Rozmowa o nudzie i krawieckich przeróbkach z projektantem ubioru, Michałem Szulcem.

Kiedy wczesną wiosną tego roku spowalniałam łącze internetowe moim sąsiadom (moje własne z powodu przeoczenia na rachunku daty związanej w sposób nominalny z ostatecznością zostało zawieszone), przyglądając się nadawanym w czasie rzeczywistym pokazom polskich projektantów w ramach 4tej edycji Fashion Week Poland (wszystkim, których udało mi się nie przespać w związku z różnicą strefy czasowej) głęboko w pamięć zapadły mi dwie rzeczy : fatalny akcent konferansjera zapowiadającego pokazy w języku angielskim oraz wzruszające i niepokojące przejście bosych modelek z zasłoniętymi włosami twarzami i welurowymi, kwiecistymi „stanikami” przewieszonymi przez ramię jak epolety. Autorem kolekcji był Michał Szulc, projektant ubioru, nauczyciel akademicki, tata swojej córki. Z Michałem rozmawiałam głównie o braku czasu i atłasu a trochę także o tym, jak powinno wykonywać się zawód dziennikarza modowego bez względu na położenie geograficzne ciała dziennikarza.

 

J.O.B: Jesteśmy tuż po 5tej edycji Fashion Week Poland. Piątej zarówno globalnie jak i piątej w twojej karierze (choć wiem już, że nie podoba ci się słowo kariera). Przyznam, że po poprzedniej edycji (którą oglądałam „na żywo” w internecie, leżąc z gorączką w łóżku, w harlemskiej suterenie, że tak powiem) spodziewałam się po Szulcu nieco więcej, niż to, co zobaczyłam (na własne oczy, z drugiego rzędu) w październikowej edycji. Podobno kolekcja „Leaving You” powstawała półtora tygodnia, ile czasu poświęciłeś „Boom Boom Baltic” ? (pytania pomocnicze: dlaczego tak krótko i dlaczego nie było na to wszystko pieniędzy?)

Michał Szulc: Boom Boom Baltic powstało w niecałe 2 miesiące. Nie wszystko jest zawsze kwestią pieniędzy. To, co robię pod własnym nazwiskiem jest odskocznią od tego, z czego żyję. Pracuję w przemyśle jako projektant od siedmiu lat. Projektuję ‘pod klienta’. Pokaz mojej kolekcji i jej przygotowanie ma być dla mnie przyjemnością. Robię to, na co mam ochotę. To, co zostanie napisane nie jest dla mnie tak naprawdę istotne. Przyczyna? Zobacz, kto i jak pisze o modzie w Polsce. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć tych, którzy odróżniają tkaninę od dzianiny, szyfon od organzy. Reszta to domorośli, marudzący krytycy, wychowani na youtubie i przeglądaniu gazetek z kolorowymi zdjęciami.

Wracając do Leaving You vs. Boom Boom Baltic – po kolekcji na jesień/zimę (Leaving You; przyp. red.) zostałem dość jednorodnie zjechany. Nie podobał się pokaz, muzyka, tempo przejścia modelek, to, że szły bez butów. Po pokazie na wiosnę lato czytam (a piszą to te same osoby), że pokaz Leaving You był lepszy. Piję do tego, że nikt na pokazie nie oglądał modeli, wychodząc z założenia, że pokaz od drugiej sekundy jest nudny, wiec lepiej wysłać w tym czasie smsa, poczytać gazetę. Tydzień po pokazie zaczęły się wypożyczenia, pokazywałem kolekcję i nikt nie pamiętał tych ciuchów z pokazu. Oprócz kwiatów na welurze rzecz jasna.

Rzecz jasna. Widziałam gdzieś w sieci „recenzję” z tego pokazu (który sama uznałam za niezwykle wzruszający i wydawało mi się, że wiem „co autor miał na myśli”, może byłam kiedyś podmiotem podobnego doświadczenia “zostawiania za sobą”;  poza tym jego tempo znacznie bardziej odpowiadało mi niż nieporadne bieganie modelek /nieporadnych/ w nietakt szybkich postpunkowych kawałków), „recenzja” była napisana po angielsku i mówiła o „hideous flower prints”. Mną owładnęłaby w takim momencie chęć zemsty (śmiech).

Gdyby ktoś podjął trud i wszedł na zaplecze, żeby zobaczyć kolekcję, zerknąłby do wnętrza ubrań (kryte szwy, lamówki, na które nie zdobywa się większość polskich projektantów, bo „środki” ich ubrań świecą overlockami), dotknąłby materiałów. Wiesz, że czekam na to po każdym pokazie i jeszcze nikt z piszących nie wszedł, żeby zobaczyć te rzeczy z bliska?

Ja nie weszłam za kulisy z czystej nieśmiałości, wiele jeszcze muszę się nauczyć. Materiały z których została wykonana twoja kolekcja zostały za to w nieco zawoalowany sposób skrytykowane na łamach tygodnika Newsweek jako te, na których zaoszczędziłeś. Niemniej, wykończenie szwów i inne triki techniki krawieckiej interesują kupującego bardziej niż opisującego (kupujący w okolicznościach targów /bądź co bądź/ mody to kupcy domów towarowych i butików a tych wciąż zasiada na widowni pokazów FWP niewielu). Opisującego interesuje to, czy doskonałość wykończenia szwów widać także na zewnątrz, czy jest w tym modelu jakiś szczegół, który zachwyca świeżością spojrzenia choćby na coś już zastanego w modzie, niekoniecznie całkiem nowego. Osobiście również gardzę overlockiem, ale zdaję sobie sprawę, że to akurat nie jest informacja najbardziej oczekiwana przez czytelników polskiej prasy modowej – czy było overlockiem czy z lamówką ( kto dziś pamięta lamówkę ! ; ).

Uśmiechnąłem się jak przeczytałem o tej oszczędności. Kupuję i zamawiam materiały w tych samych miejscach, co inni projektanci. Nie będę zdradzać ich nazwisk, ale mieliśmy te same surowce w kolekcjach. Chyba że cena, za którą sprzedaje się rzeczy sugeruje komuś koszt produkcji. Mówię o tych wywindowanych cenach, z marżą 1500krotną.

Wracając do pytania – uważam, że jeśli piszesz, to chcąc nie chcąc powinnaś wejść i przerzucić wszystko do góry nogami. Czy na sprzedaż nie przekłada się to, co piszesz?

Nie bardzo, choć chciałabym mieć taki wpływ na konsumenta mody.

Piszący w znakomitej większości marudzą na temat organizacji, przeklejając to, co projektant oddał w postaci press kitu. Nikt nie zastanawia się czy jest coś takiego jak jedwabna wiskoza, a pisze o tym sporo osób.

Jedwabna wiskoza? Serio? Świetne, prawie równie dobre jak skóra ekologiczna.

Jest taki projektant, który nie znając się zbytnio na surowcach, a chcąc uzasadnić cenę swoich rzeczy używał takiego sformułowania w dystrybuowanej po pokazie informacji prasowej i sklepie internetowym, w którym sprzedawane są jego ubrania. Skóra ekologiczna łapie się w ten worek, ale to jest znane przez wszystkich i wszyscy wiedzą że to fake. Jedwabna wiskoza brzmi znacznie lepiej.

Z moich prób przeczesania internetu w celu znalezienia absolutnie wszystkiego co dotyczy Michała Szulca wynika, że nie lubisz mówić o inspiracjach, że, podobnie jak ja myślisz, że „inspiracje” często dopisuje się już po ukończeniu prac nad kolekcją. Osobiście nie uważam żeby było to podejście szczególnie zdrożne, w trakcie pracy przychodzą nam do głowy najpiękniejsze myśli, dlaczego więc wzbraniasz sie przed zeznawaniem?

Wiesz jak jest z „inspiracjami” w polskim światku… Generalnie albo powstają po odszyciu kolekcji, albo nijak się mają do ubrań. Projektanci przyzwyczaili publiczność i dziennikarzy do jakiegoś komentarza ze swojej strony, dziennikarze z kolei w większości przypadków nie zastanawiają się nad sensownością inspiracji i jej przełożeniem na modę, tylko przeklejają tekst i mają gotową recenzję. Oczywiście dodając „podobało MI się”/”Nie podobało MI się”/”nigdy bym tego nie założył/nie założyła”. (Co dodatkowo wskazuje na absolutny brak obiektywizmu, skupienia na czymś co jest teorią mody, spójnością kolekcji itd.).

Ja nie mam problemu z inspiracjami, zawsze od nich wychodzę i układam ubrania tak, żeby pozbyć się przypadkowości. W efekcie (dla mnie) wszystko z siebie wynika. Jeśli nie wynika, po prostu to wyrzucam i nie pokazuję. Celowo nie decydowałem się na mówienie o inspiracjach, żeby poczekać na chociażby próbę rozgryzienia tego, co chciałem powiedzieć. I może cię to zaskoczyć lub nie, ale taka próba nigdy nie została podjęta. Nie wiem, czy wynika to z wysiłku intelektualnego, który należałoby włożyć w analizę, czy rozeznania, którego należałoby dokonać, a nikomu się tego robić nie chce. W każdym razie nie doczekałem się analizy Leaving You. Nie skonfrontowałem swoich punktów wyjścia z myślą odbiorcy. I przy Boomie zdecydowałem się odkryć karty. Efekt? „Kopuj” – „Wklej”, bez analizy. Tak dużo się mówi o tym, że projektanci w Polsce są marnie wykształceni i dopieszcza się tych, którzy uczą się w Londynie czy Antwerpii. O dziennikarzach się już tego nie mówi.

Nie odpowiedziałaś mi na mailowe pytanie dot. niebieskiej sukienki: Czy uważasz, że ta “za mała” rzecz w boom balticu była przypadkiem i zupełnie przypadkowo wyszła jako ostatnia sylwetka? (chodzi o „za ciasną” sukienkę z kolekcji Boom Boom Baltic, o której pisałam TU; przyp. J.O.B) :

Myślę, że przy założeniu, że rzemiosło musi stanowić podstawę dla wszelkiej idei (a chyba podzielamy ten pogląd) „wypuszczenie” na wybieg modelu, który poprzez swój zamysł (choćby!) zniekształca i zohydza pupę modelki — jest niedopuszczalne. Być może sukienka pokazana była na niewłaściwej pupie?

To powiem Ci czemu taka sukienka się tam znalazła. Powoli zaczynam słyszeć, że jestem przewidywalny z moim oversizem, więc szumnie zapowiedziałem, że na wiosnę/lato będę dopasowywał ubrania do sylwetek. Jako że nie do końca lubię i widzę w swoich kolekcjach rzeczy dopasowane założyłem, że zrobię sobie jeden model, który będzie przegięty w drugą stronę. Ale, żeby nie doprowadzić do tego, że modelka widząc za małą rzecz na przymiarkach nie założy jej na pokazie stwierdziłem, że to obejdę.  Po przymiarkach ją zmniejszyłem. Dla mnie to było puszczone oko i dlatego nieprzypadkowo wypuściłem tę biedną kiecę na koniec pokazu.

Nie pomyślałeś sobie potem “ech, przegiąłem”? Szczególnie kiedy zobaczyłeś jej (modelki) pupę? A może po prostu nie widziałeś tej pupy do dziś bo wszyscy pstrykali zdjęcia wyłącznie frontom modeli? Nie było tu jakiegoś rozedrgania igły? Jakiegoś małego niedopatrzenia? Bo ten model mówił ( i to głośno bardzo) : tak, to prawda, Szulc robi te „za duże” ubrania, bo dopasowanych po prostu nie potrafi uszyć porządnie.

Nie, ubawiłem się. Zwężałem tak, żeby było za małe, nie zastanawiałem się ile trzeba zwężać. A wiesz, że jesteś jedyną osobą, która o tym coś powiedziała? Nikt o tym nie wspomniał. Czyli trzeba się z tym zmierzyć inaczej. Daj mi czas do kwietnia.

Kogo uważasz za autorytet w dziedzinie mody (tak, wiem , że „moda” to marny termin, ale nie mamy lepszego w języku polskim) i jak zapatrujesz się na „autorytety” zrodzone w sieci (blogi, magazyny online)?

Jestem absolutnie bezkrytyczny wobec tego, co pokazuje MMM (Maison Martin Margiela; przp. red.). Nie wiem, co musiałby zrobić, żeby mnie do siebie zniechęcić. Inni? Staram się jak najmniej oglądać, bo oglądanie pokazów to po pierwsze paskudny złodziej czasu, po drugie można się zmasakrować dochodząc do wniosku, że wszystko już było. Autorytety w sieci… Hm, to dość drażliwy temat. Uważam, że żeby coś robić musisz mieć zaplecze w postaci doświadczenia, mentora, etapu „prób i błędów”. Krótko mówiąc musi stać za tobą edukacja. Internet daje dzisiaj nieskończone możliwości realizacji bez żadnego doświadczenia. Jasne, zdarzają się wyjątki, które mają to „coś”, ale generalnie autorytet to cholernie mocne słowo, nieprawdaż?

Prawdaż, dlatego go użyłam. Czy kiedykolwiek przyszłoby ci do głowy, żeby „twarzą” lub „pupą” swojej marki uczynić bloggerkę? (projektanci masowo podejmują ostatnio decyzje nie do pozazdroszczenia)

Wolałbym zostać przy Kai Werbanowskiej.

Też bym wolała żebyś został. Chodzi mi raczej o to, czy nie przeraża cię możliwość, że globalny odbiorca zacznie twój produkt kojarzyć z krzykliwą 17-latką.

A czy jeśli ktoś się decyduje na taki chwyt to czy zależy mu na tym z czym/kim bedzie kojarzony, tak długo jak w ogóle jest kojarzony? Wiesz co robię zawodowo, nie muszę odpowiadać na to pytanie.

 

 

adres domowy gościa: http://michalszulc.com/

adres domowy gospodyni: http://laexpress.pl/

 

 

 

 

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *