Rozmowa o (byle)jakości z Ryfką, autorką bloga Szafa Sztywniary.

 

Czy to ważne z jakim paszportem i wykończeniem szwów na lewej stronie porusza się po świecie moda – zastanawiałyśmy się z  Ryfką, autorką bloga Szafa Sztywniary i, jak głosi legenda, posiadaczką praw autorskich do terminu „szafiarki“, polskiego odpowiednika „personal style bloggers“, czyli ludzi /także mężczyzn/, którzy uważają, że ubierają się tak wyjątkowo, że grzechem byłoby nie podzielić się co drugim całodziennym zestawem z całą resztą świata.

Pośród nich są ci, którzy kreują mody, ci którzy się do nich stosują oraz ci, którzy wpadli na kiepski pomysł wykorzystania nadmiaru wolnego czasu. Kilka miesięcy temu spora część tej grupy społecznej (w ogromnej liczbie przypadków jest to jednak zjawisko społecznościowe) obraziła się/zastanawiała się nad zasadnością publicznej wypowiedzi jednego z najbardziej wpływowych blogerów modowych (choć nie wizerunkowych), Scotta Schumana, który na łamach NYMag ogłosił, że „nie jest wielkim fanem blogów wizerunkowych“ a także, że „te dziewczyny (blogerki) nie posiadają wystarczająco zróżnicowanej garderoby i nie spotkał sie jeszcze z takimi blogami, do których chciałby wracać codziennie, bo proponowane przez nie „stylizacje“ nie są wystarczająco interesujące“ ( w dość wolnym, przyznam, tłumaczeniu). Od siebie dodałabym tylko : poza nielicznymi wyjątkami blogi wizerunkowe to nie tylko materiały instruktażowe na temat „jak ubierać sie tanio“ ale także „jak tanio wyglądać“. Brak im klasy, ubrania są niskiej jakości (co w zestawieniu z całkiem dobrą jakością aparatów fotograficznych jakimi dysponują blogerki/blogerzy wypada jeszcze gorzej). Nie byłoby powodu do zmartwień gdyby chodziło tu ostatecznie i docelowo wyłącznie o garderoby wyżej wymienionych. Niestety, to oni (blogerzy/blogerki) decydują w dużej mierze o tym co będzie hurtowo znikać z półek sklepów, szczególnie internetowych. Wystarczy przyjrzeć się temu, jak szybko wyczerpują się zapasy produktów linkowanych na popularnych blogach wizerunkowych.

 

JOB: Poczułaś się w jakikolwiek sposób urażona wypowiedzią Schumana?

RYFKA: Nie poczułam się urażona, po prostu zarzut nieposiadania „extensive wardrobes” przez blogerów prezentujących swój styl uważam za dziwaczny. Mam wrażenie, że on porównuje blogi „szafiarskie” z blogami z modą uliczną, takimi jak The Sartorialist, a dla mnie to dwie zupełnie inne sprawy. Zwykłym blogerkom trudno konkurować z celebrytami świata mody sfotografowanymi przy okazji pokazów największych projektantów. Blogi takie jak The Sartorialist pokazują co nosi „rodzina królewska” świata mody (czasem nawinie się jakiś zwykły śmiertelnik). Jest więcej bohaterów, więcej ciuchów, droższe ciuchy, większa różnorodność. A blog szafiarski ma jedną bohaterkę – nie celebrytkę (no może z kilkoma wyjątkami), która ma ograniczoną garderobę, bo jest zwykłym człowiekiem, a nie Anną Dello Russo.

 A nie uważasz że tylko zróżnicowane, niezwykłe zbiory garderobiane zasługują na publiczną prezentację? O ile przejrzystszy byłby świat gdybyśmy nie musieli oglądać miernoty – myślisz czasami w ten sposób?  Ja wierzę w upublicznianie wyłącznie nie-zwykłych zdjęć, słów, pomysłów. Z tej perspektywy, muszę przyznać, wygląda mi na to, że większość blogów wizerunkowych tworzona jest wyłącznie dla zysku w postaci darmowych, przeciętnych ciuchów niedrogich marek. Nie idzie już o to kto pokaże coś wspanialszego ( bo większość pokazuje to samo w różnych wariantach cenowych, w zależności od zasobności portfela) ani nawet o to kto lepiej „wystylizuje“ dany przedmiot ( tu też brakuje elementu zaskoczenia, dlatego ubieram słowo w cudzysłów). Tak więc chyba wiemy po co blogerkom ich blogi, pozostaje pytanie – po co takie blogi nam?

W blogach szafiarskich fajne jest właśnie to, że jedna rzecz pojawia się zwykle kilka razy w różnych zestawieniach (bo “stylizacje” są w magazynach, a „sety” na korcie tenisowym). Przez to są bardziej „ludzkie”. Niech sobie będą blogi zwyczajne – jeśli mają czytelników (mój też nie jest przecież jakiś nadzwyczajny). W ogóle nie powiedziałabym, że jakichś blogów powinno nie być. Jestem wyznawczynią wolnej amerykanki w modzie i w blogowaniu. Dużo rzeczy mi się nie podoba, to nie oglądam i już.

A nie martwi cię, że mierność zyskuje status autorytetu ? Ze jeżeli takie „autorytety” nam powiedzą (już nie tylko z ambony własnego bloga, ale również wielu podobno poważnych publikacji o modzie) że TĄ (eng. IT) torbą sezonu zostaje skajowa imitacja Mulberry to większość z nas uwierzy?

Jak ktoś ma rozum, to chyba nie uwierzy?

Ale modowego rozumu w Polsce pozbawionej wciąż dostępu do większości zacnych światowych marek być nie może, wiele osób (szczególnie młodych, choć nie nastoletnich) wciąż jeszcze nie widziało prawdziwego surowego jedwabiu, ciuchy wykańczane overlockiem są “ok” bo nieznane są powszechnie inne rodzaje wykończeń, itd, itp.

Ale myślisz, że jakby ci ludzie byli „uświadomieni”, to kupowaliby luksusowe marki?

Myślę, że ty jesteś całkiem nieźle uświadomiona. Co (kogo?) i w jaki sposób kupujesz?

Jeśli chodzi o kupowanie ubrań, to w porównaniu do innych szafiarek chyba nie kupuję dużo. Po pierwsze, dlatego że jestem sknerą, a po drugie dlatego, że nie lubię, jak mi się ciuchy „marnują” – tzn. leżą nienoszone i zawalają miejsce w szafie.  Raczej nie jestem typem, który potrafi przez miesiąc nie jeść, żeby tylko móc sobie kupić wymarzony ciuch. Najwięcej na jeden ciuch/dodatek wydałam jakieś 400 zł, więc nie jest ze mną tak źle. Chociaż przyznaję, łatwo być oszczędnym, jeśli dzięki blogowaniu co jakiś czas dostaje się ciuchy czy dodatki za darmochę.

Przy zakupach zwykle bardzo długo się namyślam (potrzebuję tego czy nie? będę w tym chodzić? do czego mi to będzie pasowało? itd.), oglądam daną rzecz ze wszystkich stron, mierzę, macam, gniotę, sprawdzam metkę ze składem, pocieram o inny materiał (żeby sprawdzić, czy nie obłazi)… To, jak ciuch wygląda, jest dla mnie równie ważne jak to, jaki jest w dotyku. Dziwią mnie głosy zaskoczonych i oburzonych dziewczyn, którym z jakiegoś ciucha „zrobiła się szmata po jednym praniu”. Ja twierdzę, że nie mogła się zrobić, po prostu już na wieszaku musiała być szmatą. To, czy ciuch „rokuje”, widać przecież gołym okiem i nie trzeba do tego być żadnym ekspertem. Dlatego wolę kupować w realu, choć paradoksalnie częściej kupuję w sieci: w sklepach z rękodziełem, rzeczami młodych marek, ciuchami vintage czy używanymi. Po prostu w sieci łatwiej mi idzie wyszukiwanie ciekawych rzeczy niż w realu.

Ostatnio coraz częściej wybieram rzeczy „made in Poland”. Jedna z moich blogowych komentatorek nazwała to „patriotyzmem konsumpcyjnym” – bardzo mi się to spodobało. Zawsze się wkurzam, kiedy czytam narzekania na „szarą polską ulicę”, na Polaków, którzy rzekomo słyną w świecie ze skarpetek noszonych do sandałów, albo o tym, jak bardzo jesteśmy modowo opóźnieni w stosunku do „Zachodu”. Na niektórych polskich blogach modowych komentarz mówiący, że ktoś wygląda „jak z zagranicznego bloga” uważany jest największy komplement. Być może właśnie dlatego noszenie ubrań czy dodatków naszych rodzimych artystów/producentów/projektantów sprawia mi taką frajdę. Dlatego też niedawno zamieściłam na blogu reportaże z pracowni dwóch polskich projektantów torebek. Przy tworzeniu tych wpisów miałam więcej radości niż przy tworzeniu zwykłych wpisów na bloga (zwykłych, tzn. tych z zestawami ubrań). Naprawdę mamy się czym pochwalić i powinniśmy się tym chwalić. Kto wie, może powstanie z tego cały blogowy cykl pod hasłem „Teraz Polska!”?

Bardzo brawo, to są moje ulubione artykuły na twoim blogu (chyba nie będzie nadużyciem jeżeli tak je nazwę, niosą one przecież ze sobą zawsze kawałek niezłego tekstu), przywracają mi wiarę w to, że w wirtualnie modnej Polsce istnieją również miejsca, w których jakość liczy się bardziej od ilości. Takie wrażenie odnoszę obserwując listę twoich „kolaboracji“ (to taka ładna nazwa marketingowo zorientowanej obecności firm na blogach, nie tylko modowych).
Tu przypomina mi się jeszcze jedna wypowiedź Scotta Shumana, która to w luźnym (znowu) tłumaczeniu brzmiała: Nie można wciąż ludziom powtarzać że jest się uczciwym, trzeba być uczciwym. Chodziło oczywiście o blogowanie, związane z nim zaufanie publiczne i korzyści materialne. W jaki sposób decydujesz o tym jaka marka ma szansę pojawienia sie na twoim blogu a której grzecznie (zakładam) podziękujesz za prezenty?

Po prostu – produkty danej marki muszą mi się podobać, być w moim stylu, pasować do mnie. To musi być coś, co sama bym sobie kupiła (lub co kupiłabym sobie, gdybym miała kasę). Myślę, gdybym wyskoczyła nagle w koszulce z gołą babą albo zaczęła reklamować na blogu piwo, czytelnicy od razu zorientowaliby się, że coś tu nie gra.

Czyją szafę chętnie byś sobie przywłaszczyła?

Hmm, mało oryginalnie chyba: Carrie Bradshaw i Olsenek (śmiech)

Podobają ci sie szafy zasadniczo nieistniejących ludzi (bo Olsenki to też trochę myszki mini).

Pamiętam, że jako nastolatka pisałam w pamiętniku (bo długo pisałam pamiętnik), że chciałabym ubierać się w jakimś określonym stylu, albo nosić ubrania w jednym kolorze – ogólnie jakoś się określić modowo, zdefiniować i być w tym konsekwentną. Ileś tam lat później zaczęłam oglądać serial SATC (Sex And The City; przyp. red.) i to on chyba po raz pierwszy skłonił mnie do głębszych przemyśleń na temat mody i tego, żeby „bawić się” strojem (nie cierpię tego określenia, ale z braku laku). Na początku byłam zszokowana dziwnymi ciuchami Carrie i zastanawiałam się, kto wyszedłby tak na ulicę. Co ciekawe, teraz ciuchy z pierwszej serii nie wydają mi się już takie krejzi – może w porównaniu do późniejszych serii, a może z powodu naoglądania się dużo bardziej odjechanych strojów choćby na blogach.

Wiele z tych „odjechanych“ (i markowych, świetnie wykonanych, jedynych w swoim rodzaju) rzeczy można dziś kupić w sklepach „vintage“ lub „re-sale“ (wciąż nie mamy w języku polskim dobrego określenia, które nie kojarzyłoby się ze zdobywaniem za ułamek złotego rzeczy wygrzebanych w przykrych zapachowo kubłach ze starzyzną). Jak się na to zapatrujesz?

Kiedyś obciachem było wejść do lumpeksu, to były sklepy dla biedoty. Teraz częściej ludzie odwiedzający lumpeksy nie wstydzą się tego, gwiazdy o tym mówią, szafiarki o tym piszą, robi się moda na vintage. Ale oczywiście każdy wolałby znaleźć torebkę Chanel za 5 zł, a nie płacić za nią kilkaset zł w sklepie vintage. Moim zdaniem trzeba odróżnić, nazwijmy to „koneserów” mody, którzy doceniają wykonanie, jakość itd., od „konsumentów” mody, którzy po prostu chcą być „trendy” i którzy pewnie nawet świadomie wybierają łatwodostępne rzeczy kiepskiej jakości bo wiedzą, że ponoszą je przez 1 sezon. Wiele razy czytałam na forach, że „wolę mieć 10 byle jakich bluzek niż 1 porządną”. Dla kogoś, kto się trochę zna na modzie, to raczej marna opcja

Może w takim razie proporcje powinny się zmienić. Może fajnie by było żeby więcej ludzi się znało a nie tylko myślało że sie zna ?

Powinny – nie lubię tego słowa. Fajnie jakby więcej ludzi czytało książki, jakby było więcej inteligentnych programów w TV,  jakby w muzyce nie królowała sieczka i plastik. Fajnie, fajnie..

 

 

adres domowy gościa: http://szafasztywniary.blogspot.com/

adres domowy gospodyni: http://laexpress.pl/

***

Krakowiacy i Kowboje, czyli o tym co widać z daleka to nowy cykl rozmów na tematy okołomodowe, przeprowadzanych z perspektywy zaoceanicznej. Osoby na różne sposoby związane z modą w Polsce pytać będziemy o wszystko, co z mody i jej polskości dotyczy.

3 komentarze

  • Frenja napisał(a):

    Bardzo ciekawy wywiad i ze względu na myśl przewodnią, i na to, że jest to Ryfka 🙂 Z niecierpliwością czekam na kolejne z serii Krakowiacy i Kowboje.

  • Stefania napisał(a):

    Sama troche bloguje, stylizuje, zaczynam „zabawę” w projektowanie i również muszę potwierdzić słowa, że boli mnie gdy przy przeglądaniu blogów mam te same produkty, tylko zaprezentowane w naprawdę minimalnie inny sposób.

    Rozumię reklama, reklamą ale niektóre dziewczyny, niech nie mówią o sobie znam się na stylizacji, gdy powielają manekiny sklepowe albo wpis koleżanki w dnia wcześniejszego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *