Fetysz dla Ultra: Modowy kibel

Świat mody jest jak wierzganie w gównie. Bo tylko jedno jest pewne – nawet jeśli się na nim nie poślizgniesz, to upierdolisz się po pachy, a smród, jaki za sobą pozostawisz, długo jeszcze utrzymywać się będzie w powietrzu. Jako że ja w w tym świecie wierzgam od lat paru bardziej lub mniej udolnie, postanowiłem trochę naświetlić sprawy tym, co marzą, a nie mają pojęcia, w jakie gówno się pakują. Bo cały modowy przemysł rządzi się własnymi zasadami. Właśnie gównianymi.

Pamiętaj, gdziekolwiek się załatwisz, posprzątaj po sobie, a jeśli zapomnisz o rękawiczkach i woreczku, ładuj na ślepo w kał gołe łapy i zawijaj w cokolwiek masz na sobie. W przeciwnym razie, kreska, cześć, czołem, było miło. Spotkało mnie to niejednokrotnie, może dlatego też wciąż poszukuję, szperam i na kolanach błagam o szanse. Ale szansa jest albo jedna, albo wcale, a jak jest jedna i się jej nie wykorzysta, to nie ma drugiej. Witamy w świecie zazdrości, fałszu i dwulicowości. Na Fashion TV wszystko wygląda jak w Disneylandzie – I law faszjon tiwi end faszjon tiwi laws mi tu. Uśmiechy, wszyscy tańczą, we are family normalnie, ale w rzeczywistości każdy ino patrzy, jak komu podłożyć nogę. A jak już trafisz gdzieś na swojego – zapomnij o angażu, pracy czy stażu. Po prostu. Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina, brzmi piosenka, ale skurwiel za pracę zastrzeli swego syna, powinno iść toto dalej.


Talent nie wystarczy. Mimo zwolenników mojego bazgrolenia i naprawdę potężnych kontaktów daleko mi jeszcze do modowego świata. Stoję sobie gdzieś w poczekalni, jakimś nędznym przedsionku, przedpokoju, o, prędzej na ganku. Kolejka przede mną gigantyczna, każdy chce kawałek modowego schabowego, ale że we krwi mam stanie w kolejkach, to stoję i czasami robię jakiś mini krok do przodu. Wydawało mi się, że zostanie editor-at-large nowojorskiego Idoll Magazine będzie wystarczające, by przeskoczyć kilka schodków, ale nie mogłem mylić się bardziej. Wręcz przeciwnie, wszak głupio niektórym redaktorom proponować mi staż. No właśnie, staż. Od stażu najczęściej się zaczyna. Darmowa harówka, którą nieco ubarwia film „Diabeł ubiera się u Prady”. Dlaczego ubarwia? Bo żadne szanujące się czasopismo nie przyjmie byle jakiego buraka w spranym sweterku z supermarketu. I ja to wiem od czasu długiego, wszak korepetycji w tym zakresie udziela mi właśnie Londyn. Miasto legenda. Miasto nadziei, brudu i kontaktów. Nie masz kontaktów? To won. Nie masz doświadczenia? To won. Jesteś blogerem i masz tysiące wyświetleń? Harper’s Bazaar chętnie zrobi z ciebie stażystę. Dazed and Confused także. Trzy miesiące zapieprzania za darmo. Markowe ciuchy? Żartujesz? Jeździsz w te i wewte, dzień i noc czasami, nie podoba się? Spadaj, na Twoje miejsce tysiące innych duszyczek, które chętnie utopią się w modowym kale za chwilę utopijnej wizji sławy lub punkt w CV, który w zasadzie często nic nie znaczy. Nie, ja nie koloryzuję, tylko brutalnie obalam mity.

W zeszłym roku miałem być stażystą w biurze prasowym Vivienne Westwood. Przyjechałem i co? Po ptokach. Nie spodobało się jednej damie, że daję sobie prawo głosu, że pytam, co, kiedy, jak i za ile. I won. Ten pan jest spalony, ten pan trafia do folderu SPAM. Czarna lista. Próbowałem naprawić sytuację, dzwoniłem do tego, do tamtego. Ale NIE oznacza NIE i nie ma przebacz. Wciąż nie mogę uwierzyć, że mam wejście na tegoroczny pokaz Westwood na London’s Fashion Week. Nie zdziwię się, jak przed wejściem pokażą mi środkowy palec mimo obecności na liście i odebranego zaproszenia.

Szukałem pracy, stażu, czegokolwiek – oby płatnego. Przecież za coś trzeba się utrzymać, a miesięczny wynajem mieszkania w Londynie to średnia pensja Polaka w kraju. Ale nie można się poddawać. Szperam, wyszukuję tytuły. Odpisuje Dazed and Confused. Przesympatycznie – myślę, choć boję się trzech miesięcy robienia za darmo. Ale pisze sam naczelny w odpowiedzi na mój płaczliwy mail. Zainteresowany. Niech podeślę pomysły, idee. Spędzam więc noc na odgrzebywaniu inspiracji, na wyszukiwaniu nowych. Posyłam. Cisza. Boże Narodzenie na jesień. Cicha noc, cicha skrzynka. Tydzień później widzę wymienione przeze mnie pomysły na stronie dazeddigital. Tyle, że nie ja je napisałem. Napisał kto inny, z ekipy miesięcznika. No to dziękujemy, niezła współpraca. Poznaję DJkę, redaktorkę działu muzycznego w i-D. Przechodzę dalej, dziennikarski X-Factor. Zatrzymuję się przed wrotami e-maila innej redaktorki i znowu ślę jej pomysły. Znowu Boże Narodzenie, przykro nam, Mikołaj skąpiradło, prezentów nie ma. I tak do usrania. Kolejne magazyny obstawione, niezainteresowane, nie będzie święta dziękczynienia, nic nie będzie, wsiadaj stary na sanki, odpal i do domu, my tu ciebie nie chcemy, list z referencjami nas nie obchodzi, nawet od samego Obamy. Kolejne tygodnie żmudnego szukania. Jest, chcą dziennikarzy w Wonderland Magazine. Wysyłam podanie na życie lub śmierć, odpisują, rozmowa na drugi dzień. Takiego syfu w biurze w życiu nie widziałem. Pięć osób na krzyż przed komputerami a dokoła bielizna, buty, magazyny, szmaty. Mówię, żem umówiony i tu pada imię naczelnej. Ale naczelnej nie ma. Jak to nie ma? Ja zrobię interview – oferuje się blond dziewczę w za dużych kamaszach na koturnie. I pada pytanie numer jeden: czy mam jakiekolwiek doświadczenie w pracy w magazynach. A ja czuję, że się skręcam w środku jak wyrzymana szmata. Wysyłałem swoje CV przecież, grzecznie odpowiadam, mimo że scyzoryk w kieszeni otwiera się błyskawicznie i wręcz błaga by urządzić se w biurze trzecią część Kill Bill’a. No, ale CV nie ma. Naczelna chora, nawet mnie o tym nie poinformowała, CVki do biura nie przesłała, za bardzo nikt nie wie kim jestem i co tu robię, więc tłumaczę, że ja na rozmowę o pracę. I blond dziewczę coś do mnie szwargoli, coś mówi czasami za szybko, ale dopowiada, że umowę o pracę prześle na maila na dzień drugi, a ja zacznę pojutrze. No to się zgadzam, przytakuję, wszystko trwa minut dziesięć, normalnie szybki numerek, dostałem co chciałem, do widzenia. Wychodzę. Ale coś mi śmierdzi i bynajmniej nie jest to woń mojego potu, bom dość przewiewnie ubrany. Rzeczywiście dostaję umowę, a w niej wszystko wyjaśnione językiem nieskomplikowanym, wykonuję zamach by podpisać papier, ale oto patrzę, a na samym dole klauzula – pierwszy miesiąc bezpłatny, staż się nazywa. Rwę to w cholerę i piszę do naczelnej, słuchaj, chyba jaja sobie robisz. To się nazywa wyzysk albo niewolnictwo. Bowiem Proszę Państwa – po miesiącu zostaje się zwolnionym i NEXT jak w programach MTV, następny randkuje miesiąc i znowu od nowa, bo miejsc w redakcji nie ma, oni chcą po prostu barana jełopa co podpisze, posprząta i grzecznie zostawi czyste biurko, a na nim w podzięce nawet dziesięciolitrowego szampana. Zazwyczaj również redakcje, czy firmy stażystom płacą, chociażby za bilet w obie strony, bo miesięczny do najtańszych nie należy, albo fundują jakieś lunche, co proponują mi w biurze PR, do którego także zapraszają mnie na rozmowę. Przygotowują bowiem kilku młodych projektantów, mają patronat nad Fashion Week, roboty od groma, ale tym razem rezygnuję ja, bo potrzebuję pieniędzy, a nie sutych obietnic, że po pięciu tygodniach zatrudnią mnie na pół etatu. Pół etatu to jak pół światu, bez Chin i Japonii, Europa nie taka sama. Odmawiam.

W Londynie każdy jest kimś. Stylistą, projektantem, arcyklaunem, a na boku kelnerem. Bo pasja nie wystarczy. Bo wszystko robi się za darmo. Zatrudni Cię każdy, jeśli ino za murzyna za przeproszeniem będziesz robić. Jak wyliżesz, zamieciesz, podetrzesz zacne leniwe dupy. I wszyscy są nieuchwytni. „Out of office till …..”. A kiedy piszesz, jak już są w office, to nikt nie odpisuje. Ludzie widma. Może te wszystkie magazyny to jakaś modowa halucynacja? A tak naprawdę ich nie ma? Przeglądamy powietrze, o którym mówią nam ludzie widma. Nie masz co liczyć na pomoc. Prędzej się Jezusa o pomoc doprosisz modląc się żarliwie niż doczekasz się pomocnej dłoni wyciągniętej w Twoją stronę. Tak, to nie fałsz, to prawda. A prawda jest jedna i oficjalna: w gównie trudno się wierzga.

Czasami zastanawiam się, czemu wybrałem tąką drogę, mimo mniejszych lub większych sukcesów na swoim koncie. Odpowiadam sobie wtedy, because I love it, ino to miłość dość niewdzięczna, czasami nieodwzajemniona i mimo przeciwności losu wiem, że dalej muszę robić swoje. Bo chwila zwątpienia kosztować mnie będzie miejsce w kolejce na ganku. Kolejne jest gdzieś na ogonie, na zakręcie ulicy, tysiące kilometrów dalej. I mimo że nawet w sklepie wymagają sześć lat doświadczenia w pracy w high fashion to sobie powtarzam, że może jednak ktoś oddzwoni, mimo że nigdy nie wiesz gdzie ląduje Twoje CV. Bo za uśmiechem, który je od ciebie przyjmuje, kryje się fałszywe „won”. Bo to raz moje CV po moim wyjściu wylądowało w koszu? Nie raz, nie dwa i pewnie nie dwanaście, ale pozostaje bić te szmaty po mordzie i pojawiać się po stokroć, do usrania, do śmierci, do znudzenia, do zwalczenia. Do wygrania swoich marzeń. I kiedy właśnie pytają mnie co robię w Londynie, odpowiadam, że walczę o marzenia. I kiedy mówią, nie masz szans, to zadziornie odpowiadam, no to patrz i wtedy ku wielkiemu mojemu zdziwieniu dokonuje się cud i coś mi się udaje.

tekst: Bartek Fetysz
ilustracja: Kasia Smoczyńska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *