej aktywności biznesowej i elastyczności z ich strony. Ja nie chcę straszyć ale dziś wiem ,że niedługo niektóre nazwiska będą miały problemy jeśli nie znajdą silnego partnera finansowego tak jak zrobiła to choćby Ewa Minge lub nie znajdą nagle grubego odbiorcy (tylko czy potrafią profesjonalnie to obsłużyć?). Prosze jednak nie pytać o nazwiska.:)

        • modologia napisał(a):

          Panie Jacku, może przy następnej prośbie do Ministerstwa Kultury warto zwrócić uwagę osobom decyzyjnym, że właśnie dofinansowali książkę Marcina Różyca „Nowa moda polska”, w którym jako żywo moda jest uznana za dziedzinę kultury. I nie jest to bynajmniej odkrycie samego Autora czy kwestia uznania ze strony MK, ale tak po prostu jest – co Pan pewnie świetnie wie i tona badań i literatury za tym stoi (choć nie w języku polskim). Pozdrawiam, Dominika

          • Jacek Kłak napisał(a):

            Dla mnie to też oczywiste ale dla urzędników już nie:) W pałacu Pittich we Florencji obok wystaw sztuki współczesnej jest wielka wystawa twórców mody (historia XXw w pigułce) oraz odbywa się tam słynne Pitti Uomo-ale to chyba dla tych Panów w białych kołnierzykach żaden argument.

  • miranda napisał(a):

    Nie jestem znawczynią mody, nie podążam ślepo za trendami… Być może taka deklaracja już na początku zdyskredytuje mój komentarz? Udałam się na łódzki fashion week z czystej ciekawości. I źle trafiłam. Pierwszy pokaz, który zobaczyłam firmowany był marką Norman (?), nazwiska projektanta nie pamiętam. Pomyślałam: jeśli to ma być designer avenue to chyba nie rozumiem współczesnego designu… Potem był Michał Szulc – jeszcze rok temu odważny, kontrowersyjny, stylowy. Obejrzałam pokaz i przyszło mi do głowy coś, co jest bardzo charakterystyczne dla wypowiedzi po-pokazowych wypowiedzi naszych pseudo-celebrytów: może chciałabym mieć jeden czy dwa płaszczyki z tej kolekcji… Oczywiście jedna jaskółka wiosny nie czyni. Na sali były tłumy. Tuż obok siedzieli na schodach młodzi ludzi – pewnie studenci kierunków związanych z designem, które mnążą się ostatnio w naszym kraju na potęgę 🙂 Jaki był ich komentarz, kiedy modelki prezentujące kolekcję Michała Szulca schodziły ze sceny? „Słabe” Spojrzałam na zagarek i pomyślałam wówczas, że za godzinę mam najbliższy pociąg… Wyszłam na zewnątrz, zobaczyłam rząd taksówek. Wsiadłam do pierwszej z brzegu konstatując, że chyba rok czy dwa lata temu fashion week obsługiwała jedna korporacja… Kiedy już podałam cel podróży : łódź kaliska, podzieliłam się tą moją refleksją z kierowcą taksówki… Zdziwiła mnie odpowiedź, ale przestał dziwić dobór pokazów na designer avenue 🙂 Kierowca taksówki spytał: „zna pani … (to padło imię i nazwisko organizatora)? Chciał, żebym znów dla niego jeździł. Powiedziałem: niech mi zapłaci z góry”. I cóż? Fashion week, fashion time, tylko fashion philosophy wzbudza kontrowersje 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *