Cztery tematy, o których warto napisać po FW w Łodzi: 1. MALDOROR

Pięść w oko…
…kij w mrowisko.
Pstryczek w nos…
…i odrobina fermentu.
To cały Maldoror. Dosłownie i metaforycznie, a i tak kupuję go całego.

Uwielbiam sposób w jaki potrafi wywrócić do góry nogami nasz mały światek modowy, skostniały i pełen przypadkowych odbiorców, liczących na sztampę i „ładne sukienki”, które jak gumę do żucia, można użyć na każdą okazję. Jego pokazy i projekty nie dość, że trudne są do przeżucia dla takiego odbiorcy, to jeszcze ilustrują, jak łatwo łamie sobie on zęby na wszystkim, co odbiega od „normy”.

Tylko co jest normą? Maldoror pięknie (specjalnie używam tego słowa, by wyrazić kompleksowość idei) pokazuje, że nawet pokaz, który okazuje się prezentacją kolekcji na modelach, stojących pod ścianą normalny nie jest. Bo przecież mieli iść, miał być pierwszy rząd i drugi, a trzeba było… no właściwie co? Podejść i obejrzeć? Tak po prostu? I tyle? Pstryczek w nos. Szczególnie dla tych z „pierwszego rzędu”.

A ja te pstryczki właśnie uwielbiam. I miny tych, którzy zajęli już „swoje” miejsca jeszcze bardziej.

Szczerze mówiąc chciałabym zobaczyć swoją własną minę, kiedy dowiedziałam się, że na pokazie Maldorora ma w roli modelki wystąpić „Mama Madzi”. Naprawdę. W swojej wyobraźni widzę jak na mojej twarzy widać przeskakujące w głowie trybiki: „Mama Madzi”? Prowokacja? Tania sensacja? Co się za tym kryje?

Własnej miny nie widziałam (następnym razem przed takim newsem proszę o fotografa, bardzo mnie ta mina ciekawi), ale obserwowałam reakcje innych uczestników. Jedni łapali za telefony, by jak najszybciej sprawdzić o co chodzi, drudzy bez namysłu wyrażali swoje potępienie, zgorszenie i inne odczucia oscylujące w granicach wstrętu i niedowierzania. Ale tak naprawdę to była sensacja i może niesłusznie, ale sądzę, że przybycie Mamy Madzi zostałoby odebrane jak kolejny przypadek występu celebryty na pokazie. Kontrowersyjny jak cholera, ale nadal. Oczywiście, znaleźli by się tacy, którzy by nie poszli, ale większość pchana ciekawością usiadłaby na swoim wychuchanym miejscu i oglądała show. Bo „show must go on” – w końcu „Mama Madzi” to „Mama Madzi” i mimo potępienia, i tak wszyscy oglądają jej zdjęcia, jak w blasku fleszy jeździ konno w bikini.

„Akcja” (trudno mi znaleźć inne określenie) Maldorora ma pewnie nie jedno, nie dwa i nawet nie trzy dna. To nie jest tylko problem personalnych odczuć, ale także pewnego wartościowania całego zjawiska celebrytów i tabloidowych sensacji, które w internecie rozchodzą się z porażającą szybkością. Bo tak naprawdę sami przyczyniamy się do rozgłosu, który rzeczona Mama Madzi zyskuje. Tak. Z zaciekawieniem wchodzimy na newsy o jej coraz to nowszych wybrykach, czytamy jej absurdalne wypowiedzi. I choć wydaje się nam, że potępiając jej postać jesteśmy moralnie usprawiedliwieni, zadaję sobie pytanie czy tak jest naprawdę? Słowa wyrażające niechęć to jedno, ale… kiedy przychodzi do czynów i tak klikamy. Z ciekawości. Żeby potępić. Żeby  pośmiać się z tego absurdu. Ciągle jednak napędzamy brukowcom ruch, a co za tym idzie sprzedaż.

Gdzie jest ta cienka granica między kliknięciem i wejściem na stronę Super Ekspresu, a wejściem na pokaz, gdzie na wybiegu rzeczywiście pojawiłaby się „Mama Madzi”? Dlaczego w Internecie jesteśmy tak bezkarni? Jak daleko zapędziłaby nas nasza własna ciekawość?

Pięść w oko. Pomyślcie o tym.

Sprostowania Maldorora przytaczać nie będę. Znajdziecie je na profilu projektanta na facebooku. Ja sama muszę przyznać, że do jego pojawienia się nie miałam pewności, czy „Mama Madzi” jest fikcją, czy realną groźbą, która zawisła nad Fashion Weekiem. Tu znowu wrócę do sprawy wartościowania pewnych zjawisk (przeczytajcie do końca, zanim się nie zgodzicie, albo nawet zdenerwujecie): projektanci posługują się celebrytami, by przykuć uwagę widza. Wyważeni, projektujący modę na czerwony dywan zaproszą Sochę albo Gliwę, dlaczego w takim razie buntownik o śmiałych poglądach, jak Maldoror nie mógłby zaprosić Waśniewskiej? Przecież rozgłos to rozgłos…

Tu puszczam do Was oko oczywiście. Jest rozgłos i rozgłos ‚po trupach’. Ten byłby śmierdzący i na miarę Super Ekspresu, który przecież tego smrodku się nie boi, a wręcz jak tylko może go podkręca. Jednak fascynacja samym zjawiskiem jest… fascynująca. A wszystkie pytania, które nadal brzęczą mi w głowie, jeszcze długo będą skłaniały do refleksji, za co dla Maldorora gromkie brawa.

To tyle (aż) o samej otoczce. Kij w mrowisko i mnóstwo przemyśleń.

Tekst: Sara Łątkowska

 Zdjęcie: Szamot Lyzab / FashionPhilosophy Fashion Week Poland

8 komentarzy

  • Spotlight napisał(a):

    Czy zwrócić uwagę rozgłosem i kontrowersją czy może dobrą innowacyjną kolekcją. Co z tego, że tą kolekcję zobaczy pół Polski, co z tego, że był pstryczek w nos. Mnie absolutnie nie zachęciło to do kupienia. Nie lubię rozgłosu jeśli nie idzie z nim w parze jakaś wartość.

  • erill napisał(a):

    Przyznaje szczerze ze nie do konca rozumiem oklaski dla kogos kto potepia zachowanie na ktorego plecach zrobil sobie tlumy na pokazie. Czy to nie hipokryzja jest przypadkiem? Czy ukazanie absurdu jakiegos zachowania jak to tlumaczy projektant posrod tych baranow ktorzy napedzaja to zajwisko naprawde zostala tak odczytana gdy pchali sie tlumie na plecach innych by zobaczyc ta sensacje? Jak na moje oko przekaz jest niestety albo naciagany albo po prostu naiwny. Ci ktorzy mysla podobnie wiedza to bez takich sensacji, Ci do ktorych jest to de facto adresowane i tak pozostana torfami bez wlasnego zdania ktorzy klikaja w kolejne artukuly o sezonowych celebrytach. Spoko, strzal i mysl przednia ino trafnosc na moje oko wiecej niz zerowa.
    Na pokaz nie poszlam, nie szczegolnie do mnie przemawia estetyka projektanta. A celebryci na wybiegu.. no coz.. jest popyt jest i podaz. Tak jak na okladkach. Taki widac nasz mental ze bez celebryty kolekcja nie istnieje.

    • xxx napisał(a):

      Tylko czy on faktycznie tym zagraniem sprowadził te tłumy? Był czwartek, było juz za późno na kupienie wejściówki, zdobycie akredytacji czy zaproszenia. Osobiście nie znam nikogo, kto poszedłby na pokaz ZE WZGLĘDU na tę publikację. Parę osób poszło MIMO JEJ, a większość poszłaby tak czy siak.

      • erill napisał(a):

        Pokaz był w sobotę. To naprawdę sporo czasu by banda lam zwędrowała do Łodzi zeby pokarmic się sensacją. I całkiem dobry chwyt dla tych którzy nie planowali pójść na ten pokaz a tłumie się pchali do wejść. Mnie na tym nie było, poszłam na obiad ale relacje ludzi któ®zy chcieli obejrzec ten pokaz mówiły, że było gorzej niż przed pokazem Jemioła na którym spotkałam naprawdę tak ogromną ilośc pchającego się po trupach bydła że wstyd mi było, że stałam razem z nimi. Pech chciał, że tez chcialam zobaczyć ten pokaz i w kilkanaście minut trzeba było się nauczyć wyższego levelu akrobatyki w staniu na dwóch nogach gdy dziesiąt osob pcha Cię na wejscie szerokości 2 metrów.

        • xxx napisał(a):

          to w czartek dało się jeszcze wejsciówki kupic? Myślisz zresztą, ze ktos by wydał 200 zł na mamę madzi? Bo zaproszenia na pokaz chyba tylkko u projektanta byly do dostania

      • ola napisał(a):

        ale napisali o tym na stronie głównej gazety i to wystarczy, nie wiem jaki procent Polaków wiedział ze aktualnie się odbywa FW w Łodzi, ale Ci co nie wiedzieli dowiedzieli się właśnie w taki sposób. A potem ludzie mody (profesjonaliści) ubolewają/narzekają na publikacje o FW czy na to, że zwykli ludzie patrzą na polską scenę z politowaniem.

  • Adrian napisał(a):

    pięść w mrowisko,
    kij w oko,
    ch*j w dupę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *