Jacek Kłosiński „Hyakinth”

Nie jesteśmy przyjaciółmi. Tak w zasadzie ledwo się znamy i gdyby nie avatary migające na stronie głównej facebooka pewnie nie pamiętalibyśmy, które jak ma na nazwisko. Trzy lata temu spędziliśmy trzy albo cztery dni w showroomie na pierwszym łódzkim fashion weeku. Pisałam wtedy, że czuję się jak na obozie letnim w stylu survival i zdania nie zmieniłam. Nikt nie wiedział, czego się spodziewać. – organizatorzy po młodych projektantach, młodzi projektanci po organizatorach, a pracujące charytatywnie niedożywione asystentki młodych projektantów po wszystkich dookoła. Po osiem do dziesięciu godzin dziennie usiłowaliśmy ładnie wyglądać i godnie się prezentować, zmęczeni bardziej nudą, niż fanaberiami nielicznych klientów.

Jacek Kłosiński, bo o nim mowa, miał sztender zapełniony znakomicie odszytymi męskimi bluzami sportowymi. Toteż założyłam, że jest projektantem sportowym. Kilka dni później dowiedziałam się, że właśnie zajął drugie miejsce w pierwszej edycji konkursu Re-act, na którym zaprezentował damskie kostiumy zrobione na drutach z pociętych foliowych torebek („Precyzując, to na maszynach dziewiarskich” – mówi Jacek – „a jeszcze bardziej precyzując, to na szydełkarce dwułożyskowej płaskiej”. „Aha” – mówię ja.). Toteż założyłam, że jest projektantem sportowym ORAZ projektantem rzeczy typu re-made. Potem zobaczyłam znakomicie odszyte garnitury. I przestałam zakładać cokolwiek.

***

JK: W tamtym okresie jednocześnie podjąłem pracę w firmie odzieżowej (KAN, właściciel marki TATUUM) w dziale męskim. Pracowałem w jednym zespole z Michałem Szulcem, wiele się wtedy nauczyłem i to wywarło duży wpływ na mój język projektowy – tłumaczy Jacek, kiedy pytam, dlaczego moda męska i dlaczego kroje klasyczne. – We wcześniejszych kolekcjach pokazywałem sylwetki damskie i męskie jednocześnie. Jak się okazało, męskie pozostawały niezauważone, obecność damskich je osłabiała. Dlatego zdecydowałem, że kolejne kolekcje składać się będą z wyłącznie męskich propozycji.

Decyzja, jak się okazało, słuszna. Zawężenie, przynajmniej czasowe, asortymentu i stylistyki uczyniło go bardziej rozpoznawalnym. Jacek jest jedną z niewielu znanych mi osób z branży z wykształceniem kierunkowym, z magistrem w tej dziedzinie. Kiedy wszyscy z mojego kręgu znajomych albo rzucali studia, albo w ogóle się za nie nie zabierali, twierdząc, że projektowanie mody to nie nauka, a wizjonerstwo z domieszką bezczelności, Jacek siedział na tyłku i kopiował Hansa Memlinga. Mało tego. Twierdzi, że to miało sens.

To doświadczenie nauczyło mnie myśleć o kolorze, o formie w abstrakcyjny sposób niezależny od ubioru. Sam proces projektowania jest dla mnie zbliżony do malarstwa, wychodzę od ogólnej idei wokół której buduję całą historię, kompozycję. Przez całe lata powtarzano nam, że „kompozycja jest wszędzie” i teraz muszę przyznać, że mieli rację – mówi.

Martyna Nawrocka: Czy studia są potrzebne projektantowi?
Jacek Kłosiński: Muszę przyznać, że wiele mi dały. Warto jednak zaznaczyć, że studia dają tyle, ile się z nich „wyciśnie”. Ogólnie miałem szczęście do dobrych profesorów, którzy dali mi dużo wolności, przez co musiałem się nauczyć samodzielnego podejmowania decyzji. Było ciężko, ale teraz to owocuje. Dobrze też wspominam wykłady, szczególnie bliska jest mi teoria Witkacego o jedności w wielości.

*** 

Jacek Kłosiński jest dla mnie ciekawym rozmówcą. I ciekawym, jakby to delikatnie ująć, egzemplarzem. Nie jest bowiem zbuntowanym młodym gniewnym, których teraz tak wielu. Nie łamie zasad, nie narzuca się prasie, nie tworzy nie dających się nosić konstrukcji, jest artystą, na pewno, ale bardziej rzemieślnikiem niż wieszczem. I to go czyni wyjątkowym.

Od paru lat w Polsce względnie łatwo jest robić awangardę. Taka moda – publiczność punktuje łamanie zasad. W 2009 roku modny był minimalizm, pojęty często jako maksymalne uproszczenie kroju, konceptualizm, architektoniczność, dekonstrukcjonizm oraz, następujący chwilę po nim, nurt re-made, który w polskich realiach w przedziwny sposób zlał się z dekonstrukcjonizmem i rozmył wśród nieudolnie zwężanych marynarek z lumpeksu. Ów styl, uprawiany m.in. przez Grzegorza Matląga w pierwszej i częściowo drugiej kolekcji, w jego wykonaniu wnosił wówczas jakieś novum – i nie mówię tego tylko dlatego, że to jego niedożywioną asystentką wówczas byłam, ale dlatego, że moją prywatną ocenę zweryfikował rynek – jego pomysły się sprawdzają. Sukienki ze spodni są 3 rok z rzędu jednym z najbardziej chodliwych towarów, a spódnice z koszul – podobne do tych z metką Maldoror, choć przyjmijmy, że z nimi nie spokrewnione – dało się ostatnio kupić w Monnari. Ale już w przypadku jego naśladowców wspieranie się odzieżą używaną oznaczać zaczęło wszywanie nowego suwaka i metki do spódnicy z lumpeksu.

Równie szybko na psy zszedł konceptualizm – w praktyce oznaczający, że młody początkujący projektant sprzedaje publiczności sam – pun intented – koncept, wykonany fastrygą w płótnie, a staranne odszycie (wymagające wiedzy konstrukcyjnej, profesjonalnych maszyn, drogich materiałów) publiczność sobie „dowyobrazi”. Paru na tym całkiem daleko popłynęło, z ulgą zauważyłam, że do fashion weeku Wiosna/Lato 2012 nie dopłynęli. Awangardowi projektanci w 2009, 2010 wyrastali jak grzyby po deszczu. Lud był im przychylny, prasa także. Czemu Kłosiński, ze swoimi umiejętnościami, nie zdecydował się wówczas stanąć w ich szeregach? Co mu przyszło do głowy robić garnitury, kiedy publiczność życzyła sobie ten garnitur w najlepszym razie na lewej stronie i do góry nogami?

***
MN: Nie korciło cię, żeby wybrać ten quasi architektoniczny konceptualizm?
JK: Owszem, korci mnie to cały czas – I dodaje, że obecna kolekcja miała być z założenia zdekonstruowana. Ale… „okazało się jednak, że mogę osiągnąć ten niepokój w granicach krawiectwa typu suit like”.

MN: Miłość do porządnej krawieckiej roboty wśród absolwentów łódzkiego ASP jest z moich obserwacji nieuleczalna.
JK: Staram się zatrzeć granicę między stroną wierzchnią, a wewnętrzną, ale z perfekcyjnym wykończeniem.

***

Wspominałam, że Jacek jest ciekawym egzemplarzem? Ta kolekcja była dla mnie najbardziej oczekiwaną sezonu. Bardzo chciałam dowiedzieć się, co znaczy wpisać dekonstrukcję w granice krawiectwa „suit like”. Cóż. Można na przykład przyszyć kieszonkę pod skosem. Kolekcja została dekonstrukcją muśnięta. Tak, jak z resztą swoim leitmotivem, czyli tragedią w Japonii. Odnoszę wrażenie, że nie ma takiej siły, która zmusiłaby Jacka do epatowania jakąkolwiek estetyką, do narzucania się z jakąkolwiek ideą. Obszarpane gdzie – nie gdzie kawałki tkaniny wszyte, jak zwykle, z dużą precyzją (nie wiedziałam, że dwa z natury obszarpane elementy mogą być tak symetryczne), kieszonka sprawiająca wrażenie zsuwającej się, spadającej, czy nadruki przypadkowych kawałków garnituru na plecach marynarki subtelnie podkreślają treść pozostałych nadruków – przedstawiających wyrwane z kontekstu obrazy zniszczeń po trzęsieniu ziemi. Dekonstrukcja podkreśla destrukcję, i vice versa, ale wszystko to ledwo przebija się spod powierzchni, nie narzuca się klientowi, który wcale nie musi być pro japońskim aktywistą, by założyć taką koszulę.

Każdy po kursie z historii lub teorii sztuki wie, że panuje w tej dziedzinie kryzys definicji. Ci, którzy takiego kursu nie przeszli, prawdopodobnie o tym nie wiedza, ale doskonale się weń wpisują. Otóż, przez ponad dwa tysiące lat sztukę utożsamiano z umiejętnością, z harmonijnym wykonaniem, z precyzją działania, z wiedzą artysty w swojej dziedzinie. Nazwano tę teorię Wielką, bo niewiele było w historii kultury zachodniej konstruktów tak trwałych. Sama koncepcja wyodrębnienia „kultury zachodniej” ma zresztą krótszy staż. Ostatnio jednak coś ludziom odbiło – zaczęli negować wartości rzemiosła w sztuce, wskazując, że sztuka prawdziwa jest wynikiem natchnienia, impulsu, że musi być nieokiełznana i wolna, a co za tym idzie, nieoszlifowana i zależna od kontekstu. Jeśli moda jest sztuką, w Polsce ostatnie 3 lata usiłują zrobić z niej sztukę nowoczesną. Ludzie pokroju Kłosińskiego trzymają ją w ryzach bardziej sprawdzonych reguł. Moda jest jednak także biznesem, podstawowe pytanie więc brzmi – co się bardziej opłaca?

Męskie propozycje Jacka to novum w polskiej modzie, w której dotąd mieliśmy do wyboru grzeczne marynarki typu Ossoliński i niegrzeczne marynarki typu Maldoror. Nie ma – poza Kłosińskim – propozycji dla największej grupy, grupy pośredniej – ludzi, którzy nie mogą ubrać się do pracy jak Gok albo Michał Szpak, którzy muszą zmieścić się w jakimś tam nieoficjalnym dresscodzie, ale nie chcą być ani grzeczni, ani nudni.

Podobną marynarkową rewolucję przeprowadził niegdyś Armani, który dużą część potęgi zbudował na wpół-formalnych garniturach, w latach 70. będących nowością. Zamiast tradycyjnych ciemnogranatowych wełen użył oliwkowych, fioletowych, stalowoniebieskich dzianin, miękkich, wygodniejszych, swobodniejszych. Osobiście, pomysł Jacka, by garnitur pokryć kolorowymi nadrukami, w formach nonszalanckich, ale nie wulgarnych, w barwach głębokich, ale nie nachalnych, uważam za genialny. Facet naprawdę może go założyć do pracy. Albo na imprezę, zamiast – pożal się Boże – swetra. Owszem, należę do ludzi, którzy uważają, że z gustem facetów w Polsce jest naprawdę źle. Na szczęście, nie na tyle źle, by Jacek nie miał klientów.
***

MN: Gdzie można cię znaleźć?
JK: W sklepie fullofstyle.pl. Od niedawna testuję zakładkę „showroom” na facebooku. Jestem w warszawskich butikach Love&Trade oraz Encepence Design Gallery. W Poznaniu, we FrontROW Butik oraz Monosquare. Wybieram z kolekcji kilka elementów, które odszywam w rozmiarówce i to są rzeczy dostępne w sprzedaży detalicznej. Większość jest jednak w pojedynczych egzemplarzach samplowych i pozostają zamówienia indywidualne. Praktyka pokazała, że marynarkę i tak należy dopasować do klienta, a łatwiej jest uszyć nową, niż przerabiać już odszytą.

MN: Te nadruki, to dalej sitodruk?
JK: Teraz drukuję techniką transferową. Projekt w formacie jpg jest drukowany na specjalnym papierze i potem przenoszony na gorąco na tkaninę poliestrową, gdzie na trwale pigment łączy się z włóknem dzięki temu uzyskuje się fotograficzną jakość i niezwykłą trwałość. Poliestru nie trzeba się bać, bo jest najwyższej jakości i nie przypomina w niczym tego, co kojarzy nam się z hasłem „poliester”.

*** 

Wychodzi na to, że bycie mniej awangardowym niż inni z jego pokolenia, czyni Jacka bardziej wyjątkowym. Zapomniałam spytać, czy zastanawiał się kiedyś nad tą kwestią, czy świadomie obrał sobie taki cel. W sumie, w jego przypadku, wszystko możliwe.

JK: Na zajęciach z malarstwa Tadeusz Śliwiński zawsze pytał o celowość użytych przeze mnie środków, żeby nic nie było przypadkowe. Na przykład, kontrastowa listewka służy podkreśleniu temu, że jest wszyta skośnie, a nie dlatego, że akurat taka skóra była pod ręką.

MN:  Nigdy niczego nie zostawiasz przypadkowi?
JK: W projektowaniu? Nie.

 

Z Jackiem Kłosińskim rozmawiała Martyna Nawrocka. Zdjęcia: Martyna Nawrocka 

Blog autorki wywiadu:  www.muncia.blog.pl
Strona projektanta: www.hyakinth.com

LOOKBOOK Jesień / Zima 2011: zdjęcia: Łukasz Brześkiewicz, model: Marcin / MF Models, włosy: Piotr Rek, make-up: Magda Klaman

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *