Marzenie postmodernizmu

Aimee Mullins jest piękną kobietą. W 1998 roku pozowała dla Nicka Knighta do Dazed&Confused. Na jednym ze zdjęć Mullins przypomina lalkę z lat pięćdziesiątych. Jasne, kręcone włosy rozrzucone są w nieładzie, spojrzenie utkwione w nicości, usta lekko wygięte w nic nie mówiący uśmiech. Jedna dłoń podpiera czoło, druga spoczywa na kolanie. Poniżej kolana jej nogi – długo szukam właściwego słowa – cóż, kończą się. W ich miejsce pojawiają się plastikowe, brudne protezy o pomalowanych paznokciach. Dokładnie tak wyglądały nogi lalek smętnie zasiadających na szafach w mieszkaniu mojej babci, zanim ósemka wnuków obróciła je wniwecz. Drugie zdjęcie, topless, nogi w sportowych, obcisłych spodniach do biegania. Zamiast stóp i łydek, protezy z włókna węglowego.

Były to protezy rewolucyjne, znane jako „cheetah legs”, ze względu na kształt i, oczywiście, szybkość, jaką pozwalają uzyskać. Aimee ustanowiła na tych protezach nowe rekordy świata w biegu na sto i dwieście metrów, a także w skoku w dal. W świecie sportu, i to nie tylko paraolimpijskiego, rzeczone protezy wywołały prawdziwą burzę, są bowiem bardziej wydajne, niż ludzkie nogi. Nagle okazało się, że na paraatletów nie da się już patrzeć z przymrużeniem oka, że bliżej im do X-manów niż do traktowanych z dobrodusznym wzruszeniem głuchoniemych tańczących tango na wózkach inwalidzkich.

Oczywiście, patrząc na sesję Knighta, nie musimy wiedzieć tego wszystkiego. Ale i tak odczuwamy niepokój. Wystarczy spojrzeć na kształt tych protez, by wyobrazić sobie ich potencjalną sprężystość, ich użyteczność w biegu, przyczepność i stabilność. Nagle do nas dociera. To ciało nie jest okaleczone, ono jest USPRAWNIONE.

Mullins zmienia nogi jak rękawiczki, a bardziej dosłownie – jak buty. Ma ich kilkanaście par. Może regulować swój wzrost. Może stać się żywą rzeźbą. W filmie „Cremaster” wystąpiła w przezroczystych protezach z kłączami ziemniaków zasadzonymi w środku. Mówi o świadomym designie ciała i byciu architektem własnej tożsamości poprzez przekształcanie samego siebie za pomocą technologii. Spotyka się z dziećmi, by pokazywać im, że koncept „niepełnosprawności” jest przestarzały. Powiedziałam im – mówiła Mullins na wykładzie dla TED – dzieciaki, obudziłam się dziś i postanowiłam, że mam ochotę przeskoczyć jakiś dom. Nic wielkiego, ze trzy dwa piętra. Pomyślcie, od jakiego zwierzęcia albo superbohatera, powinnam pożyczyć nogi? Dzieci błyskawicznie odpowiedziały: „Kangur! Nie, żaba! Nie, Inspektor Gadżet! Iniemamocni!” I cała masa innych postaci, których nawet nie znam. Aż w końcu jedno dziecko zapytało: „A może tak chciałabyś polecieć?” I wszyscy na sali, włącznie ze mną, stwierdzili „Eeekstra”. Tak po prostu, z kobiety, którą te dzieci nauczone były postrzegać jako niepełnosprawną, stałam się kimś z większymi możliwościami od nich samych. W kogoś, kto ma szanse być SUPERsprawny.

Przesłanie Mullins jest pozytywne i ogranicza się do redefinicji niepełnosprawności, a raczej, rezygnacji z określenia „niepełnosprawny” (Pamela Anderson ma więcej implantów niż ja, i nikt nie mówi, że jest niepełnosprawna). Z socjologicznego punktu widzenia przesłanie Mullins dotyczy nie niepełnosprawności, a zmiany podejścia do ludzkiego ciała w ogóle. To już nie jest dyskurs o przezwyciężaniu braków. To jest dyskurs o ulepszaniu – twierdzi. To jest rozmowa o potencjale. Sztuczne kończyny nie służą już zastępowaniu czegoś. Stają się symbolem faktu, że ich użytkownik może stworzyć w tym miejscu coś, co mu się tylko podoba. Ludzie dotąd uważani za niepełnosprawnych stają się architektami swoich tożsamości i stale je zmieniają poprzez projektowanie swoich ciał. Mullins wchodzi w interakcję ze swoim ciałem, nadając mu formę, jaka jej się w danej chwili podoba.

Sesję zdjęciową dka Dazed&Confused wykonał Nick Knight, ale twórcą koncepcji był McQueen. W tym samym roku Mullins wystąpiła na jego pokazie – tym samym, który zakończył się pomalowaniem sukienki farbą przez dwie maszyny. Goście opuścili pokaz wspominając głównie kręcącą się w kółko modelkę atakowaną z każdej strony przez strumienie farby. Nikt nie zauważył, że jedna z modelek nie miała nóg. McQueen kazał dla niej wyrzeźbić piękne protezy z drewna jesionowego, w kształcie wysokich butów ozdobionych wypukłym reliefem z kłączami winorośli i magnolią.

Alexander McQueen słynął z manipulowania nie tylko strojem, ale i ciałem. W ostatniej kolekcji prezentowanej za jego życia, zatytuowanej Atlantyda Platona, sylwetki modelek zostały pozbawione naturalnych proporcji przez wysokie buty o nieanatomicznym kształcie i niebotyczne fryzury. Ich twarze zniekształcono charakteryzacją typu star trek. I choć dziś wszyscy myśląc o tej kolekcji widzą „Bad Romance” Lady Gagi, dla McQueena była to wizja ewolucji ludzkości – ludzkości, która z powodu globalnego ocieplenia zmuszona była zamieszkać pod wodą.

Ale McQueen nie był tu ani pierwszy ani jedyny. Wszyscy pamiętamy rewelacyjne wyjście Adriany Sklenarikovej w Chimerze Thierrego Muglera,w finale pokazu Haute Couture f/w 1997. Modelka miała żółte szkła kontaktowe, z jej skroni zamiast włosów wyrastały pióra w fantazyjnych barwach. Pancerz chimery wykonany był ze złotych łusek, piór i włosia końskiego, haftowany kryształami górskimi. „Jest tak niepraktyczna, że zdaje się obdarzać nosiciela supermocami” – napisała Sara Valdez w recenzji wystawy „Extreme Beauty: The Body Transformed” w Metropolitan Museum w 2001 roku. Garby u Rei Kawakubo, gorsety u Gaultiera – wszystkie te stroje wprost krzyczą „nie chcemy już projektować ciuchów, chcemy projektować ciała”.

***

Teorię zwaną hipotezą upośledzenia (handicap principle) stworzył w latach siedemdziesiątych zoolog Amotz Zahavi. Mówi ona w skrócie, że w świecie zwierząt najbardziej wiarygodne sygnały o doskonałej jakości genów partnera (wybujałe ogony, piękne grzywy) to takie, które go w znaczący sposób obciążają i w pewien sposób upośledzają. Wielki pawi ogon to zżeracz składników odżywczych, angażuje też system odpornościowy przeciw pasożytom i utrudnia ucieczkę przed drapieżnikami. Tylko samiec o niezwykłej sile i doskonałym zdrowiu „wyprodukuje” taki ogon, samca przeciętnego nie będzie bowiem na to stać. W ten sposób, wielka, lśniąca ozdoba staje się dla innych osobników symbolem siły i dobrych genów.

Teoria Zahaviego ma odpowiednik w socjologii w teoriach Thorsteina Veblena o klasie próżniaczej (powstałych zresztą dużo wcześniej, na przełomie XIX i XX wieku). Veblen udowodnił, że wyższe warstwy społeczne okazują swój status poprzez ostentacyjne marnotrawstwo, ostentacyjną konsumpcję i ostentacyjne próżnowanie (znawca mody, Quentin Bell, pod koniec XX wieku dodał do listy ostentacyjne obrażanie, prawdopodobnie myśląc o Izabeli Blow, ale to już inna historia). Veblen wychodzi od obserwacji, że wyższym klasom społecznym nigdzie na świecie nie godzi się wykonywać zajęć produkcyjnych (w europejskim średniowieczu groziła za to utrata szlachectwa). By zatem wszyscy dookoła zdawali sobie sprawę z tego, że mają do czynienia z przedstawicielem najwyższej kasty, ludzie ci gotowi byli (są?) na zabiegi ukazujące w sposób jak najbardziej jednoznaczny, że żadną pracą się nie zajmują, a nawet zajmować się nie są w stanie – chińscy arystokraci zapuszczali kilkunastocentymetrowe paznokcie, europejskie kobiety ściskały gorsetami do omdlenia. Bardzo długie włosy, bardzo niewygodne buty pełnią podobną funkcję. Odpowiedni system zachowania, etykieta, maniery – to także, zdaniem Veblena, elementy ostentacyjnego próżnowania, bowiem etykieta jest tak skomplikowana, że jej nauka wymaga czasu i środków – których, najwyraźniej, dany obywatel nie musiał przeznaczać na pracę i podstawowe potrzeby. Także moda według Veblena pełni podobną rolę – nadążanie za nią, orientowanie się w niej, a zwłaszcza nabywanie jej produktów, już w czasach Veblena wymagało takiego nakładu sił i środków, że mało kto dawał radę.

W ciągu stu lat, jakie dzielą nas od „Teorii klasy próżniaczej” autorstwa Veblena, miały miejsce dwie wojny światowe, rewolucja seksualna, lądowanie na księżycu, wprowadzenie powszechnego prawa wyborczego, równouprawnienie kobiet i otwarcie rynku europejskiego na import z Chin. (Wbrew pozorom, ostatnia recesja nie jest tu najistotniejsza.) Można się więc zastanawiać, na ile teoria ta jest aktualna. Demokratyzacja społeczeństwa sięgnęła tak daleko, że na dzień dzisiejszy tych tak zwanych klas wyższych w zasadzie nawet nie widzimy, w związku z tym średnio nas obchodzi długość ich paznokci. Ale człowiek nadal ma potrzebę okazania swojej wyższości nad innymi i nadal czyni to z ostentacją, świadomą lub nie. Z tym, że w obecnych czasach teorię ostentacji coraz częściej zastępuje ludzka wersja hipotezy upośledzenia.

W czasach, w których dostęp do dóbr konsumpcyjnych zostały tak znacznie zdemokratyzowany, ostatnim bastionem ostentacji stało się nasze własne ciało i to za jego pomocą komunikujemy swój status. „Możemy nie rozróżnić kobiety bogatej od ubogiej po minimalistycznej czarnej sukience i podrobionej torebce, ale jest duża szansa, że ta bogatsza będzie szczuplejsza” – napisała Nancy Etcoff w książce „Przetrwają najpiękniejsi”. Kiedy powiedziałam swoim studentom, że chciałabym po urodzeniu czwórki dzieci mieć taką figurę jak królowa Jordanii, cała sala momentalnie orzekła: „no tak, ale ją na to stać”.

Ciało wypielęgnowane, ciało szczupłe, o jędrnym biuście, płaskim brzuchu i zadbanej cerze – ciało takie wymaga zachodu. Pieniędzy, czasu, dietetyka, trenera, ganiania do sklepu ze zdrową żywnością, kilkuset złotych miesięcznie na masaże i SPA. Tyjemy, kiedy nie mamy czasu jeść regularnie i zdrowo, kiedy przełykamy coś w windzie lub w fastfoodzie. Tyjemy, kiedy obcinają nam pensję, bo biały chleb z Biedronki ma więcej kalorii niż żytni chleb za 5,40 zł. Tyjemy też, kiedy tracimy kontrolę: zapominamy pójść na zakupy, przesypiamy budzik, nie zjadamy śniadania, w samochodzie połykamy batonika w całości i pędzimy do pracy. Albo, po prostu, kiedy obżeramy się, bo nie potrafimy się powstrzymać. Szczupłe ciało jest dowodem po pierwsze dostatku, po drugie samodyscypliny. Większość socjologów (nie mylić z publicystami) jest zgodna co do tego, że epidemia anoreksji ma więcej wspólnego ze statusem społecznym i kontrolą, niż z lansowanym ideałem piękna. „Nie powiecie mi chyba, że widząc na wybiegu dziewczynę z nadwagą, mówicie sobie, muszę przytyć” – zauważa Alexandra Schulman, redaktorka brytyjskiego Vogue.

Kontrola to drugie, obok statusu społecznego, kluczowe dla nas pojęcie. Im bardziej status społeczny zaciera się z powodu demokratyzacji, tym bardziej na znaczeniu zyskuje nasza własna tożsamość, nasz status, nazwijmy to, osobisty, który budujemy sami. Ostatecznie, od wielu lat wmawia się nam, że żyjemy w wolnym świecie i od nas tylko zależy, co osiągniemy. Usiłujemy więc naszym ciałem pokazać, jak daleko już zaszliśmy. Socjolog współczesny, Anthony Giddens łączy anoreksję z teorią budowania „refleksyjnej tożsamości”. Jego zdaniem, charakterystycznym rysem współczesności (którą nazywa epoką ponowoczesną, czyli postmodernizmem) jest nieskończona liczba równoważnych opcji wyboru, przy czym każda z nich jest równie niepewna i prawdopodobnie jeszcze za naszego życia uznana zostanie za przestarzałą. Krótki przykład: idę o zakład, że żadna średniowieczna kobieta, nie miała wątpliwości, jak wyleczyć niemowlę z kolki. Wiedzę tę odziedziczyła po swojej matce i przekazała swojej córce. Kobieta współczesna ma do wyboru niezliczoną wręcz masę podręczników, z których każdy doradza co innego, a jeśli będzie miała troje dzieci w odstępach pięcioletnich, za każdym razem za najzdrowszą będzie uznawana inna opcja. Jeśli przemnożymy tę sytuację przez cały otaczający nasz świat i całe ludzkie życie, zrozumiemy, czemu jesteśmy najbardziej znerwicowanym społeczeństwem w historii, mimo, że obiektywnie rzecz biorąc, jesteśmy zdrowsi, bezpieczniejsi i bardziej długowieczni niż nasi przodkowie. W tym szalonym świecie każdy z nas stara się zdobyć jakąś formę kontroli nad rzeczywistością, kontrola, a raczej poczucie kontroli, pozwala nam bowiem nie zwariować ze strachu. Część z nas podświadomie dochodzi do wniosku, że jedyną rzeczą, którą w miarę da się jeszcze kontrolować, jest nasze ciało. „Anoreksja to głód bezpieczeństwa w świecie licznych i wieloznacznych opcji” – pisze Giddens.

Ale odchudzanie się to jedna z możliwości. Powoli przestaje nam wystarczać, by poczuć władzę, moc i kontrolę. Marzymy o tym, by poczuć nad ciałem kontrolę absolutną, by nauczyć się je przekształcać w sposób dowolny, by za pomocą tego pierwszego i ostatecznego środka wyrazu wykrzyczeć siebie. Marzenie o pokonaniu własnej cielesności objawia się nie tylko w coraz bardziej dziwacznych operacjach plastycznych – mieści się w nich i nastolatka nosząca szkła kontaktowe powiększające jej tęczówki, i ludzie pokrywający każdy fragment ciała kolczykami. Oczywiście, artyści i projektanci doskonale wyczuwają tę potrzebę.

Manipulowanie ciałem przez współczesnych projektantów mody nie jest już kwestią natury estetycznej, lecz kulturowej. Moda pełna jest elementów mających nie tylko ubrać, ale wspomóc kształtowanie tożsamości. Moda współczesna wspiera iluzję kontroli nad swoim ciałem. Znakomitym przykładem będzie tu Lady Gaga, która nie bez powodu stała się ikoną mody i stylu. Jest bardzo szczupła (na razie dlatego, że młoda. Biodra i cycki rosną jeszcze dobrze po dwudziestce), ale to jej nie wystarcza. Gaga uczyniła ze swojego ciała niezwykle silny środek wyrazu, pas transmisyjny dla swoich idei i emocji, a te idee, zbiegiem okoliczności są definicją postmodernizmu. Gaga prawdopodobnie o tym nie wie, ale stanowi wręcz książkową ilustrację teorii Giddensa o refleksyjnym tworzeniu tożsamości. Jest też ilustracją teorii Gillesa Lipovetskiego o modzie jako środku do redefiniowania i wynajdowania na nowo swojej własnej osoby („reinventing self”). Lipovetski stworzył pojęcie „hipernowoczesności”, analogiczne do pojęcia „ponowoczesności” (współcześni socjologowie ciągle zmieniają nazwy zjawisk, zwłaszcza, jeśli te zjawiska mówią o kompulsywnej konieczności zmian. Bardzo symbolicznie). Człowiek współczesny, według Lipovetskiego zmienia swoje „ja” i swoje poglądy równie często, co swoje smartfony („dla klientów przedłużających umowę, nowy smartfon już za 9 miesięcy”), gdyż negacja trwałych idei ułatwia przetrwanie w świecie wielu opcji i wielu względnych prawd. Znawczyni mody, Holly Brubach napisała kiedyś, że trzyma w swojej szafie stare ubrania, których nigdy nie zamierza nosić ze względu na „szacunek dla osób, którymi byłam. Dobrze się spisały. Każda z nich otworzyła drogę następnej i zniknęła, a pozostały po niej jej ubrania”. Nieustająca metamorfoza staje się więc swego rodzaju ewolucyjnym przystosowaniem do współczesności – a taka Lady Gaga, na przykład, nie musi nawet czekać, aż jej włosy odrosną! Może przy tym dowolnie manipulować sylwetką, mieć wystający kręgosłup, kosmicznie wystające wyrostki na kościach policzkowych, oczy na pół twarzy. Oczywiście, wszyscy wiemy, że nosi peruki i używa charakteryzacji, ale przecież chodzi tu głównie o marzenie. Występując w zniekształcających jej ciało charakteryzacjach piosenkarka projektuje swoje ciało, podobnie jak Aimee Mullins, tylko że na niby. Obie ilustrują główne marzenie ponowoczesności: nieustającą zmianę przy zachowaniu pełnej kontroli. A my? My pochłaniamy futurystyczne wizje mutanta i cyborga, traktując to jak rozrywkę. Niby obawiamy się takiej wizji przyszłości rodzaju ludzkiego, ale tak naprawdę pragniemy jej, jako dowodu na to, że kiedyś zapanujemy nad swoją fizycznością, nad swoim życiem – i swoją śmiercią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *