Co mi się marzy…

Piątek rano. Biegnę do kiosku po gazetę, choć kiosk dość daleko. Ale nie mogę się doczekać. Czego? Rubryki o modzie.

Cała strona zapisana zgrabnymi zdaniami w pięknym języku polskim. No, może pół strony. Drugą połowę ozdabiają zdjęcia sylwetek z pokazu. Albo radosnej mody ulicznej ujętej w kadry przez fotografa od lat współpracującego z tytułem. Pachnie papier, pachnie farba drukarska. A ja dowiaduję się czegoś nowego. Czytam z zapartym tchem od początku do końca. I potem sobie rozmyślam, ile autor miał do powiedzenia w tak ogranym temacie, jakim jest moda. I jak (po raz kolejny) dobrze mu poszło. Co tydzień nowe refleksje, nowe wiadomości. Na tym samym poziomie, co reszta publikacji. Poziom wysoki, rzecz jasna. Ale bez wywyższania się samego piszącego. Po prostu łatwy w odbiorze, w żadnym wypadku żenujący. W zeszłym miesiącu ukazała się recenzja pewnego pokazu. Ostra, ale merytoryczna. Podobno PR projektanta równie ostro zaprotestował. Projektant zwolnił PR-owca. Nie ma czasu na takie drobiazgi jak przejmowanie się krytyką. Świat się nie skończy, sprzedaż nie spadnie.

Tak się składa, że w ten sam piątek do sprzedaży trafia mój ulubiony miesięcznik. Też o modzie. Dość gruby, z minimalną liczbą reklam na samym początku, których nie trzeba wertować. A jeśli nawet już do nich zajrzę, będą cieszyć oko i z pewnością nie przerażą wątpliwą estetyką. Przejrzysty spis treści. Strony numerowane. Zawartość co najmniej satysfakcjonująca. Opis trendów na najbliższe miesiące wyzwala uczucie zazdrości: chciałabym tak pisać, chciałabym mieć taką wiedzę. No ale przecież po to kupuję magazyn, żeby wiedzę poszerzać. Skupiam się na tekstach z cyklu „Historia mody” okraszonych takimi zdjęciami, że głowa mała. Całość zajmuje kilkanaście stron. Tym razem sylwetka Madame Grès. Za miesiąc ma być Elsa Schiaparelli, podobno znaleźli niesamowite archiwalne materiały, jeszcze nigdzie nie publikowane.

Następnie pięć pełnych sesji zdjęciowych. Wszystkie wyprodukowane przez polskie zespoły. Większość ubrań pochodzi od polskich projektantów. Czuję się zainspirowana (przez duże Z). Kącik zakupowy prowadzony jest przez osoby kompetentne, każda rzecz została opisana wraz ceną, a na przedostatniej stronie pisma odnajdę kontakt do wszystkich sklepów i projektantów występujących w numerze. Kroniki towarzyskiej brak. Po co, skoro mamy ją na bieżąco w Internecie?

To jest fantazja. Bardziej nieprawdopodobna niż bajki o Czerwonym Kapturku czy Królowej Śniegu. Tamten świat nie istnieje, a jeśli wciąż będzie się umacniać nasza rzeczywistość, przestaniemy snuć nawet nieśmiałe marzenia. Proporcja złego do dobrego jest porażająca. Zarówno w druku, jak i w Internecie. Tematyka mody i okolic sprowadzona została na samo dno. Nieliczne wyjątki jeden po drugim odpadają z gry.

Czy potrzebujemy kolejnych portali o modzie, które informują nas dokładnie w ten sam sposób, że kolekcja była fenomenalna, a na ściance pokazali się tacy a tacy osobnicy? Czy potrzebujemy kolejnych stylistów, którzy odkrywają Amerykę spod kapelusza na oczach otępiałych telewidzów i prezentują „nowe polskie marki” istniejące od lat? Dlaczego wciąż nie powstało miejsce, w którym oglądalibyśmy bez przeszkód podane najprościej na świecie zdjęcia z polskich pokazów? Tak, na wzór style.com – i nie przemawia do mnie argument, że w Polsce nie ma czego oglądać. Dlaczego krytyczni mogą być tylko blogerzy (piszę o tych, którzy myślą, a myśli potrafią ubrać w słowa, wbrew stereotypom), a dziennikarze za swoje trzy grosze będą dyscyplinowani przez redakcję albo usuwani tylnymi drzwiami z przedsięwzięcia? Czy naprawdę publiczność zadowala się miałką informacją? Czy satysfakcjonuje ją bezosobowe zaznaczenie tematu? Dobrze wiem, co fascynuje publiczność. Celebryckie ballady i romanse. Ale czy ktokolwiek sprawdził, jak zadziała podniesienie poprzeczki? Czy strach przed utratą reklamodawców jest zbyt silny? A może publiczność by się cieszyła? Może odwiedzałaby strony chętniej?

Piszę to wszystko z perspektywy osoby nikomu i niczemu niepodległej, która w swojej jednoosobowej redakcji może wszystko. Jeśli wyrzucą mnie drzwiami, wejdę oknem. Jeśli nie wpuszczą na pokaz, przejdę się do sklepu i obejrzę wszystko z bliska (o ile warto). Nie muszę się nikomu podlizywać, nie rozumiem, skąd takie pomysły u innych. A, już wiem. Z doświadczenia. Zdaję sobie sprawę, że łatwo mi to pisać z tak luksusowej pozycji, gdzie sama sobie jestem redaktor naczelną, dziennikarzem i cenzurą. Pewnie nie mam pojęcia o połowie rzeczy, które dzieją się między wydarzeniem a drukiem. Wciąż jednak mam ochotę głośno apelować o zwyczajny rozsądek. Przejrzyste spojrzenie. A przede wszystkim odkrycie w sobie ciekawości, otwarcia się na nowe, zejścia z utartych ścieżek. No i zachęcać do tej cholernej walki z ludźmi, którzy poza czubkiem własnego nosa i zawartością portfela świata nie widzą. Czy mamy cokolwiek do stracenia? Marzy mi się, że nie.

 

Dopisek od redakcji: Zdjęcie ilustrujące felieton to okładki magazynu Style – dodatku do New York Timesa. Marzenie nr 1 – mieć coś takiego w Polsce. Marzenie nr 2 – pracować w takim magazynie. (ewa kosz) 

2 komentarze

  • Amodna napisał(a):

    Być może nie ma w Polsce gazet podobnych do tych, które opisałaś. Ale na szczęście od niedawna jest Harper’s Bazar, który jest chyba w Polsce najpoważniejszą gazetą „masową”, skierowaną do przeciętnej czytelniczki zainteresowaną modą. Trzeba pamiętać, że są jeszcze takie czasopisma jak „Rynek Mody”, w którym wyczytamy konkrety, a nie pooglądamy obrazki. No i jest „Fashion Magazine”, który jest już wyrafinowaną wersją pisma o modzie. I tam o polskich projektantach i historii mody można przeczytać wiele.
    Nie mogę nie wspomnieć o blogerach, którzy ambitniejszy, mniej celebrycki świat mody reprezentują. Michał Zaczyński, Tobiasz Kujawa, Harel – te osoby promują polską modę i zauważają jej absurdy, które albo krytykują, albo o nich nie piszą.
    Twoje marzenia mogą się spełnić i spełnią się, bo są w trakcie realizacji.

  • Amodna napisał(a):

    Wspominam o Harel, która jest autorem komentowanego przeze mnie posta. Przepraszam za brak spostrzegawczości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *