Efekt Benjamina Buttona

Wracanie po (jak zwykle) skandalicznie długiej przerwie z tekstem o kosmetykach? Wiem, wychodzi na to, że moda mi się znudziła. Oczywiście, to nie jest do końca prawda. Jeśli zajmujesz się modą zawodowo, zwłaszcza polską, niezależną, to okazuje się, że czasu brak nawet na napisanie jednego tekstu w miesiącu. Plus milion różnych wymówek, zaleganie na kanapie, seriale i robi się pół roku. Ale wiadomo, Ultra to niecodziennik, więc wracam. Z zaskoczenia. Ze strzałem znikąd, czyli właśnie tekstem o efekcie Benjamina Buttona. O co chodzi? Już wyjaśniam.

Autorką tego określenia, a może bardziej komentarza jest córka przyjaciółki mojej mamy, która tak zawsze kwituje moje zdjęcia profilowe na facebooku. Łechce to moje ego, gdy w perspektywie widzę wyraźnie zbliżające się urodziny. Pierwsze z czwórką na przodzie. Jestem narcyzem, co poradzić. Z niestandardową urodą, niektórzy określają to trudną, a inni jak „z międzywojnia” trzeba uważać, aby zważywszy na wiek, grawitacja nagle nie zaczęła działać w przyspieszonym tempie. Czy to z powodu genów, czy też szczęścia wyglądam dość młodo. Ale skoro magiczna czterdziestka się zbliża, stwierdziłam, że trzeba jednak zacząć o tę trudną urodę dbać BARDZIEJ. Konserwacja drogą do sukcesu. Stąd też moja rosnąca fascynacja światem bjuti. Dodam do wora (żeby nie było za idealnie) powoli rodzący się problem dermatologiczny i powód powstania tego tekstu jest już pewnie dla Was  jasny. Oraz jako osoba przemądrzała uznałam, że jako, że się nie znam to się wypowiem.

Ale od początku. Jakieś 3 miesiące temu zauważyłam wzmożone zaczerwienienie policzków. Miejscami pojawiły się plamki. Diagnoza po konsultacji z kosmetyczką – cera naczynkowa, miejscami przesuszona, ale lepiej udać się do dermatologa. Poszukiwania specjalisty były trudne i trwały dość długo. Przesuszenie skóry twarzy postanowiłam zwalczyć ultra nawilżaniem. Stąd eksploracja tematu i moje zainteresowanie koreańskimi kosmetykami. A dokładniej 10-etapowym oczyszczaniem i nawilżaniem twarzy. 

Kosmetyki koreańskie to temat magiczny. I ten rytualny niemalże stosunek do pielęgnacji ciała, a zwłaszcza twarzy. Czytałam o tym nie raz, ale jako, że zazwyczaj po prostu zmywałam twarz żelem, płynem micelarnym i nakładałam krem, wydawało mi się, że co jak co, ale nie będę spędzać 3 godzin rano i wieczorem w łazience, żeby dokładnie oczyścić twarz i ją nawilżyć. To co dotychczas robiłam, wydawało mi się wystarczające. A im więcej czytałam, tym bardziej dochodziło do mnie to, że a. chyba jednak mogę robić więcej dla swojej „urody”, b. to nie musi wcale być aż tak czasochłonne, jak się wydaje, c. chcesz zachować średnią „raz w roku proszą Cię o dowód, kiedy kupujesz alkohol”, to zacznij traktować serio temat wiecznej młodości oraz d. coś chyba jest nie tak, skoro te czerwone plamy nie znikają. 

Od „a” do „c” – wiedziałam, że mogę tym zająć się sama. Punkt „d” wymagał interwencji specjalisty. Popytałam koleżanek i umówiłam się na wizytę w gabinecie doktora Wu. Tutaj zaczyna się historia mrożąca krew w żyłach w kontekście profesjonalizmu i etyki zawodowej. Wyposażona w ogromne pokłady wiary i odpowiednie kosmetyki do zmycia makijażu (przezorny zawsze ubezpieczony) wyruszyłam po pomoc. Doktor Wu szarmancko mnie przywitał, spojrzał na moją przecudną twarz, zapewnił, że makijażu nie muszę zmywać, poświecił lampką i wystawił diagnozę. Trądzik. Trądzik. Najzwyklejszy trądzik. Ja na to – nigdy takiej przypadłości nie miałam. Poza tym te plamki, grudki są czerwone, ale nie bolą, nie mają „zawartości”, są raczej zgrubieniami. Może jednak zmyję makijaż? Doktor na to – nie potrzeba. To trądzik. I przystąpił do przekazania mi zaleceń. Otóż okazuje się, że najlepiej zmywać twarz MYDŁEM PALMOLIVE (to nie reklama, wierzcie mi). Następnie mam swą cudną twarz posmarować wazeliną, przypudrować pudrem w kamieniu i zasmarować dwoma specyfikami na receptę. Wizyta trwała 5 minut. Wyszłam, uprzednio uiszczając opłatę i spojrzałam na recepty. Składy mazideł, które miały mi w cudny sposób pomóc były wręcz oszałamiające. Spirytus, spirytus salicylowy, pasta cynkowa, dużo antybiotyku… Należę do osobników sceptycznych (plus moja mama jest pielęgniarką). Po konsultacji telefonicznej z mą rodzicielką potwierdziłam swoje subiektywne odczucie, że właśnie wyszłam od szarlatana. Koniec końców po wymianie wielu zdjęć recept, zbliżeń na skórę twarzy i rozmów z dermatologiem w przychodni, w której pracuje moja mama, doszłyśmy do wniosku, że rzeczywiście moja skóra wymaga leczenia. Nie miksturami rodem z lat 80., lecz nowoczesnymi lekami na trądzik różowaty w początkowym stadium. Jest lepiej. Chociaż pisanie o tego typu problemach jest ciężkie, bo nagle mówię Wam coś bardzo osobistego, ale moja zajawka kosmetyczna musi być umotywowana. Chcę, żebyście wiedzieli, że to nie jakieś powierzchowne lizanie tematu, bo takie mam widzimisię. Pojawił się problem i walczę z nim. Bo przecież nadal chcę młodnieć.

Co do punktów „a”, „b” i „c” postawiłam na dogłębne zbadanie tematu. Pomocny stał się blog Charlotte Cho, The KLOG i jej książka, „Sekrety urody Koreanek” (choć nie jestem fanką książkowych poradników). Zapaliłam się do 10-etapowego oczyszczania i nawilżania twarzy wg Charlotte. Oczywiście jej system pielęgnacji opiera się na koreańskich kosmetykach, których jak na lekarstwo w Polsce, ale dla chcącego nic trudnego. Ustaliłam szczegóły kolejnych etapów, dopasowałam do nich odpowiedniki, które już miałam w swojej łazience, albo łatwo mogłam zdobyć w polskich drogeriach czy sklepach internetowych i zaczęłam wdrażać ten system. Zatem od początku.

Punkt Pierwszy – demakijaż i olejek myjący.

Oczy zmywam specyfikiem marki EVREE, który poleciła mi moja przyjaciółka Sara i który całkiem nieźle mobilizuje rzęsy do wzmożonej aktywności za sprawą olejku rycynowego. Do oczyszczania reszty twarzy używam dwufazowego olejku BABOR, HY-OL. Później woda, olejek się lekko mydli, zmywam go i już. Olejek ma rozpuszczać cały syf, który zbiera się na twarzy przez cały dzień (dużo tego fruwa w powietrzu), ale i gdy robię to rano (tak, cały proces powtarzamy wieczorem i rano, chociaż do snu się nie maluję).

Punkt Drugi – pianka myjąca.

Podobno po pierwszym etapie twarz jest nadal brudna. Nie sprawdzałam tego pod mikroskopem. Postanowiłam uwierzyć na słowo, w końcu azjatki w tej kwestii wiedzą lepiej. Drugi specyfik do mycia twarzy musi opierać się na wodzie. Tutaj sprawdzają się wszelkiego rodzaju pianki do mycia twarzy. Ja wybrałam na czuja piankę HIMALAYA z miodlą indyjską Neem (nie wiem, co to, ale fajnie brzmi), kurkumą (smaczna rzecz) i wetiwerią. Dlaczego ta pianka? Bo uwielbiam ich pastę do zębów. 

Punkt Trzeci – złuszczanie.

Ten punkt jest fajny, bo nie trzeba go robić codziennie. Peeling robimy raz lub dwa razy w tygodniu. Na blogu Charlotte zobaczyłam fajną rzecz – płatki peelingujące NEOGEN z zieloną herbatą (no i kupiłam). Są super, ale nie kupię tego produktu  po raz drugi. Uważam, że mamy na naszym rodzimym rynku super rzecz – pastę z liści manuka ZIAJA. Kosztuje 6 – 8 złotych i jest genialna. No i pachnie miętą.

Punkt Czwarty – tonik.

Tutaj monotematycznie znów sięgnęłam po HIMALAYA i tonik z miodly NEEM. Ale myślę, że można spokojnie przetrzeć twarz płynem micelarnym. 

Punkt Piąty – magiczna esencja.

I tutaj zaczynają się schody, bo esencja to wynalazek azjatycki i serce koreańskiego rytuału pielęgnacyjnego, jak twierdzi Charlotte. Chodzi o nawilżanie (a raczej pierwszy etap nawilżania). Sprawdziłam składy esencji, które poleca moja koreańska „koleżanka” i znalazłam, myślę idealny, zamiennik. Hydrolat różany MINISTERSTWA DOBREGO MYDŁA działa antyseptycznie, odświeża, nawilża i łagodzi podrażnienia. Kończę buteleczkę, zakupię następną.

Punkt Szósty – serum, ampułki, olejki.

Na tym etapie ładuję wymiennie różne specyfiki. Bywa, że jest to Olej z nasion malin MINISTERSTWA, czasami jest to serum Skinovage BABOR, czasami jest to witamina C w olejku marki AVA, albo dwufazowy koncentrat rewitalizujący ANNE MARIE BORLIND (z ekstraktem z kwiatu pomarańczy). Na półce z tymi wszystkimi buteleczkami pojawiła się nowość marki IOSSI – serum rozświetlające – jeszcze nie mam zdania, ale skład – dzika róża, geranium, cyprys i witaminy E i C – zapowiada cuda. A przecież o te cuda właśnie mi chodzi.

Punkt Siódmy – maseczka.

To na szczęście punkt, który powtarzamy 2 razy w tygodniu. Na szczęście, bo trzymanie na twarzy maseczki w płachcie drastycznie wydłuża cały RYTUAŁ. Używam maseczek w płachcie LOMI LOMI (do dostania w Hebe), koreańskich wynalazków, które można odnaleźć w TK Maxx, maseczek MIZON (do kupienia w sklepie Bańka Mydlana). Poza tym jestem fanką 10-minutowej maseczki nawilżającej marki ORIGINS (kończę kolejną tubkę, nie jest najtańsza, ale bardzo wydajna) i maseczki-kompresu TOŁPA dla cery naczynkowej.

Punkt Ósmy – krem pod oczy (zbliżamy się do końca).

Tutaj będzie szybko – wybierzcie sobie taki kosmetyk, jaki lubicie i jakiego potrzebujecie. Ja używam kojącego i odświeżającego roll-on ORIGINS.

Punkt Dziewiąty – kosmetyk nawilżający.

Czyli po prostu krem nawilżający, emulsja, lekki żel, raz w tygodniu maseczka całonocna. Używam od 3 tygodni koreańskiego żelu marki BANILA CO., it Radiant. Nawilżający i rozjaśniający, z ekstraktem z 10 kwiatów – jest bardzo wydajny i rzeczywiście czuję, jak nawilża skórę. Tylko zakup przez internet, oczekiwanie na przesyłkę – nie wiem czy rzeczywiście jest tego wart. W kwestii kremów nawilżających jestem raczej niewybredna – może być to krem typu ZIAJA za kilka złotych, zdarza się, że kupuję kremy takich marek jak EISENBERG (nie wspominajmy o cenie, jest to ewidentnie sarmacka fantazja). Uważam, że trzeba po prostu wybrać to, co się lubi i na  co nas stać. Najważniejsze jest, żeby tego używać, a nie żeby stało i się kurzyło.

Punkt Dziesiąty – nareszcie! Filtr przeciwsłoneczny.

Żegnaj opalenizno. Słońce jest fajne, ale krem z filtrem przeciwsłonecznym jest jeszcze fajniejszy. Może też być to puder z filtrem. Używam koreańskiego pudru w gąbce MISSHA, który ma filtr 50. Jest bardzo delikatny, ale nie używałam fajniejszego pudru. Na bank kupię kolejny. A jeśli zapragnę na moment stać się „dziewczyną surfera” to smagnę się bronzerem w pudrze. Z filtra nie zrezygnuję. Ten punkt, rzecz jasna, uskuteczniam tylko rano.

Wiem, nudy. Ale od półtora miesiąca stosuję się do zaleceń mojej koreańskiej guru od pielęgnacji (myślę, że pierwszej w całym moim życiu) i mogę powiedzieć, że chyba nigdy nie miałam tak oczyszczonych porów (tak, obrzydliwe słowo) i nawilżonej skóry. I wbrew pozorom cały proces trwa krócej niż przeczytanie tego tekstu. Bez maseczek daję radę w 10 – 15 minut. Nie jest to chyba tak dużo. A skoro zaplanowałam, że będę, niczym Benjamin Button, tylko młodnieć, to nie mam wyjścia. Oczyszczam, nawilżam i maszeruję.

*Tak dla jasności – żadna marka nie sponsoruje tego tekstu ;). Sponsoruję go tylko ja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *