Rozmowa o prowincjonaliźmie i romantycznej naiwności z Alicją Kowalską, stylistką i dziennikarką mody.

Nie będę ukrywać, że jeszcze kilka tygodni temu nie miałam pojęcia o istnieniu Alicji Kowalskiej, stylistki. Być może widziałam kiedyś zdjęcia przy których pracowała, paradoksalnie rzadko jednak zwracam uwagę na nazwiska twórców sesji modowych. Kilka tygodni temu miało jednak miejsce wydarzenie, którym dzielenia się nie było końca na platformach społecznościowych – redaktor naczelny pewnego pisma nie otrzymał zaproszenia na pokaz pewnej marki odzieżowej. Wiele działo się nie tylko na FB ale również na blogach: jedni się odgrażali, inni zacierali ręce, wszyscy natomiast byli zdziwieni (głównie dlatego, że również nie dostali zaproszeń). I wtedy ktoś zlinkował wpis dotyczący wspomnianego pokazu na blogu Alicji Kowalskiej, wówczas wciąż jeszcze szefowej działu mody w miesięczniku ELLE. I zapanował spokój (przynajmniej przed moim monitorem), który większości zdziwionych i tak pewnie się nie udzielił, we mnie natomiast zasiał nadzieję, że być może nie wszyscy płyniemy tą samą łódką przez morze frustracji i innych brzydkich spraw.  Od Alicji Kowalskiej próbowałam dowiedzieć się którędy droga do mody, szczególnie tej rodzimej, choć nie tylko.

J.O.B.: Wśród rodzimych projektantów panuje głębokie przekonanie o zastraszająco niskiej jakości dziennikarstwa modowego w Polsce. Część sugeruje nawet, że wcale ono nie istnieje. Co kwalifikuje w Polsce dziennikarza do zajmowania się modą?

Alicja Kowalska: To samo, co kwalifikuje Panią do zadawania mi pytań, podobnie jak wszystkich dziennikarzy zajmujących się modą na świecie. Pasja, miłość do mody i potrzeba komentowania rzeczywistości. Prawdopodobnie w celu jej ulepszania. Zabawne, że polscy projektanci narzekają na polskich dziennikarzy mody, bo działa to, zdaje się, w obie strony. Narzekanie to chyba nasza cecha narodowa, prawda?

Możemy pochwalić się kilkoma talentami, zarówno w dziedzinie projektowania mody jak i jej komentowania. Filip Niedenthal czy Piotr Zachara to dziennikarze, którzy reprezentują światowy poziom wykonywanego zawodu. Filip Niedenthal ukończył dziennikarstwo mody w Londynie. W Polsce, jak dotąd, w tej specjalizacji wszyscy pozostali jesteśmy samoukami. Nie ma jeszcze studiów dedykowanych wyłącznie dziennikarstwu mody. W moim odczuciu wcale nie trzeba takich kończyć. Aleksander McQueen powiedział:  „I don’t think you can become a good designer or not and it doesn’t matter where you come from or whatever. To me, you are just one. To know about colour, proportion, shape, cut, balance is part of a gene.” (Nie sądzę, że można stać się dobrym projektantem albo żeby miało znaczenie skąd się pochodzi i tym podobne. Według mnie po prostu się nim jest. Wyczucie koloru, proporcji, kształtu, kroju, równowagi  ma się w genach.; przyp. red.)  – z albumu Savage Beauty Myślę, że dotyczy to wszystkich twórczych zawodów, nie tylko związanych z modą. Problemem dziennikarzy mody w Polsce nie jest brak talentu, kompetencji czy kwalifikacji, tylko brak miejsca, czyli możliwości wypowiedzi. Liczące się recenzje z pokazów mody na świecie ukazują się przecież w dziennikach. W miesięcznikach nie ma na to miejsca. Na szczęście wszystko w tym zakresie zmienia Internet.

Równocześnie nie jestem pewna, czy polscy projektanci są przygotowani na jakąkolwiek krytykę. Nawet profesjonalną. Z mojego doświadczenia wynika, że w większości niestety nie. Przyjęte jest, że ocenia się dzieła twórców filmowych czy teatralnych, tymczasem twórców mody nikt nie weryfikuje. Na modzie znamy się wszyscy, wolimy też oceniać prywatne stylizacje różnych ludzi niż skupiać się na krytyce wzornictwa, jakim jest lub powinna być moda. Samo projektowanie jako dziedzina sztuki mało kogo tak naprawdę obchodzi.

Jest Pani stylistką ze sporym stażem, nie tylko krajowym. Jak wygląda droga kariery stylisty mody w Polsce, albo raczej : jak wyglądała wtedy, kiedy jeszcze nie istniały blogi szafiarskie ( personal style blogs) a Pani już pracowała dla dużych tytułów branżowych? (Wciąż mam cichą nadzieję, że sprawy wrócą  do starego porządku jeżeli wystarczająco wiele razy wypowie się na głos ktoś wykwalifikowany i spróbuje wytłumaczyć tłumom pretendentów do zawodu, że umiejętność skopiowania manekinów sklepowych to jeszcze nie stylizacja i że nie istnieje droga na skróty.)

Na świecie asystuje się latami. W ten sposób chyba najłatwiej jest nauczyć się tego zawodu. Myślę, że jednostki wybitne szybciej osiągają sukcesy. Jednak trzeba sobie na to zapracować. W Polsce pisma z modą mają stosunkowo krótki żywot. To młoda branża. Niektórzy redaktorzy naczelni są dobrymi dziennikarzami, ale niestety nie znają się na modzie. Nie czują jej. Łatwo im wmówić, że się coś o niej wie. Z drugiej strony – co w tym złego? Kto powiedział, że ja lepiej wiem, co jest ładne, niż ktoś obok? Ocena mody jest przecież bardzo subiektywna. Profesjonalny krytyk powinien co prawda oddzielać osobiste opinie, patrzeć na modę obiektywnie. Jednak ciągle poruszamy się w trudnej do zdefiniowania sferze gustów. Dotyczy to każdej dziedziny sztuki. Większość młodych stylistów, czy znajomych mi młodych dziennikarzy zajmujących się modą w Polsce, oceniając efekty pracy projektantów mówi: „ja bym się tak nie ubrał”. To nawet zabawne. Myślę, że z wiekiem nauczą się patrzeć na modę z dystansu profesjonalistów.

Na których Tygodniach Mody bywają polscy dziennikarze modowi, na jakie pokazy dostają zaproszenia?

To się oczywiście zmienia. Przed dziesięciu laty wpychaliśmy się bez zaproszeń tylnym wyjściem, przez garderobę modelek, jak się dało. To było bardzo emocjonujące i z pewnością kiedyś to opiszę. Byle udało mi się oddać uczucia, jakie towarzyszą takiemu wdzieraniu się na pokazy.  Na szczęście wszystko się bardzo zmieniło. Ostatnio, kiedy z ramienia PANI miałam miejsce siedzące na pokazie Victor&Rolf czy Chanel – byłam dumna z rozwoju dziennikarstwa mody w Polsce. Bo przecież to nie mnie tam zapraszają, tylko to, co mam aktualnie napisane na wizytówce. Tytuł, który reprezentuję. Jedyną stylistką w Polsce, która znaczy coś w świecie mody za granicami jest Agnieszka Ścibior. Ją zapraszają niezależnie od tytułu, w którym pracuje, wypracowała sobie świetną pozycję, ciężką pracą. Wielokrotnie widziałam ja w Paryżu siedzącą na niektórych pokazach nawet w pierwszym rzędzie. Tylko Agnieszka pracuje dla zagranicznych tytułow, a to w świecie mody ma największe znaczenie. Reszta z nas – dostaje zaproszenia w zależnosci od tego, jaką pozycję ma w Polsce tytuł, dla którego pracują. Ponieważ moda to biznes, najważniejsze jest, czy dana firma sprzedaje coś u nas i czy Polska to rynek ważny dla rozwoju marki. Od czasu, kiedy jest vitkAc, z pewnością tych zaproszeń będzie więcej. Skoro mamy już w Warszawie sklep YSL (hurra!) może i na YSL komuś zaproszenie się dostanie.

Dziennikarze jeżdżą tam, gdzie mogą. Wydawnictwa nie zawsze finansują takie wyjazdy, więc sporo zależy od tego, czy dziennikarz ma gdzie przenocować podczas tygodnia mody. Od tego, w której stolicy ma znajomych. Sam decyduje, gdzie pojedzie. Najpopularniejsze są oczywiście miasta w Europie, ale jest też grupa, nieliczna, która regularnie odwiedza nowojorski tydzień mody. Miałam okazję być na wszystkich czterech tygodniach mody i polecam to każdemu, jeżeli będzie miał taką możliwość. Bywając na nich, najłatwiej poznać specyfikę świata mody. Nie ma tu miejsca na opisywanie wszystkich wrażeń, może napiszę o tym kiedyś na moim blogu.

Właśnie, prowadzi Pani bloga, na którym w bardzo trzeźwy sposób opisuje Pani zagadnienia związane z niewielkim wciąż jeszcze w Polsce światkiem modowym (pośród innych tematów), tak zwaną branżą. Pisze Pani o nienawykłych do „systemu pierwszego rzędu” dziennikarzach (i innych postaciach światka), o wątpliwości „skandali” związanych z powiązaniami projektantów z gwiazdkami popkultury, o pierwszym w Warszawie luksusowym domu towarowym i zdziwionych minach jakie wywołują wciąż u polskiego konsumenta mody metki z ceną przypięte do ubrań znanych domów mody. To tematy, które rzadko porusza się na piśmie w języku polskim (jeżeli są poruszane, to zwykle z perspektywy „obruszonego”, „pokrzywdzonego” lub „zdziwionego” właśnie), jako,  że wytykają polskiej branży modowej prowincjonalizm. Dla kogo Pani pisze i jakiego odzewu spodziewa się Pani od czytelników? Czy tego rodzaju „drażliwe” artykuły napytały Pani już biedy? Czy spotkała sie Pani już z jakimiś namacalnymi przejawami oburzenia? 

Najczęściej słyszę, że jestem zbyt łagodna, zbyt pozytywna w opiniach. Takie jest zresztą moje założenie. Piszę o moim zachwycie. O tym, co wydaje mi się warte uwagi. Na tym przecież polega moje zadanie. Bo czym jest sesja mody? To komunikat: „Zobacz jakie to piękne!”

Zaczęłam prowadzić bloga, kiedy byłam na stanowisku szefowej mody w ELLE. Chciałam opisywać to, czego nie ma na stronach w magazynie. Na pokazie mody siedzę w pierwszym rzędzie i mogę zdać relację tym, których to zaciekawi. Wiem, że jest duże zainteresowanie modą i mam nadzieję, że mój blog teraz, kiedy jestem niezależną dziennikarką, będzie zyskiwał coraz więcej czytelników. Równocześnie trudno mi nie podzielić się czasem jakimiś przemyśleniami dotyczącymi branży mody. Jeżeli komuś wydają się one kontrowersyjne – bardzo dobrze. Chciałabym, aby mój blog był miejscem na konkretne, profesjonalne dyskusje o modzie. Weszłam kiedyś na forum NYT i byłam pod wrażeniem poziomu dyskusji internautów komentujących artykuły o modzie. U nas na forach wydawnictw prasowych roi się od komentarzy, o których najlepiej zapomnieć. Marzy mi się, by komentarze na moim blogu podnosiły jego wartość. By można się było z nich czegoś o modzie dowiedzieć. Na stronie NYT jest w nich czasami więcej konkretnych informacji na poszczególne tematy, niż w samym tekście, którego dotyczą. To wspaniałe miejsce do robienia research’u dziennikarskiego – polecam!

Z dumą stwierdzam, że na moim blogu, oczywiście w znikomym stopniu jak dotychczas, ale dzieje się podobnie! Ktoś zauważa błąd w moim tekście, ktoś udziela konkretnych porad. Świetnie! Dokładnie o to mi chodziło. Staram się wyłapywać kryptoreklamę, która panoszy się na forach i ją odrzucam. Akceptuję natomiast ciekawe, kompetentne komentarze lub życzliwe wspierające opinie. Może to mało sprzedażowe, bo pragnę afirmować pozytywne oblicze świata, także swiata mody. Jestem romantyczną idealistką i pewnego rodzaju naiwność pragnę w sobie pielęgnować.

Jakie marki znajdziemy w Pani szafie ?

H&M, All Saints, Dries van Noten, Ann Demeulemeester, Gosia Baczynska, Diesel – od paru sezonów nie kupuję, ale mam sporo rzeczy sprzed kilku lat i wciąż je noszę. Ostatnio dołączyły do tej listy Uniqulo i Betterfly. Wbrew pozorom mam mało ubrań w szafie. Noszę te same rzeczy latami. Bardziej interesuje mnie styl niż trendy. Staram się pamiętać, żeby nie wyglądać „z tyłu liceum, z przodu muzeum” i to właściwie jedyne kryterium w doborze ubrań, którym się kieruję. Ciekawa jestem, czy zdaniem czytelników powinnam pokazywać na blogu, w co się prywatnie ubieram?  Boję się, że mogłoby to być nudne, często noszę te same lub podobne do siebie rzeczy.

W tym akurat przypadku myślę że popyt niekoniecznie musi prowadzić do rozpoczęcia produkcji. Na szczęście „zdanie czytelników” można potraktować jeszcze lżej niż zdanie niekompetentnych szefów redakcji. Mam nadzieję, że jako bloggerka nie skupi się Pani na schlebianiu wszelkim zachciankom czytelników (szczególnie tych, którzy obrazków potrzebują właśnie dlatego, żeby nie musieć czytać (śmiech)).

Jak ocenia Pani skuteczność Polskiego Tygodnia Mody (FashionPhilosophy Fashion Week Poland)? Co już mamy na miejscu a czego nam jeszcze brakuje?

Dużym plusem naszego tygodnia mody jest możliwość zaistnienia, jaką daje początkującym projektantom. To chyba największy atut łódzkiej imprezy. Chciałabym, żeby była to rzeczywista prezentacja twórczości wszystkich polskich projektantów. Wtedy byłaby miarodajna. W tym roku nie pokazali swoich kolekcji obecni wcześniej w Łodzi Ania Kuczyńska, czy Konrad Parol. Nie pojawiły się tam jeszcze nigdy nasze rodzime gwiazdy, na przykład Baczyńska, Zień czy Woliński. Niestety, z uwagi na to, że najlepsi w Polsce projektanci, jak również liczące się firmy odzieżowe – nie są jeszcze w Łodzi obecni, wciąż niestety jest to impreza o charakterze prowincjonalnym.

Z grzeczności ( a także dlatego, że sieć i tak buzuje już od spekulacji na ten temat i dlatego wydaje mi się on mało oryginalnym) nie zapytam Pani o okoliczności odejścia z magazynu Elle ( jednocześnie rozumiem, że nie jest to żadna tajemnica, bo dzieliła się Pani tą wiadomością publicznie na poczytnym blogu). Zapytam Panią za to o coś innego: kto i w jaki sposób powinien ubiegać się o zwolnioną posadę (ogłoszenie rekrutacyjne można znaleźć w sieci)? Czy w ogóle istnieją realne szanse uzyskania zatrudnienia na stanowisku kierownika działu mody dużego magazynu poprzez aplikację z życiorysem i portfolio? Osoby z którymi miałam okazje na ten temat rozmawiać twierdzą że absolutnie nie, chciałabym sprawdzić u źródła.

Wobec tego proszę zwrócić się z tym pytaniem do osób rekrutujących.

 

adres domowy gościa: http://alicjakowalska.com/

adres domowy gospodyni: http://laexpress.pl/

 

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *