Męczeństwo Katarzyny K.

Katarzyna Konieczka to zdecydowanie najbardziej awangardowa z polskich projektanek. Jej mroczne, odrealnione kostiumy zostały już wielokrotnie zauważone w kraju i zagranicą. O jej gorsetach i ozdobach przypominających narzędzia tortur pisał nawet brytyjski Vogue, a Diane Pernet przyznała jej dziennikarską nagrodę specjalną”A Shaded View on Fashion”. Z artystką spotkałam się kilka dni po przedpremierowym pokazie jej najnowszej kolekcji w sopockim Dream Clubie.

1Z0-481 exams

CSSGB exam

 

Ultra: Jak wrażenia po pokazie ? Twoje prace po raz pierwszy zostały zaprezentowane w dość specyficznej, klubowej oprawie.

Katarzyna Konieczka: Przede wszystkim bardzo szanuję inicjatywy ludzi, którzy zapraszają artystów do współpracy i udostępniają im swoją przestrzeń. To daje też możliwość wkraczania na zupełnie nowe tereny i zmierzania się z inna publicznością.

U: Opowiedz mi trochę o Twojej nowej kolekcji. Jakie nowe elementy się w niej pojawiły?

KK: Moja poprzednia kolekcja – „Very Twisted Kingdom” – to była jedna spójna opowieść. To  film, w którym występowały różne postaci z wyimaginowanego królestwa;  król, królowa, paź, kat…  Tym razem moją inspiracją była zupełnie inna historia. Na Wikipedii przeczytałam krótki fragment o seryjnym mordercy, który był prototypem głównego bohatera ”Milczenia owiec”. Facet najpierw specjalnie tuczył, a w ostatnich dniach nieco głodził swoje ofiary, aby ich skóra była łatwiejsza do zdarcia. Kiedy policja przeszukiwała jego mieszkanie, okazało się, że miał w domu mnóstwo ozdób wykonanych z ludzkiej skóry: lampki, paski, ubrania… To bardzo makabryczne, a jednocześnie ogromnie fascynujące. Nie mam pojęcia dlaczego mnie to fascynuje, ale jest w tym jakaś prawda. I właśnie dlatego uważam, że nie powinnam zabijać w sobie chęci obrazowania takich inspiracji w moich pracach. Nie znam drugiej osoby, która ma takie fascynacje i potrafi konsekwentnie             poprowadzić wynikającą z nich wizję.  Dlatego, jeśli ja je mam, to muszę tą drogą podążać.

U: Twoja twórczość plasuje się w dosyć specyficznym miejscu, pomiędzy kostiumem teatralnym, a rynkiem mody z jego sezonowością, koniecznością przygotowywania kolejnych kolekcji i pokazów. Jak sama czujesz się w tej nieco dwuznacznej pozycji?

KK: Pasuje mi bycie dziwolągiem i nietypową maskotką. Bardzo przypadła mi do gustu ksywka Pani Doktor Frankenstein, nadana w jednej z gazet. Jednak nie zawsze jest mi łatwo funkcjonować na rynku mody, również ze względu na materiały. Do moich projektów potrzebuję np. bardzo sztywnego tiulu i materiałów, które będą przylegać dokładnie do sylwetki. To ręcznie zszywane i plisowane tkaniny, do tego pomalowane trzema warstwami farby- jak coś się sklei to koniec. To bardzo pracochłonny proces. Z jednej strony pomaga mi mój styl – nieco poszarpany, dziwny, niedofarbowany, ręczny. Jednak artystyczny styl nie może zakrywać braku techniki – krzywo wszyte zamki się nie uratują. Styl musi iść w parze z jakością wykończenia.

U: Dokładnie, w Twoich strojach namacalnie wyczuwa się dużą fizyczność, brutalność i ból. Gorsety i ortodontyczne aparaty wrzynają się w ciało modelek, formują je na nowo. Czy sam proces tworzenia wiąże się też z takim fizycznym wysiłkiem?

KK: W nowej kolekcji używam materiału przypominającego ludzką skórę. Cielista tkanina z czerwonymi spękaniami, w fazie wyjściowej chyba najbrzydszy materiał jaki w widziałam życiu! To jest czerwona lama.Wydaje się, że nie nadaje się nawet na brelok do kluczy. A ja przemalowałam go farbą, która wchodzi w reakcję z materiałem, tworzy na nim kożuch, pęka. W Polsce już niedostępna, musiałam ją  sprowadzić z Czech.
Wielką wagę przywiązuję do wykończenia i oryginalności materiałów. Zawsze obserwuję, jak wykonane są prace innych projektantów. Niestety, często materiały nie są zawoalowane. Załóżmy, że widać, że projektant napracował się nad konstrukcją, a zrobił tandetne wykończenie z materiału powszechnie używanego. Ja często chodzę np. pod tunelem na dworcu w Gdańsku, żeby zobaczyć, z czego są zrobione tanie ciuchy czy bielizna. Jeśli haleczki mają wykończenia z koronki jak z pasmanterii, to jeśli tę samą koronkę wrzucisz w piękną drogą suknię, to koniec świata. Dlatego lepiej brać koronki, farbować je, mieszać, przerabiać. W ten sposób polepsza się jakość. Nie bierze się materiału takim, jaki jest.  Niektórzy płacą fortunę za sprowadzanie materiału z Francji czy Włoch. Ja jednak uważam, że to zbyt proste kupić drogi materiał. Dlatego biorę tanie materiały i przerabiam je tak, aby zrobić materiał, którego nikt nie będzie miał. Aby nikt nie zorientował się, jak robię moje szycia na frankensteina.

U: Pomimo tego dosyć męczącego, brutalnego procesu twórczego udaje się Ci zachować wrażenie nieskazitelności  czy wręcz „hiperhigieniczności” kostiumów. W czym tkwi sekret?

KK: Projektowanie to dla mnie przetwarzanie treści w formę. To jak powiedzieć miłe słowo, stworzyć ciepłą atmosferę na sekundę przed uderzeniem. Jest to tak genialne jak np. torturowanie kogoś, jednocześnie przepełnione spokojem. Znamy historie osób, które mordowały i torturowały, zachowując w sobie spokój i metodyczność. I ten spokój i zaplanowanie przekładają się na moje konstrukcję. Intencje ludzkie determinują formę. Czyli hasło: metodyczność tortury przekłada się na symetrię w maszynkach. Zawsze musi być jakiś powód. Cała konstrukcja posiada np. jakieś tłoki, tłoki muszą być dociskane do innego elementu, wszystko udaje jakiś  cel.   Czerpię  z tego dużo treści. Tak dużo, że często wydaje mi się, że wszystko co do tej pory zrobiłam, to to samo. A to jest tak naprawdę bardzo różnorodne.

U: W Twojej twórczości często wykorzystujesz motywy „giegerowskie”.

KK: Wydaje mi się, że to nowy złoty środek. Kiedyś wszystko sprzedawał seks. Wystarczy popatrzeć na wokalistki, które teraz  na siłę kreują się na sexy wampy. Kiedyś wylansowała to Madonna i to szokowało. Ale dziś seks w wizerunku  spowszedniał. Dlatego straszną ciekawość wzbudza epatowanie masakrą. Ludzie lubią na to patrzeć, chociażby po to, by móc to potem potępić. To ich kręci, tak jak kamieniowanie – po prostu chleba i igrzysk. To jest okrutne, ale prawdziwe. Ja daję ludziom te drastyczne igrzyska.

U: Twoje kostiumy łączą często bardzo różne style- czasem retro, gotyk i romantyzm, z drugiej strony ultranowoczesność androidów i maszyn. Jaki jest wspólny mianownik łączący te inspiracje w Twojej głowie?

KK: Nie szukam na siłę  wspólnego mianownika. Wydaje mi się, że im bardziej zawoalowana jest postać i im bardziej czerpie z wielu epok, tym  może być bogatsza, i bardziej złożona. Nie kieruję się zupełnie sezonowymi trendami. Chcę być wolna w swojej twórczości i często kieruję się impulsami. Wszystko ma jednak związek z torturowaniem, sadyzmem, poddaństwem, męczeniem. To  we mnie tkwi. Jestem cały czas skupiona na formie pokazywania umęczenia.

Z Katarzyną Konieczką rozmawiała Veronica Fraticelli
Zdjęcia:
Dominika Śnieg

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *