Czarność nad czarnościami – Lava, Ania Kuczyńska / AW 2014/2015

Zastanawiam się, jak to się dzieje, że jestem idealnym adresatem kolejnej kolekcji Ani Kuczyńskiej. Siedzę w środku grupy docelowej. Każdą kolekcją projektantka trafia mnie do głębi, dotykając mojego serca, wzruszając mnie krojami i sylwetkami osadzonymi gdzieś w rzeczywistości równoległej i zmuszając mnie do uronienia łzy z powodu idealnie dopasowanej muzyki do pokazu. Ania Kuczyńska mówi: Taka jestem, przyjmujecie mnie, albo nie. I ja ją taką przyjmuję. Bez wyjątków.

Niewymuszona nonszalancja, bez fajerwerków. Ania Kuczyńska pokazuje nam kolekcję skończoną od A do Z, dopracowaną w najmniejszym szczególe. Kroje kobiece aż do bólu. Jeśli koronka to bezkompromisowo na całej sylwetce, ukazująca świetną bieliznę zaprojektowaną razem z Le Petit Trou. Jeśli marynarka, to męska w kroju, ze smokingowymi połami, aby złapać w ryzy kipiącą kobiecość. Kobieta zapięta pod szyję i jednocześnie kusząca wyraźnie zarysowaną talią. Nie pensjonarka, nie zakonnica, raczej żydowska czy protestancka matka, żona i kochanka. Jeśli spódnicospodnie to totalne, szerokie, z wieloma plisami, z mięsistej wełny. Bogactwo detali powala – zaszewki na przodach koszul czy marynarek, podwójne i ruchome karczki, podwójne kamizelkowe przody, bufiaste rękawy, torebki. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność.

Co wyróżnia projektantkę i co widać przy każdej kolekcji? Dbałość o szczegóły. Podczas pokazu Lavy zwróciłam uwagę na fryzury modelek. Jak to mówi jedna z moich przyjaciółek – joysticki, czyli koczki na czubku głowy, upięte były zamiast zwykłą gumką, czymś na kształt frotki, dużej, z materiału, takiej jak „kiedyś”. Tak samo buty – przepiękne szpilki marki Kazar, ze skóry z włosiem, z zamotanymi wokół kostek sznureczkami. I wyobraźcie sobie, idę Mokotowską, a na witrynie u Ani przerysowane gumki do włosów i te troczki. Nie muszę wspominać, że już je mam. Teraz wypada zapuścić włosy, coby joystick na głowie był zacny.

I w końcu czerń. Mój ulubiony kolor niekolor. I ulubiony kolor Ani Kuczyńskiej już od wielu, wielu sezonów. Nie jedyny kolor w tej kolekcji, bo pojawia się też głęboka szarość i granat. A tkaniny? Wełna, francuski tiul, w dotyku tak fenomenalne, że chciałoby się te ubrania nosić na gołą skórę, otulać się nimi. Wychodzę na beznadziejną fankę, bezkrytycznie odbierającą twórczość Ani Kuczyńskiej. Czy robię sobie coś z tego? Nie. Bo ubrania Ani Kuczyńskiej budzą we mnie kobietę, którą często, bez litości zgniatam i duszę. I mogę nie mieć 180 centymetrów wzrostu, ani rozmiaru 34. Ania Kuczyńska widzi we mnie kobietę, nawet wtedy, kiedy ja jej nie widzę w swoim odbiciu. I z tego powodu ją uwielbiam. 

Zdjęcia: Jakub Pleśniarski i Filip Okopny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *