Między rozumem i sumieniem

Trzy lata temu mój tata zabrał mnie do Afryki. Na miesiąc. Gdzieś pomiędzy wieś, która nie została zabita dechami tylko dlatego, że szkoda na to desek, a wolnostojące słonie i luzem łażące lwy. Od tamtej pory spędziłam też w ponad dwa miesiące w Indiach, byłam na Saharze, w Nepalu i Bengalu Zachodnim, żeby ograniczyć się do istotniejszych faktów. W związku z tym, choć nie byłam w samym Bangladeszu, arbitralnie przyznaję sobie prawo do posiadania własnego zdania na temat Trzeciego Świata. Myślę, że mam do tego przynajmniej takie prawo, co jedna czy druga blogerka modowa.

24 kwietnia tego roku w w kompleksie Rana Plaza nieopodal Dhaki, stolicy Bangladeszu, runął budynek. Zginęło przeszło 1100 osób, co czyni tę katastrofę najtragiczniejszą w historii. Świat, słusznie, przejął się. Przejął się tym bardziej, że w zawalonym budynku mieściły się szwalnie zachodnich marek – takich, jak Primark, Benetton, Mango i… LPP. Znów pojawił się więc w mediach wątek etyki w przemyśle odzieżowym. Jak łatwo się domyślić, świat przejmował się przez miesiąc, góra trzy, po czym świat wrócił do swoich spraw. I na tym rzecz by stanęła, gdyby parę dni temu nie przypomnieli o niej Gazeta Wyborcza i Michał Zaczyński. Więc teraz znów wszyscy mają zdanie.

 Mam i ja.

Bieda, która panuje w trzecim świecie jest dla nas niewyobrażalna. Niezależnie od tego, ile filmów na Discovery i zdjęć w National Geographic obejrzysz, zanim podejmiesz decyzję jakie stanowisko zająć, najpierw zaufaj mi w jednej kwestii: zrozumienie tamtej biedy wykracza poza zdolności poznawcze człowieka wychowanego w Europie. Może, jeśli ktoś spędzili tam jakieś 5 lat… ale że większość z nas nie spędziła, nie udawajmy mądrych. Nie udawajmy, że rozwiążemy problemy, których nie rozumiemy. Moje zdanie można więc zamknąć w sformułowaniu „to skomplikowane”. Z kilku powodów.


Po pierwsze: Nic.

Widziałam ludzi nie mających nic. Przy czym, ich nic definiuje się inaczej, niż nasze nic. Kiedy Europejczyk twierdzi, że nie ma nic, zwykle ma choć internet, za pomocą którego podzieli się tym stwierdzeniem ze światem. Indyjskie nie posiadanie niczego oznacza piętnastolatkę w sukience dla ośmiolatki. Sukienka podarta jest na ramionach, bo inaczej nie zmieściłby się w niej biust. Ma kolor błota i kurzu, a sięga ledwo krocza, przy czym o bieliźnie nie ma tu co marzyć. Sukienka ta jest jedyną ruchomością, jaką dziewczyna posiada. Poza tym, nie ma niczego. Idzie przez życie boso, jak się zmęczy, położy się na chodniku, przyśnie. Wstanie, pójdzie dalej, napije się deszczówki. Dzieci do ósmego roku życia biegają całkiem nago, mieszkają na wyspach zieleni oddzielających od siebie pasy autostrady. W porównaniu do nich, ryksiarz, który jest w posiadaniu turbanu na głowę i sandałów, jest bogaczem. W porównaniu do ryksiarza, pracownik sweatshopu złapał Pana Boga za nogi. A mowa o Indiach, kraju bogatszym, niż Bangladesz.

Po drugie 2: Potrzeby.

W Kenii robiliśmy paczki dla najbiedniejszych dzieciaków w szkole. Plecaki pozyskane od sponsorów postanowiliśmy wypełnić wyprawką szkolną. Okazało się jednak, że na taką wyprawkę składa się jeden zeszyt, jeden ołówek i jedna gumka. Można też kupić długopis. Ponieważ mój prezent miał trafić do czternastoletniej dziewczynki, kupiłam też mydło i podpaski. Do tego dodatkowa koszulka. I koniec. Stałam w sklepie z w połowie pustym plecakiem, nie mając pojęcia, czym go dopełnić. Zeszyt i ołówek starczą jej na rok, jeśli dam jej coś więcej – i tak zabiorą inni ze wsi. Więcej niż jednej bluzki też nie potrzebuje, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi. Żadnych mazaków, elementarzy z kolorowym, śliskim papierem. Temperówka jedna na klasę, osiemdziesięcioosobową. Kredki – trzy paczki do podziału. Jeśli dam jednemu z dzieci coś więcej, zabiorą starsi bracia. Oddałam dziewczynce swoje buty (Vagabondy), ale wolała chodzić boso.

Mogę się tylko domyślać, że wśród dolnych warstw społecznych Azji Południowo-Wschodniej owo zjawisko braku potrzeb jest posunięte jeszcze dalej. Ci ludzie pracują za niewyobrażalnie niskie dla nas stawki, ale ci ludzie mają też niewyobrażalnie niskie wobec naszych potrzeby. Nie wyklinają premiera za to, że nie ma za co kupić dziecku trzeciej pary tenisówek. Cieszą się, jeśli mają co jeść.

Nie ma, a w każdym razie nikt jeszcze nie wymyślił, rozwiązania tego problemu: Bengalska szwaczka godzi się pracować za tyle, żeby nie umrzeć z głodu. Jeśli ona odmówi, na jej miejsce przyjdzie ktoś, kto właśnie umiera z głodu. Wszyscy naraz się nie zbuntują, bo: po pierwsze nikt nie chce umrzeć z głodu, po drugie, mało kto dopuszcza do siebie myśl, że można żyć inaczej.

Nie twierdzę, że to dobrze. Ale nie możemy po prostu wysłać do nich misjonarza postępu, który głosić będzie kazania o tym, jaką radość dają człowiekowi rzeczy materialne. Jak to sobie wyobrażacie – my, Europejczycy, mielibyśmy pojechać w sam środek bengalskiego slumsu i zacząć mówić ludziom, jak to dobrze jest pragnąć, jakie to szczęście przynoszą pieniądze? Mało to już zła wyrządziliśmy innym narodom?


Po trzecie: Analfabetyzm.

Pewien Rosjanin nazwiskiem Aleksander Łuria przeprowadził w początku XX wieku badania wśród piśmiennych i niepiśmiennych mieszkańców odległych ostępów Związku Radzieckiego. Odkrył, że ludzie niepiśmienni mają tendencję do myślenia konkretnego, podczas gdy piśmienni potrafią uogólniać, generalizować, myśleć abstrakcyjnie. Pokaż niepiśmiennemu narysowane koło. Najpewniej powie, że to talerz.

Spróbuj to sobie na chwilę wyobrazić: niepiśmienność to taka sytuacja, w której przez całe życie nie jesteś w stanie zrobić jednej notatki, przeczytać jednego kierunkowskazu, wykręcić jednego numeru telefonu. Żadnej karteczki z listą zakupów, żadnej możliwości przeczytania umowy. Posługujesz się tylko własną pamięcią. Twoi rodzice najprawdopodobniej również byli niepiśmienni, przekazali ci więc tylko to, co sami pamiętali. Twoja wiedza o świecie ogranicza się do tego, co tu i teraz (oraz sfery mitycznej). Wiesz, że za pieniądze kupuje się jedzenie, że jak ziarno się zasadzi, najpewniej coś wyrośnie. Wiesz, że gdzieś może być lepszy świat, że jak dziecko wyślesz do szkoły, to może jemu będzie lepiej, może dostanie lepszą pracę. Ale nie potrafisz tych marzeń dokładnie określić, umiejscowić w czasie i przestrzeni, nie wiesz, jak wybrać szkołę, ani na czym miałaby polegać ta lepsza praca. „Lepiej” jest nieokreślonym mitem. Na marginesie, nie masz telewizora, a mieszkasz w namiocie.

Zorganizowanie tych ludzi jest właściwie niemożliwe (jak? Historyjki obrazkowe? Kazania objazdowe? Bibliae pauperum? Byli tacy, co próbowali, zapomnieli tylko, że sekwencję obrazków niekoniecznie trzeba „odczytywać” od prawej do lewej. A już na pewno nie, kiedy się jest w Azji). A póki sami nie stawiają oporu wyzyskowi, wszelka pomoc z zewnątrz skazana jest na niepowodzenie.

Problem nr 4: Homo homini.

Ustalmy fakty. To nie Zara czy Primark zatrudniają biedne bengalskie szwaczki za głodową pensję i nie płacą im za nadgodziny. Zamówienie przechodzi najczęściej przez szereg pośredników, zanim trafia do właściciela fabryki. Ten ostatni zobowiązuje się je wykonać za określoną stawkę. I od niego zależy, czy pracowników traktować będzie kijem czy marchewką, czy przyjdzie do pracy z batem czy zorganizuje przedszkole dla dzieci pracowników. Oczywiście, wyobrażacie sobie, że Zachodnia Firma ma możliwość zastrzeżenia w kontrakcie, że warunki pracy mają być godne.

Jasne.

Byłam świadkiem, jak klient hotelu rzucał bojowi napiwek pod nogi, na ziemię. A ten z wdzięcznością napiwek przyjął. Tak ludzie traktują tu siebie nawzajem. Nie ma na świecie  siły, która zmusi jednego człowieka, by traktował  drugiego z szacunkiem. Nasz teoretyczny właściciel fabryki, mógłby podpisać 30-stronicową umowę zawierającą minimalne stawki dla pracowników, mógłby rozedrzeć koszulę i przysiąc na Krisznę, Allaha i Chrystusa, na grób babci i głowę matki, że szwaczki traktować będzie godnie. Po czym użyłby tej umowy jako papieru toaletowego, gdyby w tamtych rejonach świata praktykowano używanie papieru toaletowego. A pracownicy będą pracować 16 godzin, mając płacone za osiem.

Zachodnia Firma może nasłać inspektorów, ale w trzecim świecie pojęcie „nieskorumpowany inspektor” to oksymoron. Wizyta jakiś bengalskich odpowiedników kontroli BHP, Sanepidu czy kontroli budowlanej, kończy się dla pracowników darmowymi nadgodzinami, za pomocą których właściciel odbija sobie niezbędne łapówki. Jeśli Zachodnia Firma przyśle własnych inspektorów, pracowników zmusi się do kłamstwa szantażem.

***

Budowla, która zawaliła się pod Dhaką, obliczona była na pięciopiętrowy biurowiec, a została ośmiopiętrową fabryką. Nie można winić ani LPP, ani zachodnich marek  za to, że banglijska kontrola budowlana leży i kwiczy. Oczywiście, człowiek ma pewien rodzaj sumienia, które nakazywałoby mimo wszystko jakoś zareagować, kiedy giną ludzie, którzy wykonywali dla nas zlecenia. Niektóre firmy zdecydowały się na wypłacanie odszkodowań. Czy jest to sposób uciszenia sumienia, czy uciszenia rozgniewanych konsumentów, tego nie wiem, ale wiem, że bardzo niewielka część tych odszkodowań trafi do faktycznie poszkodowanych. Nie ma praktycznie żadnej możliwości weryfikacji ani tego, czy pośrednik wypłacił pieniądze, ani tego, czy zgłosili się po nie właściwi ludzie (często brak dowodów tożsamości, metryk, umów, czegokolwiek).  Choć ofiary katastrofy nie powinny pozostać bez pomocy, rozum nakazuje nieść pomoc krajom trzeciego świata poprzez działania bardziej systemowe, na przykład, zobowiązywanie fabrykantów do zakładania szkół i umożliwienia w nich nauki. Czas pokaże, czy LPP zdecyduje się na taki, podobny – czy jakikolwiek – ruch w tej kwestii, czy będzie raczej liczyć na krótką pamięć konsumentów.

Jeśli Zachodnia Firma chce, by jej bengalscy pracownicy byli godnie traktowani, powinna właściwie sama postawić fabrykę, rękami europejskich specjalistów (ignorując głosy o pozbawianiu pracy biednych Bengalów), następnie zostawić tam własnych nadzorców (ignorując oskarżenia o kolonializm i skojarzenia z niewolnictwem). Mogłaby też postawić hotel pracowniczy, by robotnicy nie mieszkali w szałasach (mierząc się oczywiście z oskarżeniami o odcinanie Bengalów od Bengalu oraz tworzenie gett czy obozów pracy), a przy fabryce przedszkole i szkołę dla dzieci pracowników (szybko dowiedzieliby się, że Banglijka może urodzić dzieciaków dziewiętnaścioro, choć ani razu po niej ciąży nie widać. Mężczyzna może przyprowadzić i trzydziestkę. Metryki nie istnieją, rzecz jest nie do sprawdzenia. Uczciwość zaś… definiowana bywa inaczej, niż u nas). Zachodnia Firma, jeśli do tego etapu nie zbankrutuje, leży już z powodu czarnego PR, który zrobili wokół niej tak zwani działacze społeczni.


Co zatem możemy zrobić, a co i tak nic nie da:

  1. Bojkotować firmy szyjące w Bangladeszu. Znakomity pomysł, niech przeniosą produkcję do Chin. Banglijczycy umrą z głodu, za dziesięć lat nikt nie będzie o nich pamiętał. Nasze sumienia znów będą czyste.

 

  1. Kupować u polskich projektantów.   Za pięć lat w katastrofach budowlanych ginąć będą nie szwaczki, a tkaczki.

 

  1. Kupować w second-handach. Dobry pomysł, choć rozwiązanie połowiczne – by połowa świata mogła kupować w second-handach, druga połowa musi kupować w „first handach”, po czym w miarę szybko pozbywać się odzieży.

 

  1. Wspierać (głosem, tekstem i portfelem) takie rozwiązania, jakie stosuje np. Kappahl: „Zaangażowanie na rzecz trwałej zmiany„. Dobre, choć kropla w morzu.

Wszelkie rozwiązania leżą tylko i wyłącznie w kwestii gigantów, którzy uciszają masy jedną czy drugą PR-owską, humanitarną zagrywką. Na dobrą sprawę nie widzę  nic, co my – jako jednostki – bylibyśmy w stanie zrobić. Powiem wam jednak, co ja robię, by nie było gorzej: kupuję jak najmniej. Czy z sieciówki, czy z lumpeksu, czy od projektanta – zawsze trzy razy się zastanawiam, starając się przewidzieć trwałość danej odzieży. Nie tylko dlatego, że wówczas rzadziej kogoś „krzywdzę”. Jeśli kupuję mało, mogę na pojedynczą sztukę wydać więcej, a co za tym idzie, postawić na jej jakość. Każdy, kto interesuje się modą bardziej, niż pobieżnie, wie, że kupowanie wielu ubrań co sezon nie gwarantuje bycia modnym, a kupowanie niewielu – nie wyklucza.

W tej chwili, produkcja jednosezonowych, fatalnie wykonanych ubrań sieciówkowych polega na fizycznym wykańczaniu pracownika, siedzącego przy maszynie nawet 20 godzin na dobę. Jeden padnie – wezmą drugiego. Gdyby jednak zaczęła liczyć się jakość wykonania, doświadczenie i umiejętności.. Ech, wiem, marzenia. Gdyby jednak, dla klienta liczyła się jakość, fabrykant zmuszony byłby zacząć cenić umiejętności szwaczki, co w naturalny sposób doprowadziłoby do wykształcenia się wśród najzdolniejszych lepiej zarabiającej klasy średniej. Tę klasę byłoby stać na edukację dzieci, i może za dwa-trzy pokolenia zauważyć dałoby się zmianę.

Tekst i zdjęcia: Martyna Nawrocka

17 komentarzy

  • LeaMun napisał(a):

    dzieki moja duszko 🙂

  • Krystyna napisał(a):

    Poruszyłaś moim zdaniem sedno problemu. Nie jest on łatwy do rozwiązania ale mam nadzieję, że podobnie jak Ty kiedyś zniknie. To oczywiście kwestia czasu i to bardzo długiego czasu. Sadzę, że ja na pewno ale i Ty nie dożyjesz tego dnia, choć życzę Ci co najmniej setki lat.Serdecznie pozdrawiam mądra dziewczyno.

  • pawos napisał(a):

    Kropo zawsze umywają ręce, a przecież to korpo rozmyły odpowiedzalność outsorucując je do innych.
    Można to porównać z bankiem tudzież inną firmą, który sprzedaje usługę windykacji długów / usuwania ludzi z kamiennic, mówiąc potem – gdy jacyś badziorzy nachodzą ludzi, że przecież to nie my.

    Z drugiej strony pisanie o tym, że pracują aby mieć co jeść (co nie jest prawdą, bo nawet za tyle nie da się kupić wystarczającej ilości kalorii) to zakrawa o niewolnictwo.

    A co do rozwiązań jest jedne i skuteczne. Państwowe regulacje. Jak 100 lat temu szwaczki spłoneły w USA, w skutek czego inne wywalczyły sobie prawa pracownicze, to czas najwyższy by pomyśleć o globalnych prawach pracowniczych.

  • malvina-pe.pl napisał(a):

    Czytałam sporo o aferze z LPP. Ale Twój tekst… Twój tekst poruszył mnie do głębi. Dziękuję.

  • Kayka napisał(a):

    BARDZO dobry punkt widzenia, potraktowanie tematu realistycznie, wypunktowanie za i przeciw, zobrazowanie sytuacji. Świetny tekst, cieszę się, że to napisałaś. Ale teraz małe sprostowanie- kupować mniej to i tak bojkotować w pewien sposób. Kupujesz mniej, kupujesz produkty lepsze jakościowo (czyli na przykład od projektantów polskich) a to przekłada się na ich pracę. I prowadzi dalej do tego, o czym piszesz. Wszystko się zazębia, nie da się wykluczyć żadnej z tych opcji całkowicie.

  • Erill napisał(a):

    Boże jakie to smutne, że przy tak dobrym, merytorycznym i realnie traktującym o tej sprawie tekscie jest tak niewiele komentarzy.
    Mam nadzieję, że to dlatego, że realność obrazu jaki opisałaś jest tak uderzająca, że ciężko znaleźć dobre słowa które nie będą płytkie. Cieszę się (jakkolwiek to brzmi wobec tego wydarzenia), że w sprawie głos zabrała osoba która widziała na własne oczy coś o czymś inni tylko mgliście wiedzą i ich wiedza jest wynikiem wyłącznie faktów w tvn’ie. Ja w Indiach nie byłam, w Afryce też nie. Ale byłam w Tajlandii i Kambodzy. I widziałam tą biedę o której piszesz. I było mi wstyd za siebie, że przyjechałam ze swoją europejską mentalnością do kraju w którym asfalt w stolicy leży tylko na lotnisku bez świadomości gdzie sie pojawiam i czym mnie to miejsce zaskoczy. I totalną bezmyslnością, że płacze nad tym, że tak „mało zarabiam” majac gdzie mieszkać i posiadajac walizke ubran których ludzie na ulicach w Phnom Penh nie będą mieli całe swoje zycie.
    Głos którego zabrakło w całym szumnym, płaczliwym tonie internetu „och, och zróbmy coś, cokolwiek, napiszmy o tym bez realnych podstaw, wazne zeby cokolwiek napisac, bo przeciez się przejmuje”. Dziekuje za ten tekst.

    • Martyna napisał(a):

      A ja dziękuję za ten komentarz.

      Myślę, że nie pojawia się tu duża liczba komentarzy, bo co tak naprawdę można dodać? Każda próba rozwiązania jest blokowana przez coś innego. Jak ktoś już wyżej napisał, wszystko się zazębia. I zgadzam się z Tobą – mi też było poniekąd wstyd.

      • Marta napisał(a):

        Bardzo podoba mi się ten tekst. Lubię, gdy tego typu kwestie traktowane są realnie i analitycznie o co niestety trudno. Myślę, że [cóż, uwaga truizm] świat nigdy nie był sprawiedliwy. Nawet nasza, europejska, rzeczywistość nie jest sprawiedliwa i nigdy nie będzie. Tylko my tego nie akceptujemy i nie potrafimy z tym żyć. Różni się mentalność i siła charakteru pomiędzy ludźmi dorastającymi w trudnych warunkach egzystencjalnych i tymi urodzonymi w dobrobycie. Czasem się zastanawiam jak długo będzie to trwać- przeciętny europejczyk jest słaby, jego konstrukcja psychiczna i fizyczna jest wątła. Na powierzchni utrzymuje nas sztab lekarzy, przyjaciół, którzy uwielbiają maglować napakowane emocjami tematy, mamy suplementy diety, gadżety, elektryczne kołdry, niskoemisyjne auta, ciuszki od Sabriny Pilewicz i przyjazne środowisku ogrzewanie. A w tych wszystkich gadżetach i dobrodziejstwach cywilizacji kryją się słabi i przerażeni ludzie, uzależnieni od dóbr materialnych, rozemocjonowani, okazujący pokłady pozowanej empatii, która nie przeradza się w czyny. Europejczyka potrafią złamać potrafią najgłupsze problemy, straciliśmy naturalną odporność. Ludzie w dobrobycie nie potrafią być szczęśliwi (są oczywiście wyjątki), życie w dobrobycie jest bezideowe, bo o nic wartościowego się nie walczy. Czasem mam okazję obserwować niedowierzanie znajomych afrykańczyków gdy słyszą narzekania i „polskie” problemy. Gdy człowiek, który przeżył wojnę w Rwandzie, gdy na jego oczach zabili brata, słucha, że nudna praca zatruwa komuś życie, jest zdezorientowany i nie rozumie o co chodzi – doświadczył innej skali problemów i jego pryzmat patrzenia na życie jest całkowicie inne. Moglibyśmy się wiele nauczyć od ludzi żyjących w krajach trzeciego świata, chociaż większość z nich doświadcza na co dzień skrajnego ubóstwa, ich życie bywa nierzadko lepszej jakości niż nasze – mniej tam depresji i samozadręczania się z powodu braku samochodu, ładnych zdjęć na fejsie i przystojnego chłopaka. My, ludzie dobrobytu potrafimy sami zamienić swoje życie w koszmar .Czasami żałuje, że w Polsce jest już stabilna sytuacja polityczno – gospodarcza i powoli wspinamy się na drabinkę dobrobytu. U nas nic się już nie wydarzy, będziemy walczyć jedynie o gromadzenie większej ilości obiektywnie niepotrzebnych nam dóbr, pustkę duchową będziemy wypełniać szukając alternatywnych religii (chrześcijaństwo jest passe), będziemy dążyć do osiągania standardów, które wyznacza nam kultura Internetu.

        • Martyna napisał(a):

          Nie mogłabym zgodzić się bardziej.
          Parę lat temu poznałam Belga, który twierdził, że my, ludy Wschodu jesteśmy silniejsi dzięki przeciwnościom losu 🙂 Nie rozumiałam, o co mu chodzi (myślałam, że myli Polskę z biegunem północnym czy coś) dopóki nie zorientowałam się, że ten człowiek nigdy w życiu nie zrobił prania ręcznego. Kiedy w końcu zmusiła go do tego sytuacja, nie wiedział, że skarpetki trzeba rozwiesić – ułożył je na płasko na dnie wanny w nadziei, że wyschną. Europejczycy przeżywają wszelkiego typu apokalipsy i ataki zombie tylko w filmach – w rzeczywistości zabiłaby nas awaria prądu.

          Pustka duchowa również panuje coraz większa. Chrześcijaństwo jest w gruncie rzeczy wymagającą religią pełną zakazów (choćby antykoncepcja) z którymi ludzie się nie zgadzają, a mimo to usiłują przy tej religii trwać, z przyzwyczajenia. To powoduje tej religii rozwodnienie – staje się miałka, pusta, pozbawia się jej wewnętrznej spójności zasad. Stąd popularność innych religii – ci, którzy potrzebują zasad i przewodnictwa dryfują w stronę islamu, a ci, którym bardziej niż brak autorytetów przeszkadza materializm, wybierają odmiany buddyzmu.

          Owszem, jest coś pięknego w pomocy niesionej przez człowieka człowiekowi – konkretnemu człowiekowi, który aktualnie przeżywa piekło, ale Europejczyk powinien wyzbyć się tego wrażenia bycia Bwana Kubwą stojącym na szczycie cywilizacji. Ten Europejczyk bowiem zupełnie dosłownie NIE PRZEŻYŁBY w Bangladeszu bez wody butelkowanej. Woda pita przez miejscowych mogłaby go zabić – i tyle na temat naszej wyższości.

  • Suiseki napisał(a):

    Jeden z mądrzejszych tekstów jakie do tej pory czytałem na temat pracowników w krajach trzeciego świata. Patrząc na zdjęcia z Bangladeszu nie dziwię się, że podnosi się larum, wzywa się do bojkotu i potępienia. To wbrew pozorom naturalna reakcja społeczeństw – szukanie szybkiej recepty, wskazanie winnych, napiętnowania ich i zamknięcie sprawy. Taki finał uspokaja sumienia większości, pozwala wrócić do codzienności i nie patrzeć już na te „okropne” zdjęcia. Wiadomo, to podejście niczego nie załatwiające. Sprawa jest, jak piszesz Martyno, skomplikowana. Idealizm kłóci się z realizmem. Dokonując codziennych decyzji zakupowych chcielibyśmy wierzyć, że coś zmienimy. Z drugiej strony, wiemy, że nasz wpływ jest prawie żaden.
    Pojedynczy człowiek niewiele może zrobić, nawet mała organizacja ma ograniczone możliwości. Projekty, które wydawały się receptą na problemy trzeciego ukazują swoje słabości i wraz z rosnącą popularnością stają się polem do wypaczeń. Zarówno idea mikrokredytów stworzona przez Muhammada Yunusa jak i Fair Trade nie są wolne od nadużyć. Wydaje się, że realny wpływ na całe społeczności mają rządy krajów. Zarówno pozytywny jak i negatywny. Nowe prawo, nowy podatek, nowy zakaz wpływają na życie milionów.
    Czy jeśli na poziomie jednostki mamy tak ograniczone możliwości, pozostaje opuścić ręce? To chyba kwestia wiary i chęci. Czy mimo świadomości, że małe czyny nie przynoszą efektu od razu nie przestanie się ich wykonywać? Często w obronie rozbuchanej konsumpcji mówi się, że wszystkie te dostępne produkty ktoś musi wyprodukować i ma pracę. Mnie interesuje natomiast, co się dzieje z tymi niechcianymi przedmiotami, które przestały być fajne i na czasie. Ile rzeczy wyrzucamy nie próbując ich nawet naprawić. Czy rezygnacja z nowości nie może stworzyć miejsc pracy? Kiedyś mnóstwo rzemieślników zajmowało się tworzeniem ale i naprawą rzeczy uszkodzonych. Naprawa przetartych spodni, rozdartego płaszcza daje również duże pole do kreatywności i zajęcie dla rzemieślnika. Kupowanie z rozwagą to jedno, ale i powstrzymanie się od wyrzucania rzeczy, którym można dać drugie życie, to kolejny krok. Tutaj przyklasnę temu co napisałaś. Tak, kupując pomyślny, z jakich materiałów jest wykonana dana rzecz, jaka jest trwała. Jak ją już kupimy i zacznie ukazywać ślady zużycia, zastanówmy się, czy można ją naprawić, zmienić i ponownie ją wykorzystać. Może zarobi na tym szewc, krawcowa czy elektronik. Dając pracę ludziom z własnego kraju, sprawimy może, że nie będą musieli kupować najtańszych rzeczy z Bangladeszu, a klienci wymagający jakości pośrednio wpłyną na to jak w odległych częściach świata przedmioty te są wytwarzane.
    Niby nic nie znaczące dyskusje w internecie, też mają swoje przełożenie na większą skalę. LPP S.A. przystąpiła właśnie do do Porozumienia dotyczącego ochrony przeciwpożarowej i bezpieczeństwa budynków w Bangladeszu.

  • jacek napisał(a):

    Podpisuję się wszystkimi rękoma i wszystkim co mam . Właśnie napisałem na innym blogu ,ze hipokryzją jest piętnowanie LPP nie patrząc na szerszy kontekst sytaucji. Nic nie dodam bo zgadzam się w 100%….

  • yny napisał(a):

    Dziękuję za mądry tekst.
    Jestem klientem Promostars od ponad 10 lat. To też LPP. Miałem „przyjemność” pracować z odzieżą różnej maści i póki co ‚promo’ stawiam w pierwszej trójce starannego szycia.
    Temat/fakt z „innej beczki”: powiedzcie proszę po co polskiemu hurtownikowi odzieży kilka maszyn do szycia w niepozornym pomieszczeniu w piwnicy?(!)
    Kręcimy liczniki sprzedawanych aut, chrzcimy piwa w knajpach, doprawiamy paliwo, wyłudzamy vat i niechętnie płacimy podatki – motywy i mechanizmy, bez względu na szerokość geograficzną, podobne.

  • hlucas napisał(a):

    Ad. 1. Jednak ludzie Ci żyli, funkcjonowali, tworzyli społeczności przed pojawieniem się „fabryk”. Co z tego, że technologicznie byli mniej rozwinięci od „zachodu”. To my właśnie zmieniamy na siłę ich życie, ponieważ uważamy, że nasz styl życia jest najlepszy. Jednak powoli nowe obszary do podbicia – w nazwijmy to cywilizowany-gospodarczo sposób się kończą i co wtedy zrobimy. Kto będzie pracował na 20% najbogatszych trzymających 80% całej „kasy świata”. Jak pisała Pani na początku, nie wiemy co znaczy „ich” nic i jak je odnieść do naszego nic, lecz dlaczego nasze nic ma być lepsze od „ich” czy człowiek nie jest szczęśliwy wtedy gdy jest szczęśliwy – końcem lat 80 byłem szczęśliwy jak po kilku godzinach stania w kolejce z bratem na zmianę przynieśliśmy parę kilo cukru do domu, a teraz nie wyobrażam sobie pójścia do sklepu i braku czegokolwiek. A i wtedy byłem szczęśliwy, a teraz muszę na „siłę” wmyślić co by tu chcieć, żeby być szczęśliwym jak to będę mógł mieć. Ah, nie muszę zaraz media, reklamy powiedzą mi co powinienem chcieć/pragnąć aby być szczęśliwym. Sądzę, że ludzie zaspakajający swoje potrzeby przeżycia są bardziej szczęśliwi niż my, zaspakajający potrzeby wykreowane przez specjalistów od reklamy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *