Jak to się robi w Ameryce?


John F. Kennedy powiedział kiedyś, że “imigranci wzbogacają i umacniają strukturę amerykańskiego życia na każdej płaszczyźnie” („Everywhere immigrants have enriched and strengthened the fabric of American life”).  W Nowym Jorku na wyżyny świata mody i urody wzbiła się, zaskakująco mało znana w Polsce, Felicja Milewicz. Wyemigrowała pięćdziesiąt lat temu, a dziś na szesnastym piętrze budynku wydawnictwa Condé Nast wraz ze swoim zespołem redaguje dział urody jednego z najpopularniejszych magazynów na świecie – Glamour. Jest jedyną Polką w całej redakcji gazety. Wyjechała niemal nie znając języka angielskiego, a zajmuje tak prestiżową pozycję. Mimo swojego napiętego grafiku, Felicja Milewicz znalazła czas, by porozmawiać o tym jak pracuje się w Glamour i o tym jak wyglądała droga po “American Dream”.

Anna Radke: Szefowa Działu Urody Glamour – nie ukrywajmy, że to jeden z najbardziej pożądanych zawodów dla pasjonatów stylu. Jak się udało osiągnąć Pani taki sukces? Wymagało to wielu wyrzeczeń?

Felicja Milewicz: W czasach, kiedy zaczynałam do redakcji pism modowych przyjmowano tylko dziewczyny z bogatych domów, córki polityków. Było to hermetyczne środowisko. Myślę, że o pracę w Condé Nast aplikowało się te kilka dekad temu o wiele trudniej niż dziś. Przygoda z tym wydawnictwem zaczęła się, gdy usłyszałam od koleżanki o wolnej pozycji w Mademoiselle. Wcześniej wykształcenie zdobywałam na dwóch uczelniach w Nowym Jorku – Hunter College oraz Fashion Institute of Technology. Jednak ta edukacja nie pozwoliła mi zdać egzaminu z pisania na maszynie za pierwszym razem, który wymagany był na pozycję asystentki. Po kilku podejściach udało się, spodobałam się szefowym. Jedna z nich była zachwycona, że pochodzę z tego samego kraju, co Roman Polański, druga miała wątpliwości czy powinno zatrudniać się osobę, która dobrze nie zna języka. Tam zaczynałam, aż w końcu po latach zostałam Szefową Działu Urody Glamour.

AR: Niedawno na amerykańskim Amazonie znalazłam “The Beauty Editor’s Workbook” autorstwa Pani i Lois Joy Johnson. Był to rok 1983, pisała Pani wtedy jeszcze jako redaktor magazynu Mademoiselle.  Co Panią zainspirowało do tego projektu?

FM: Zadzwonili z wydawnicwa, zgodziłam się. W latach 80. taki poradnik to była nowość na rynku. Fantastycznie tworzyło się coś oryginalnego, co na pewno pomogło wielu kobietom w tym jak dbać o urodę. Niestety zabrakło czasu, by jeździć po Stanach i promować książkę. Jestem zaskoczona, że Pani ją wyszperała!

AR: Niektórzy uważają, że za oceanem łatwiej wspinać się po szczeblach kariery. Przeżyła Pani swój “American Dream”? W końcu pracuje Pani dla Condé Nast!

FM: Zacznijmy od tego, że Nowy Jork to istny tygiel kulturowy. Jest tu tyle narodowości, na pewno ławiej się wybić, nawet początkowo nie znając języka angielskiego – tak jak ja. Każdy ma szansę, nie ma znaczenia kim jesteś. Motywacja to klucz do sukcesu.

AR: Jak wygląda dzień w redakcji Glamour? To raczej rutyna czy codziennie dzieje się coś innego?

FM: Każdy dzień jest inny, wszystko dzieje się szybko. Jednak codziennie muszę wykazywać się kreatywnością. W dzisiejszych realiach trzeba też dobrze znać rynek. Praca w dziale urody to teraz bardziej biznes niż dziennikarstwo. Liczą się kontakty, ale solidne fundamenty edytorskie też zaowocują, jeżeli wybiera się taką ścieżkę kariery.

AR: Czy ma Pani porównanie z tym jak wygląda praca w tej branży w Polsce?  Dostrzega Pani różnice?

FM: Nie wiem, nie orientuję się jak funkcjonuje polski Glamour, ale myślę, że podobnie. Teraz mamy jeden świat, postępuje globalizacja. Jedyny kontakt z krajem na tle zawodowym miałam podróżując z Estée Lauder, gdy otwierali swój pierwszy sklep w Polsce, a szkoda.

AR: Doradza Pani Amerykankom o tym jak świetnie wyglądać. Czy takie same sugestie kierowałaby Pani do Polek?

FM: Jak już wcześniej wspomniałam, świat się zmniejszył. Wszystkie kobiety chcą wyglądać pięknie, a kanony piękna są teraz bardzo zbliżone. Nie ma znaczenia czy jest to Amerykanka, czy Polka.

AR: Jako specjalistka od urody… Jakie wskazówki dałaby Pani Polkom na zbliżające się lato?

FM: Najważniejsza jest ochrona przeciwsłoneczna. Nie powiniśmy zapominać o odpowiednio wysokich filtrach. Lato to czas odpoczynku, nie tylko psychicznego, ale i chwila relaksu dla urody – kierujmy się ideą, że “mniej znaczy więcej”, i starajmy się wyglądać jak najbardziej naturalnie.

AR: Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę pomyślności.

FM: Również dziękuję.

Tekst: Anna Radke

1 Comment

  • wielki znawca napisał(a):

    tylko ze 50 lat temu w stanach mozna bylo sie przebic od pucybuta do milionera jak sie mialo spryt, pomysly i chec pracy. teraz nawet jak sie ma te cechy to jeszcze trzeba miec znajomosci. jedynie biznes internetowy nadal daje szanse aby zyscil sie american dream

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *