Moda – uczucie religijne (czyli o tym, jak nauczyliśmy się wierzyć nie pytając o fakty).

Są momenty, w których cieszę się, że językiem polskim posługuje się  jedynie około 44 miliony  z ponad 7 miliardów ludzi na świecie (są też takie, w których żałuję, że to tak skromna liczba, ale akurat nie o takich momentach mowa tu i teraz). Gdyby wszystko co zostało napisane po polsku w sieci (i poza nią) w sprawach polskiej mody było czytelne dla potencjalnych partnerów zagranicznych – musielibyśmy złożyć głowy na piersiach i czekać rychłego końca tej imprezy (bo to w sumie dopiero kilkuletnie party). Szczęśliwie jest nas tylko około 44 miliony zdolnych do zapoznania się z treścią (pewien odsetek stanowią również nieopierzone oseski, którym czytać muszą jeszcze rodzice lub babcie/ciocie/opiekunki, którzy raczej nie zgłębiają meandrów raczkującego przemysłu odzieżowego w Polsce), a całkiem spora liczba ma w nosie modę. Całe szczęście. Nie wszyscy mają jeszcze powody do kpin z mody polskiej.

Ponieważ szkoda mi czasu na rozwodzenie się nad marnością tych “źródeł”, pozwolę sobie zalinkować:

Frywolna z punktu widzenia etyki dziennikarskiej relacja Tobiasza Kujawy z obrad Rady Programowej FWP
(to oczywisty heartbreak, bo ceniłam autora zanim zaczął pokazywać rogi, szczególnie w komentarzach, w których niestety wypowiadają się również siły nadzorcze/twórcze Fashion Week Poland)

Miernej jakości, zarówno pod zwględem treści jak i formy, artykuł Karoliny Korwin-Piotrowskiej dla tygodnika Wprost (link do bezpłatnej wersji artykułu, gdyż nie wierzę w jego wartość opiewającą choćby na grosze)

Jest kilka innych, które mnie zdruzgotały, ale powstały, zdaje się, na bazie tych dwóch, więc nie będę męczyć.

Chodzi o to, że gdyby wiadomości te  (i inne, np. sprzed pół roku, z Super Expressu, w którym wypowiadał się Maldoror, ogłaszając wolę zatrudnienia w roli modelki “mamy madzi”) przedostały się do  powszechnego, ogólnie zrozumiałego (anglojęzycznego) obiegu – byłyby zabójcze. Właściwie – samobójcze. Bo niby chcemy jednego, dobra polskiej mody, prawda? Mamy problem, który narasta z każdym  sezonem, jak to się w branży mówi.

Więc jak to jest?

Czy stworzony (na potrzeby rozwoju polskiego dizajnu) został sztuczny świat, w którym zdolny młody człowiek tworzący (ostatnio) poliestrowe wdzianka dla naćpanych ( albo i nie naćpanych, kto to wie, może dzisiejsze imprezy techno odbywaja sie bez ćpania, dawno nie byłam, stara jestem) techno frików uzurpuje sobie prawo do socjologicznych eksperymentów kosztem wieloletniego sponsora? (Tak, rycerzu polskiej awangardy, raz jeszcze – za pokazy z taką oprawą produkcyjną na świecie się płaci, słono).

Świat, w którym organizator imprezy wartej 5mln PLN wydaje „oficjalne” ogłoszenie w komentarzach na blogu autora żyjącego w głębokim przekonaniu o swoich rozmiarach nieporównywalnych z niczym innym w okolicy  i nieomylności przyrodzonej (nie pierwszy raz, nie pierwszego autora, znamy przypadki z przeszłości).

Świat, w którym większości blogerów zapraszanych na FW nie stać nawet na podkoszulek dizajnerski, świat w którym blogerki dostają za darmo ciuchy tylko po to, żeby pokazać je innym blogerkom, których też nie stać . Na większości polskich blogów okołomodowych opłacalne kampanie promocyjne to kampanie sklepów sieciowych albo tanich trendujących sklepów online, bo własnie tam ubierają się czytelniczki tych blogów. Oczywiście są wyjątki ale niestety, taka jest reguła. Na polskich blogerkach najlepiej zarabiają pewnie serwisy okołomodowe, wersje online wysokonakładowych tygodników i portal natemat.pl. Tag #szafiarki musi przyciągać rzesze czytelników (głównie jednak małoletnich “innych szafiarek” oraz żurnalistów wszelkiej maści, w trakcie zdobywania materiału do kolejnego, równie nieprzełomowego artykułu na ten temat) atrakcyjne dla reklamodawców.

Na tym gruncie i w tej atmosferze wyrosła też większość publikacji modowych online (łącznie z tą, na której łamach teraz czytacie ten tekst). Narzekaniom nie ma końca: a to, że blogerki przekupne, a to że FWP chciwy i szemrany, a to, że kolekcje nie dość wyjebane w kosmos.

Dlaczego w Polsce traktuje się powszechnie FW jak biennale sztuki? (rękodzieła znaczy, no bo kto z pokazujących się na polskim FW tak naprawdę posiada linię produkcyjną?)

To są targi odzieży, czegoś co wkładamy na garb, na tyłek, choć oczywiście fajnie byłoby się z tym czymś móc zidentyfikowac, fajnie, jeżeli po założeniu tego towaru nie wtopimy się w tłum a raczej od niego odetniemy. To jest wartość dodana.

Polska rzeczywistość wynosi na piedestał niezróważonego artystę, który nasyła na FWP policję i jest podejrzliwa wobec fryzjera (no dobra, stylisty fryzur, utalentowanego, skromnego człowieka, ale lubię używać staropolskiego nazewnictwa), który wpadł na pomysł fajnej, prostej linii odzieżowej (trochę za drogiej, bo świeżego Wanga można czasami taniej kupić, no ale też Wang w prawdziwym świecie mody jest uważany za markę umiarkowaną cenowo), aktorki czy dziennikarki, kucharki, swatki, tancerki, którym przyszło do głowy zmierzyć się z materią mody. Przecież moda weryfikuje się sama, liczbą sprzedanych egzemplarzy odzieży.

 (moda) słownik języka polskiego

1. «sposób ubierania się, czesania i makijażu popularny w jakimś okresie lub miejscu»

2. «krótkotrwała popularność czegoś nowego w jakiejś dziedzinie»)

Moda z założenia jest i powinna być komercyjna. Praca projektanta powinna polegać na wymyślaniu przedmiotów nowatorskich, które będzie chciał mieć każdy, (a pozwolić będą mogli sobie tylko niektórzy, dopóki ktoś nie skopiuje i nie sprowadzi projektu do oszczędnościowej wersji, potwierdzając jednocześnie jego “modność”).

Czemu młodemu, okołomodowemu środowisku wydaje się, że mody przed nimi w Polsce nie było? Pamiętam, jak będąc szczylem (szczylem w sensie dosłownym, miałam może 10-11 lat) wzdychałam do Hofflandu, najdroższego wieszaka w pedecie. Pamiętacie pedety? (Państwowe Domy Towarowe, później Domy Towarowe Centrum). Zaraz po upadku Muru Berlińskiego zaczęły pojawiać się nowe, polskie marki odzieżowe (głównie z Trójmiasta), niechby i dla dzieciaków ( jak Troll), ale za to całkiem ładnie uszyte i z przyzwoitych materiałów. Nazw już nie pamiętam, firmy wypadły z obiegu zanim internet stał się normą w domu i zagrodzie. Taki HOUSE (wówczas jeszcze house of color), to była na początku świetna marka, oferująca np.  dżinsy, takie trochę Levi’s Engineered. Potem stanieli, jak wszystko, ale początki były zacne. Jakością materiału i wykonania wiele projektów prezentowanych na FWP wcale nie wybija się dużo wyżej, czasami są nawet znacznie słabsze.

Joanna Klimas też była od zawsze, albo Gosia Baczyńska (wystarczająco starsza ode mnie, żebym pamiętała ją jako “od zawsze”).

Czy FWP skrzywdził młodych projektantów (stylistów, żurnalistów i innych, młodych) nie konfrontując ich z rzeczywistością istnienia mody polskiej przed nimi i utwierdzając w przekonaniu, że to oni byli pierwsi, są niezastąpieni i właściwie to powinni być chronieni prawem, bo takim są dobrem kultury narodowej? Podobno w niektórych kręgach wciąż wierzy się, że Fashion Week Poland powstał, żeby Maldoror miał się gdzie pokazywać.

 Na każdym poziomie, od blogerów po organizatorów FW i redaktorów popularnych magazynów — zasady są niejasne lub wątłe, profesjonalne reguły postępowania w biznesie nie istnieją, wszystko jest obozem przetrwania. W tej sytuacji nie ma winnych albo raczej winni są wszyscy tak samo. Nikt nie kazał blogerowi powołanemu do rady programowej (rozstrzygającej zdatność  kolekcji na wybieg Off out of Schedule) klauzuli tajności podpisywać. Wszystko miało być oczywiste. Nikt nie zastrzegł sobie w kontrakcie absolutnego zakazu wciągania na listę osób w jakikolwiek związanych z FWP gwałcicieli, morderców, przestępców podatkowych czy kogokolwiek innego. Wydawało się to jakoś oczywiste. Ostatecznie można jednak przyjąć, że jedyną oczywistością  tej bezgotówkowej często wymiany dóbr i usług jest fakt, iż każdy próbuje uzyskać jakieś wymierne korzyści. Może warto byłoby zakres tych potencjalnych zysków określać przed, zamiast po fakcie?

“Pierwszy FW to była sama dzieciarnia, pokazy w jakis pubach. Może trzeba było zaprosic wtedy Kuczyńską, Baczyńską, ustawić inne standardy. Teraz trudno, żeby ludzie którzy od 8 sezonów tam są za darmo nagle zapłacili” – mówi moja światła koleżanka. W takich sytuacjach amerykańscy relatywiści wyciągają na światło dzienne powiedzenie : could’ve, would’ve, should’ve (= bullshit). Bo czasu nie da się cofnąć. Nie możemy już zrobić nic dla przeszłości, przyszłość za to stoi otworem i wcale nie musi być powtórką z rozrywki.

Think. And think twice .

 

Zdjęcie: Martyna Nawrocka.

2 komentarze

  • xxx napisał(a):

    Wszystko pięknie, ale czy Troll to moda? Stawiać trolla w jednej linii z Hoff?

  • Martyna napisał(a):

    Redakcyjna koleżanka się przejechała po wszystkich równo jak Czingiz-chan po Rusi. Nie wiem, któż zdoła się ostać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *