Rozmowa z Olgą Szynkarczuk o etyce, wdzięczności i dumie ale także o stringach z Koniakowa i ćwiekowanym „body” Dody.

Na pokaz Olgi Szynkarczuk w ramach Fashion Philosophy Fashion Week Poland w październiku tego roku przyszłam nieco spóźniona, niewiele widziałam nad głowami tłumnie przybyłej widowni. Jednocześnie była to jedyna kolekcja sezonu, którą dane mi było szczegółowo zbadać z bliska, już na wieszakach, po pokazie. W garderobie panowała niezwykle przyjemna, ciepła i rodzinna atmosfera, ekipa pracująca nad zabezpieczeniem kolekcji do podróży wydawała się nieprzypadkowa. Każda z osób pakujących kreacje potrafiła udzielić mi szczegółowych informacji na temat kolekcji,  jej powstawania. Rozrywana przez dziennikarzy i przyjaciół wyrastających jak grzyby po deszczu w każdym kącie pomieszczenia projektantka z entuzjazmem opowiadała o współpracy z jedną z polskich firm obuwniczych, która zajęła się przygotowaniem specjalnej serii transparentnych, „plastikowych” sandałów na platformie do jej pokazu. Kilka razy z gwaru garderobianego moje uszy wyłowiły słowa „wszystko się da”, „no co ty, przecież musiało się udać”, „jasne, wszystko można”. Z odnoszącą sukcesy zawodowe w kraju i za granicą Olgą rozmawiałam o etyce, wdzięczności i dumie, ale także o stringach z Koniakowa i ćwiekowanym „body” Dody.

J.O.B.: Wykształcenie kierunkowe zdobywałaś poza granicami kraju, zatrudnienie znajdujesz również poza Polską, jednocześnie Twoje najbardziej rozpoznawalne autorskie projekty osadzone są silnie w polskiej kulturze (na hasło Szynkarczuk Google oferuje najpierw dziesiątki zdjęć słynnych „kierpcasów”, czyli kierpcy na obcasie bądź platformie/koturnie, dopiero później zajmuje się innymi Twoimi osiągnięciami), potrafiłaś uczynić atut ze swojej polskości — czy wynika to z fascynacji i zamiłowania do tradycyjnych ubiorów naszej kultury czy może jest kalkulacją marketingową (niegroźną oczywiście, podobną nieco do tej, którą posługiwał sie Alexander McQueen wykorzystując w dziesiątkach modeli motyw szkockiej kraty, która stała sie w efekcie jego znakiem rozpoznawczym)?

Olga Szynkarczuk: Podobnie jak u McQueena (pochodził ze Szkocji ale urodził się i spędził większość swojego życia we wschodnim Londynie), moja fascynacja polskością wynika z tęsknoty i zachwytu nad sztuką ludową, która w Polsce jest powodem do dumy. Ta fascynacja wynika prawdopodobnie z faktu, że przez wiele lat mieszkałam poza Polską. Inspiracja polskim rękodziełem ludowym pojawiła się po raz pierwszy w mojej pracy dyplomowej, na pokazie Otis College of Art and Design w Los Angeles w 2005r. Wtedy przeczytałam w jednym z polskich magazynów o koronczarkach z Koniakowa i o burzliwej dyskusji między starymi i młodymi koronczarkami, którą wywołały koniakowskie stringi. Poleciałam do Polski na Święta Bożego Narodzenia, dotarłam do tego zaśnieżonego, magicznego miejsca i zamówiłam wykonanie bluzki według zrobionych przeze mnie form. Tak zaczęła się moja współpraca z polskimi rzemieślnikami.

Właśnie, przy wytwarzaniu autorskich kolekcji korzystasz z pomocy zastępów specjalistów różnych dziedzin. Na jakim etapie pracy nad autorską kolekcją „oddajesz sprawy w dobre ręce” doświadczonych rzemieślników, w którym momencie pozwalasz sobie na rozproszenie odpowiedzialności za efekt końcowy? Planujesz metody wykończenia szwów w modelach własnych kolekcji? Jesteś raczej architektem czy inżynierem własnych prac?

Moje kolekcje są efektem ciężkiej pracy niewielu bardzo zdolnych, niezwykle kreatywnych osób. Praca nad kolekcją kończy się dla mnie w momencie zobaczenia jej na wybiegu. Po kilku różnych doświadczeniach przy pracy nad kolekcjami nauczyłam się, że sukces niektórych kolekcji polegał na tym, że zamiast “rozproszyć odpowiedzialność” angażowałam się w nie w 100%. W trakcie pracy nad kolekcją nie może istnieć nic innego. Nie ma czasu na rodzinę, jedzenie czy odpoczynek. To jest miesiąc całkowitego odcięcia się od życia codziennego i poświęcenia całego siebie temu co powstaje w pracowni. Kiedy mam gotowe projekty zaczynam pracę z krawcową od analizy wszystkich przygotowanych projektów i rozplanowania pracy, żeby zmieścic się w czasie. Decyduję osobiście o każdym szwie, kolorze nitki, podszewce, każdym wykończeniu i każdym guziku. Krawcowa stara się nie podejmować decyzji bez mojej obecności bo tylko ja wiem dokładnie czego chcę. Jeżeli mam wątpliwości to lubię się skonsultować z kilkoma różnymi osobami ale ostateczne decyzje podejmuję sama. Niektóre wykończenia jak wyszywania czy hafty (np. sweter ze skórzanymi kółkami) muszę zrobić sama, bo tylko je wiem, jak je odpowiednio umiejscowić. I to jest chyba w tej pracy najfajniejsze, bo process tworzenia to nie tylko początkowe wymyślanie i rysunek ale praca z formami, materiałami i przymiarki, w trakcie których niektóre pomysły się nie sprawdzają ale na ich miejsce pojawiają się nowe.

 Jak przebiega Twoja współpraca z przedstawicielami innych, pokrewnych rzemiosł?

Praca z rzemieślnikami nie jest łatwa, szczególnie jeśli nie są przyzwyczajeni do eksperymentów i nowości. Przekonanie górali, że kierpce na obcasach są wykonalne i funkcjonalne zajęło mi sporo czasu. Ale jak już zrobili pierwszego kierpcasa to nagle okazało się, że „i dla teściowej by się przydały”. Praca nad kolekcją Jesień/Zima 2010 była jeszcze większym wyzwaniem. Formy na koronkowe kreacje musiałam wysłać na Sri Lankę trzy miesiące przed pokazem a skończone elementy zobaczyłam dopiero tydzień przed pokazem na Sri Lance. Nie były one doskonałe a ich poprawianie i wykańczanie trwało do poł godziny przed rozpoczęciem pokazu…ale generalnie uważam pracę z rzemieślnikami za niesamowicie wzbogacającą przygodę. Zupełnie inaczej wygląda moja współpraca z artystką malującą na jedwabiach, panią Barbarą Berg z Milanówka. Uważam Panią Basię za niezwykle twórczą osobę i często wolę podrzucić jej ogólny zarys tego, co chciałabym mieć na tkaninie. Później wolę siedzieć i obserwować spontaniczne ruchy pędzla i interpretację mojej wizji według pani Basi. Chociaż często nie mogę się powstrzymać od komentarzy w stylu: “O! Dokładnie ta plama, właśnie o to mi chodziło, czy możemy zrobić więcej takich plam?”

Podczas gdy wielu polskich projektantów usprawiedliwia jakościowe niedociągnięcia swoich kolekcji brakiem środków na ich realizację a drugie tyle wcale nad zagadnieniem jakości zdaje się nie zastanawiać Tobie udaje się raz po raz realizować pomysły odważne i kosztowne. Miałam w rękach modele z Twojej ostatniej kolekcji i są to kusztownie (często ręcznie) wykonane przedmioty z dobrych gatunkowo surowców. W jaki magiczny sposób finansujesz powstawanie swoich kolekcji?

To trudne pytanie. W skrócie wygląda to tak, że najpierw pożyczam a później, żeby oddać, zbieram i sprzedaję kreacje. Ale jak większość projektantów jestem permanentym poszukiwaczem sponsorów.

Sporo mówi się o ekologii w modzie, o zasadach fair trade przy rzemieślniczej produkcji ubioru, wspomina się o nich niemal w każdym tekście na Twój temat do jakiego dotarłam. Jak definiujesz fair trade i co jest wyznacznikiem ekologiczności twoich projektów?

Nie nazwałabym tego co robię ekologiczną modą, chociażby dlatego, że robię kierpcasy i pasy z prawdziwej skóry. Na pewno staram się produkować kolekcje zgodnie z zasadami fair trade, ale mój sposób pracy nad kolekcjami najlepiej definiuje określenie “odpowiedzialna moda” (ethical fashion). Jest to definicja polegająca na prowadzeniu działalności dążącej do poprawy warunków pracy w globalnym przemyśle odzieżowym, zwiększania odpowiedzialności społecznej i zaangażowania w te działania konsumentów. Może to być ograniczanie zaśmiecania środowiska poprzez używanie do produkcji wyłącznie kwadratów i prostokątów materiału aby uniknąć w ten sposób powstawania ścinków materiału i zużycia papieru na formy (taka była kolekcja SS2011 na Lexus Fashion Night 6). Przy produkcji koronkowych elementów na Sri Lance osobiście poznałam koronczarki, upewniłam się, że pracowały w odpowiednich do tej pracy warunkach.

Twoja babcia jest autorką wielu dzianin w Twoich kolekcjach, mama pomaga zapanować nad chaosem w trakcie pokazów — patrząc z perspektywy czasu na dobrych kilka lat własnej kariery myślisz, że udało by Ci się osiągnąć to samo bez ich wsparcia?

Myślę, że absolutnie nie. Gdyby nie te wspaniałe, twórcze i angażujące się we wszystkie moje działania kobiety, byłabym pewnie teraz na początku drogi. Fascynacja modą i dobrym stylem sięga w naszej rodzinie czasów przedwojennych, czasów mojej prababci. Babcia Bronia przyjechała do Polski z Kresów i zaczynała karierę krawcowej i modystki w słynnym przedwojennym zakładzie krawieckim Hera w Warszawie. Kilka dni temu dowiedziałam się, że pod koniec lat dwudziestych babcia Bronia haftowała suknię wieczorową dla samej Ordonki! Ciekawe co by powiedziała, gdyby zobaczyła jak w 2011 Doda występuje w nabijanym ćwiekami body mojego projektu (śmiech).

Dlaczego zdecydowałaś się na edukację zagraniczną zamiast skorzystać z oferty jednej z polskich szkół projektowania? W jakim stopniu różni się Twoim zdaniem edukacja którą otrzymałaś od tej, którą mogłaś dostać w Polsce?

W 2001 roku zostałam laureatką nagrody fundacji Kasi Figury i jej męża Kaia Schoenhalsa “Artistic Vitamin”. Dostałam roczne stypendium do Emily Carr Institute of Art and Design w Vancouver. Po roku studiów w Vancouver dostałam stypendium do Otis College of Art and Design w Los Angeles. Zawsze byłam dosyć ciekawa świata i propozycja bezpłatnego studiowania w renomowanej szkole w Los Angeles (ludzie, ktorzy ją założyli ukończyli Parsons w Nowym Jorku) wydawała mi się nie do odrzucenia. Trudno jest mi odpowiedziec na ostatnie pytanie ponieważ niewiele wiem o edukacji w branży modowej w Polsce.

Wielu polskich projektantów i adeptów zawodu niewiele wie o tym, jak sprawy się mają na uczelniach zagranicznych, opowiedz nam trochę o tym czego i w jakich proporcjach uczono Cię w szkołach do których uczęszczałaś.

Na stypendium w Kanadzie spedziłam rok w Emily Carr Institute of Art and Design w Vancouver na tzw. Foundation Year. Ten pierwszy rok studiow to dla wszystkich studiujących w Ameryce Północnej artystów szansa na spróbowanie każdej dziedziny sztuki nauczanej na Uniwersytecie. W ciągu dziesięciu miesięcy studiów spróbowałam: rysunku, malarstwa, rzeźby, fotografii oraz instalacji, przy okazji doszkalając się z historii sztuki współczesnej. Najciekawsze jest to, że przy projektach na każde z tych zajęć nie mogłam się powstrzymać, żeby gdzieś nie wcisnąć elementów modowych. Na zajęcia z instalacji-recyclingu zrobiłam sukienkę z torebek foliowych podświetlanych żarówkami, na zajęcia z fotografii sukienkę z kliszy fotograficznej. Zorganizowałam nawet pokaz mody w formie instalacji na zakończenie roku. Wtedy zdecydowałam, że kierunek już wybrałam i że muszę się przenieść do szkoły z wydziałem projektowania ubioru. Na pierwszyn roku w Otis College of Art and Design mieliśmy zajęcia z projektowania, ilustracji modowej, drapowania, kroju i szycia. Od drugiego roku zaczęliśmi projektować mini kolekcje pod okiem mentorów – firm modowych takich jak: Rick Owens, Cynthia Rowley, Michelle Mason, John Varvatos, Billabong, Target. Pod koniec każdego roku mieliśmy pokaz naszych kolekcji. Podczas dyplomu pracowałam z Bobem Mackie, facetem, który był autorem wszystkich kreacji Cher, nawet tych najbardziej pojechanych!

W poprzednich edycjach Fashion Philosophy pokazywałaś kolekcje w Alei Projektantów, na dużym wybiegu. Jak czułaś się „cofając się” do Offu, co spowodowało takie zakwalifikowanie Twojej najnowszej kolekcji i jakie znaczące różnice widzisz między tymi dwiema formami prezentacji?

Nie uważam udziału w Offie za “cofanie się”. Przy projektowaniu mojej kolekcji Wiosna/Lato 2012 sama chciałam, żeby bardziej pasowała do Offa niż do Alei Projektantów. Sama zgłosiłam kolekcję do Offa, bo wydaje mi się, że pokazują się na nim projektanci, którzy mają ciekawe, bardziej awangardowe niż w Alei Projektantów pomysły. Chciałam zrobić bardziej eksperymentalną kolekcję niż wczesniej w Alei Projektantów, miałam potrzebę spróbowania czegoś innego. Nie uważam, że Off Out Of Schedule jest gorszy od Alei Projektantów, wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że kolekcje pokazywane na Offie wzbudzają większe zainteresowanie niż pokazy w Alei. Dla mnie pokazanie się na Offie to nie było “cofnięcie się” lecz “skok w bok”.

 

adres domowy gościa:http://olgaszynkarczuk.com/

adres domowy gospodyni:  http://laexpress.pl/

 

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *