O aktualnościach z naciskiem na przeszłość z Hanną Gajos, krytykiem mody.

Kiedy kilka miesięcy temu po raz pierwszy natknęłam się na teksty Hanny Gajos, rynek mody interesował mnie mało, prawie wcale. Bardziej skoncentrowana byłam na uprawianiu mody we własnym ogródku — szycie dla siebie i na prywatne zamówienia, skupowanie wartościowych elementów odzieży w sklepach charytatywnych, wypożyczanie ubiorów do sesji zdjęciowych. Hanna Gajos (zupełnie nieznana mi wówczas osobiście) przekonała mnie, że możliwości ekspansji są nieobliczalne, zależne wyłącznie od metod postępowania. Z legendą polskiego dziennikarstwa modowego   rozmawiałam o aktualnościach z naciskiem na przeszłość.

J.O.B: Podobno mistrz igły, Jerzy Antkowiak, nazwał panią Joanną D”Arc polskiej mody, bo gotowa jest pani za nią zginąć. Co zasądziło o tak entuzjastycznym i pełnym poświęcenia podejściu do zjawiska mody polskiej u źródeł pani kariery jako krytyka mody/aktywistki i innowatorki rynku mody w Polsce?

Hanna Gajos: Rzeczywiście, Jerzy dał mi taki przydomek wiele lat temu. Chodziło o brak pokory i zadziorność typową dla dziennikarzy wychowywanych w działach społecznych redakcji. Nim zaczęłam pisać o modzie pracowałam w dziale społecznym i dziale listów tygodnika Perspektywy, co polegało przede wszystkim na relacjonowaniu interwencji w sprawach osób pokrzywdzonych przez sąsiadów, rodzinę, rzadziej przez władzę. Od początku moje felietony były zaprzeczeniem pisania o modzie w duchu „jebliwego ciurkotu” typowego dla rubryk mody prasy kobiecej. Chodziło o recepty typu „weź kaftaniczek, odpruj guziczek, przepikuj troszeczkę, zrób sukieneczkę”, bardzo popularne w działach modowo-poradniczych prasy kobiecej. Męczennicą Joanną zostałam nazwana, gdy jako jurorka konkursu zaprotestowałam przeciw werdyktowi, który wyglądał na klasyczną ustawkę. Werdykt wydali prominentni przedstawiciele świata mody a ja byłam debiutantką w tym gronie, co Jerzy uznał za efektowną próbę samozapłonu.

Moje początki zainteresowania tkaniną i nożyczkami sięgają czasów, gdy ledwie potrafiłam chodzić. Jako mała dziewczynka od ciotki i jej sióstr (jedną z nich była moja mama) niepostrzeżenie, mimochodem, bez wysiłku ale też bez zbytniej przyjemności uczyłam się przerabiania biedy na styl, co w latach 50 i 60. było ulubionym zajęciem kobiet ambitnych.gm Lambda control sensor
I tak nim zdałam maturę, byłam krawcową samoukiem a od pojawienia się Burdy już twórczą konstruktorką. Oczywiście, jako nastolatka pobłażliwie i niechętnie traktowałam wszelkie prace ręczne, od sprzątania po szycie, uznając, że moim powołaniem jest czytanie po to, by kiedyś pisać i zapewne zostać noblistką. Z tym przekonaniem trafiłam na polonistyce pod skrzydła najwybitniejszego wówczas krytyka literackiego, Artura Sandauera. Był wielbicielem wybitnych poetów ale mnie nie włączył w ich poczet, natomiast z zapałem uczył pisania krótkich form. Recenzję wiersza czy spektaklu pisaliśmy tak długo, aż zmieściła się na jednej kartce i spełniała kryterium „profesor się zachwyca, sprzątaczka rozumie”.

W roku 69. wraz z dziesięcioosobową grupą “studentów Frelka i Kapuścińskiego” trafiłam do redakcji Perspektyw, budząc chyba większą sympatię i podziw autorską kolekcją strojów ciążowych niż twórczością reporterską. Po relacji z obrad sejmu, gdzie najbardziej godne opisania wydały mi się stroje posłów, szef powierzył mi prowadzenie rubryki, której dotychczasowa autorka została naczelną kwartalnika Świat Mody. Zachęta była żołnierska: bierz to, bo gdzie ja znajdę kogoś, kto ma pojęcie o czym pisze, a nawet potrafi tak ubrać męża. Szyjąc mężczyźnie mojego życia komplety safari wzorowane na strojach Bohdana Tomaszewskiego (prekursora casualu)  zdobywałam szlify praktyka krawca i teoretyka mody męskiej, co później zaowocowało licznymi rubrykami w pismach adresowanych do tzw. aktywnych mężczyzn, jak chociażby Dżentelmen czy Pan, gdzie pisałam, jako pierwszy komentator mody męskiej, pod pseudonimem Andrzej Lasoń.

Nigdy nie byłam innowatorką gdy idzie o pisanie o modzie, to określenie należy się Teresie Kuczyńskiej – naczelnej Ty i Ja, autorce książki „Moda w rytmie epoki” czy  Barbarze Hoff,  która stworzyła niepowtarzalny styl komentowania mody. Jeśli moje felietony w Perspektywach zostały zauważone, to dlatego, że traktowały o modzie jako zjawisku społecznym, kontynuowały rodzinne tradycje „przerabiania biedy na styl” i powstawały zgodnie z zasadą Sandauera o profesorze i sprzątaczce.

Polska krytyka mody choruje ostatnio na polityczną poprawność (znaczy : sprzątaczka rozumie, profesor jest raczej zafrasowany). Przyznam, że szukając dziury w całym, nie znalazłam w pani tekstach (na blogu, na Rynku Mody) niczego, do czego możnaby z łatwością się przyczepić. Wydaje się, że operuje pani w świecie który nie tylko je pani z ręki, ale też karmi pani ten świat bardzo zdrowo. Uzupełniacie się. Tematy, które porusza pani w swoich wywiadach dla Rynku Mody to w pewnym sensie podręcznik alchemi przemysłu. Ludzie z jakimi pani rozmawia to ci, których nie zna większość tak zwanego „środowiska”, jednocześnie to oni właśnie decydują o tym co się sprzeda, gdzie sie sprzeda i w jakich ilościach. Jak docierała pani do tej wiedzy tajemnej na przestrzeni lat?

W czasach, gdy zdobywałam szlify krytyka mody o kondycji pisma decydowały nie reklamy, ale liczba sprzedanych numerów. Oczywiście były pisma dotowane, ale taki tygodnik jak Kobieta i Życie czy kwartalnik Świat Mody, w którym kierowałam działem mody przez siedem lat po odejściu z Perspektyw, utrzymywały całe wydawnictwo. Dobrzy tekściarze „od mody” podobnie jak fotografowie mody byli arystokracją zarobkową, co miało wpływ na renomę zawodu. Recenzowaliśmy głownie ofertę i pokazy domów mody, czyli Mody Polskiej i Telimeny, a redakcje wysyłały nas na pokazy do Paryża, gdzie obowiązkowo jeździli także projektanci Centralnego Biura Wzornictwa, opracowujący zeszyty trendów dla całego przemysłu lekkiego. Nieocenioną informacją o tym, co modne, były co sezonowe pokazy Hofflandu, traktowane jak „żywy żurnal”. Co sezon także przyjeżdżały z Paryża i Brukseli przedstawicielki Woolmarku, szkoląc projektantów i dziennikarzy z „tkanin i trendów” (zakłady wełniarskie pracowały na licencji Izby Wełny). Oczywiście, że nad tym wszystkim unosił się cień centralizacji, rozdzielnika i produkcji idącej w tysiące sztuk niekoniecznie wedle trendów. Natomiast teksty o modzie chyba jako jedyne były wolne od ingerencji cenzury. Projektanci nie obrażali się na recenzje bo nie mieli takiej okazji, pracując najczęściej anonimowo w fabryce odzieży na 8. godzinnym etacie. Kto chciał zaistnieć z nazwiskiem – projektował i szył dla galerii. Ale także wśród galerników były pieszczochy i ofiary recenzentów. Czy to znaczy, że było cudnie? Ależ nie! Bywało okropnie, bo prasą kobiecą, a ta najwięcej miejsca poświęcała modzie, władały często „żony i dziwożony” kacyków (od KC), o których można by napisać książkę „Diabeł ubiera się w Modzie Polskiej”. Nikt jednak nie bał się reklamodawców, bo „sprzedawanie powierzchni i duszy” to cena rynkowych zmian jakie nadeszły potem. Doświadczam uroków tego zajęcia prowadząc dwa branżowe tytuły w wydawnictwie Gajos Fashion, spółce rodzinnej.

Przed laty, prowadząc rubryki mody w takich pismach jak Świat Mody, Kobieta i Życie, Pani, szefując miesięcznikowi 101 Porad miałam okazjonalnie do czynienia z przemysłem mody, ale do głowy by mi nie przyszło, że trafię do prasy branżowej. Stało się to za sprawą potrzeby pieniędzy i niewiedzy graniczącej z naiwnością. Powstawała polska edycja TextilWirtschaft, największego europejskiego pisma branżowego. Szukali redaktora naczelnego i Xymena Zaniewska poleciła mnie jako eksperta. I.. zaczęły się studia według programu pracodawców. Studia odmładzają człowieka dojrzałego, więc przyswajałam wiedzę o światowej gospodarce tekstyliami, strukturach firm produkcyjnych i handlowych, ale przede wszystkim o wyższości prasy branżowej nad konsumencką. I znowu miałam szczęście do nauczycieli, bo słuchając fachowców z Frankfurtu łatwo było uwierzyć w tę wyższość. I tak zostałam naczelną Journala Tekstylnego, kierując jednocześnie miesięcznikiem 101 Porad, co zapewne zasługuje na zapis w księdze wyczynów. Dziesięć lat temu, już we własnym wydawnictwie stworzyliśmy Rynek Mody, adresowany do projektantów, producentów i handlowców, potem Przemysł Mody-Innowacje (w Sieci występujący jako część portalu Rynek Mody), poświęcony technice i technologii, a teraz realizujemy projekt portalu integrującego branżę, czyli fashionweare.com (wersja beta).

Rozgorzała ostatnio (pod wpływem „zapalnego” artykułu Michała Zaczyńskiego) dyskusja na temat kondycji polskiej mody przybrała zaskakująco duże rozmiary (artykuły odnoszące się w różny sposób do tekstu Zaczyńskiego pojawiły się w większości portali internetowych poświęconych modzie, na wielu poczytnych blogach; tylko z powodu długości cyklu wydawniczego czasopism nie znamy jeszcze ilości papierowych publikacji, które nadejdą) i niosła ze sobą więcej skarg i zażaleń niż optymizmu. Polało się sporo jadu, którego adresatami byli głównie organizatorzy FashionPhilosophy Fashion Week Poland, ale również polskie szkolnictwo branżowe czy tak zwany polski mainstream modowy (czyli ci, którzy mogą poszczycić się największą ilością celebrytów na pokazach i których kreacje oblekające celebryckie ciała najczęściej omawiane są na portalach plotkarskich). W skrócie – wygląda na to, że FWP nie może zaprosić na pokazy nieistniejących kupców, młodzi projektanci powinni zgłosić się na kursy szycia dla początkujących a inwestycje w infrastrukturę zwrócą się i tak najlepiej w przypadku masowej produkcji beretów z antenką. To trochę przerysowana synteza dyskusji, pokazuje jednak rozległość problemu widzianego oczami zainteresowanych. Czy rzeczywiście mamy wyłącznie problemy? Gdzie należałoby rozpocząć proces naprawczy?

Dyskusja o FWP i jej agresywny ton dziwi mnie, bo pretensje projektantów właściwie online casinos są adresowane do siebie samych. Nie ma kupców, więc warto zapytać: dlaczego ich nie ma? Może oferta jest nietrafiona, skoro nie ma amatorów, żeby na niej zarobić? A może projektanci za mało przykładają się do promocji swojego talentu? Przecież tej lekcji nikt za nich nie odrobi. Wydaje mi się, że wielu młodych projektantów marzy o marce, ale nie ma strategii jej tworzenia rozpisanej na sezony i lata. Niepochlebne opinie projektantów o FWP mogą być pochodną braku pieniędzy na stworzenie godnej pokazania kolekcji. Nawet mając refundowany pokaz trzeba jednak kolekcję wykonać, zapłacić dostawcom tkanin, konstruktorom, szwalni. Może w tym pomóc sponsor, ale ten zwykle stawia warunek: pokaz tylko dla mnie, w moim terminie i wskazanym przeze mnie miejscu. Płaci, więc może wymagać. Można o tych uwarunkowaniach powiedzieć zwyczajnie, bo podlegają im wszyscy, ale artyście, świeżo desygnowanemu do takiej roli podczas poprzedniej imprezy, poręczniej jest obrazić się na kolejną, poszukać argumentów na swoją nieobecność po stronie organizatorów.

Ostatnio rośnie liczba różnych tygodni, weekendów, festiwali mody relacjonowanych przez media nader przyjaźnie, choć często niezasłużenie. Nie budzą kontrowersji choć wołają o pomstę do nieba. Więc dlaczego Fashion Week Poland po kilku edycjach już stał się kontrowersyjny? Może warto zanalizować czyje interesy naruszył, a może po prostu poziomem i rozmachem rozbudził nadzieje nie tylko na gratisowe pokazy, ale także na kredytowanie kolekcji? Myślę, że nawet to byłoby możliwe, gdyby tę imprezę potraktowała „jak swoją” cała branża mody z lokalnymi, zupełnie nieźle w warunkach kryzysu prosperującymi markami. Powstałaby wtedy równowaga między show-biznesem a biznesem, miedzy twórczością a wytwórczością. Póki co są to światy oddzielne, odgrodzone uprzedzeniami, a jeśli współpracujące, to przez chwilę, z konieczności i bez wzajemnej satysfakcji. Powód? Brak autentyzmu w ocenie własnych potrzeb i wzajemnych relacji. Na przykład media zarzucają lokalnym markom zaściankowość, jednocześnie zamawiając u rodzimych projektantów rzeczy „w duchu kolekcji” światowego kreatora. Projektanta z nazwiskiem satysfakcjonuje rola garderobianego celebrytki, ale za nic nie ubierze jej w sukienkę z kolekcji marek X, Y, Z, dla których pracuje w utajnieniu, zarabiając prawdziwe pieniądze. Piarowe zaśpiewy o geniuszu autora kilku kolekcji potrafią skutecznie zagłuszyć szelest banknotów towarzyszący kontraktacjom w firmach odzieżowych. Więc jeśli pyta pani, czy zmiany są potrzebne, odpowiem − są konieczne. W jakim kierunku? Aby doprowadzić do odwrócenia zachwianych proporcji między biznesem a show-biznesem. Ale, żeby to zrobić, trzeba się najpierw policzyć.

No właśnie, w polskiej modzie znacznie więcej jest szoł niż biznesu. Celebrytyzacja zjawiska mody chyba najbardziej dzieli twórczość z wytwórczością, które w mniej prowincjonalnych warunkach zwykle się uzupełniają. W Paryżu, Mediolanie czy Nowym Jorku przemysł odzieżowy to jednak wciąż krawiectwo, u nas nikt nie pisze o jakości krawiectwa po pokazach, projektanci twierdzą, że dziennikarze nie wchodzą za kulisy pokazów by przyjrzeć się wykonaniu kolekcji, wolą pisać o tym, kogo mieli zaszczyt oglądać w pierwszych rzędach. Co pani sądzi o tak uprawianym dziennikarstwie? Jakiej reakcji projektantów należałoby się w takiej sytuacji spodziewać? Z kim się liczymy, na kogo/co liczymy w takim razie?

Czasem myślę, że tak naprawdę młodzi projektanci nie chcą budować przedsiębiorstwa, firmy, marki, natomiast po namaszczeniu kilkoma pochlebnymi recenzjami chętnie wchodzą w rolę krawców i kumpli celebrytów, nie dostrzegając nawet, że stali się ich garderobianymi. Wygląda na to, że wielu z nich też chciałoby żyć przede wszystkim z „bycia znanym”. Widzę także, co się dzieje w mediach, na portalach i jak chcą budować sławę i chwałę np. komentatorzy mody. Dziś krytykują ścianki sponsorskie – jutro sami się przed nie pchają. Jednego dnia ironizują na temat braku umiaru w ujawnianiu prywatności, następnego zapraszają do kuchni i sypialni, bez tajemnic. Teksty, które powinny być oceną dokonań innych, ociekają zachwytem autora nad sobą samym. A lud pisze: jaka pani piękna, jak ta marchew seksownie wygląda w pani ustach, marzę o takiej kanapie, jakie piękne pantofle, co pan nam jeszcze pokaże? I autor pokazuje. Psa, kanapę, teściową, jej szklankę do mycia zębów i zęby. Przy okazji mieni się autorytetem i nieustannie narzeka na brak autorytetów. Co jest sugestią, że został sam na placu boju. Oczywiście, jako osamotniony autorytet.

Gdy wszystko jest na niby, prawdziwy jest jedynie brak pieniędzy. I to jest kolejny powód ataku na FWP. Organizatorzy imprezy wpadli na pomysł, by promocję projektantów finansować pieniędzmi na promocję miasta, przekazywanymi na ten cel przez miasto. Tak proste, że aż genialne. Tak proste, że pojawia się zawiść i pytanie, dlaczego ja na to nie wpadłem?

Bo za bardzo zajęta/y byłam/em śledzeniem Plotka i Pudelka w poszukiwaniu nowych, obiecujących zawrotne wyniki oglądalności tematów na własnego bloga? Bo niesamowite ilości czasu zajmuje mi ostatnio codzienne brnięcie przez wszystko co o mnie napisano w Sieci ?

Dobrym przykładem może być „dyskusja” pod wpisem jednej z polskich bloggerek modowych (Jessica Mercedes Kirschner, lat 19) na platformie Facebook. Bloggerka wypowiedziała się niepochlebnie (z perspektywy mocno sprzyjającej nazwaniu jej fashion victim) na temat najnowszej okładki polskiej edycji magazynu Elle. Chodziło o kolorystykę, „zeszłosezonową” podobno. W komentarzach pojawiły się wypowiedzi zarówno autorki okładki (obecnej szefowej działu mody Elle) jak i koleżanki po fachu (poprzedniej szefowej działu mody Elle). Pomijam już fakt, że sam zarzut wobec okładki był przedziwny. Martwi mnie, że osoby które powinny kreować polski rynek dóbr luksusowych angażują się w „dyskusje” z osobami, które do prawdziwego luksusu ( niesponsorowanego przez rodziców) dorastać będą jeszcze przez kolejną dekadę. Jak w takich warunkach ma rozwijać się rynek dóbr luksusowych? Widzi pani dla niego szansę? Czym jest luksus w Polsce? Co o nim wiemy? Czy w ogóle potrzebujemy luksusu?

Dyskusji, a raczej pyskówek na temat dokonań tej czy innej osoby nie chcę komentować, bo rzeczywiste dokonania wcześniej czy później (niestety, częściej) obronią się same. A luksus? No cóż, „od zawsze” jako luksus traktowaliśmy wszystko to, co świadczy o niskich, krwiożerczych instynktach człowieka-zwierzęcia. Za futrami dzikich bestii, diamentami i innymi „dobrami” zawsze stało cierpienie, pot i łzy, a często ofiara życia nie tylko rzadkich (ekskluzywność wyklucza popularność) zwierząt, ale także myśliwych, górników, poławiaczy pereł, handlarzy ze szlaku jedwabnego, żeglarzy. I przede wszystkim ta cena, cena najwyższa, a nie wartość estetyczna futra czy kolii brylantowej decydowały o ich pozycji w hierarchii dóbr. Gdy nauczyliśmy się idealnie imitować futra, diamenty, perły, kość słoniową itd., najpierw nazwaliśmy te imitacje kiczem, potem kiczem czarującym czyli glamour, a za chwilę luksusem zdemokratyzowanym, a więc już mniej godnym pożądania i wysokiej ceny. W tej wersji przesadnie ostentacyjny niby-luksus stał się elementem mody w latach 80. (Versace, Dolce & Gabbana), trendem lubianym przez społeczeństwa dopiero wybijające się na zamożność, obiektem pożądania nuworyszy finansowych, ale wciąż „biedaków estetycznych”. I takim ostentacyjnym niby-luksusem gra moda od czasu, gdy Chanel stwierdziła, że tylko sztuczna biżuteria prawdziwie zdobi kobietę, bo nie zmienia jej w sejf, w strażniczkę prawdziwych pereł czy brylantów. Myślę jednak, że upodobania nuworyszki migoczącej kilogramami kryształów mają poważną konkurencję w nowej, luksusowej skromności, zaproponowanej w latach 90. przez Jil Sander czy Pradę ludziom, dla których potwierdzeniem statusu jest własna wyspa  a oczywistością ubrania niebywale drogie, bo szlachetne w formie i treści, choć skromne na pierwszy rzut oka. Sexy Prom Dresses Online Sale
Jest jeszcze trzecia grupa − ubrania zawansowane technologicznie, z wartością dodaną w postaci tekstroniki i ekologii, gwarantujące niebywały dotychczas komfort noszenia. To, że w Polsce największe wzięcie wśród nowo-bogatych ma krzykliwa imitacja retro-luksusu, czyli blichtr, świadczy o gustach odpowiadających poziomowi powszechnej zamożności, upodobaniach ukształtowanych latami tęsknoty do norek i brylantów.

Czy wciąż nosi pani w sobie tyle samo entuzjazmu wobec mody co kiedyś?

Chyba nawet więcej, bo mogę poświęcić pracy więcej czasu – mężczyzna życia od pół wieku uwiedziony, mam nadzieję nieodwracalnie, trzy córki już dorosłe, ogród założony, dla wnuczek jestem babcią zdecydowanie niedzielną. Jeśli idzie o entuzjazm, to towarzyszy mi przez całe życie – wobec życia, bliski naiwności przez wielu nazywanej głupotą i jako taki w sposób naturalny przenosi się na traktowanie pracy. Mój związek z modą i dziennikarstwem, chwilami bardzo burzliwy, powstawał i stawał się coraz bardziej profesjonalny w wyniku zdarzeń, które „działy się same”. Więc może moja sympatia do mody jest po prostu wynikiem tęsknoty do wszelkich przejawów kreatywności? Lubię tę formę nostalgii u siebie i innych.

 adres domowy gościa: http://www.rynekmody.pl/wordpress/

adres domowy gospodyni: http://laexpress.pl/

w wydobyciu esencji wywiadu ( to się nazywa edycja) pomogła Martyna Nawrocka, autorka bloga : http://muncia.blog.pl/

 

Ogłoszenie specjalne gospodyni wywiadu: interpunkcja moich wypowiedzi jest subiektywna, oparta na przekonaniu, że język (jako zjawisko) to materiał eksperymentalny, udostępniający znacznie więcej swobody niż gimnazjalna lekcja języka polskiego. Wybory interpunkcyjne są więc świadome i nie wymagają interwencji samozwańczych korektorów. Dziękuję.

16 komentarzy

  • modologia napisał(a):

    Spokojnie i trafnie. Dziękuję 🙂

  • Krytyk mody napisał(a):

    Artykul w wielu momentach jest tendencyjny. Prawie kazdy w branzy modowej wie, ze Pni Gajos jest czescia projektu Fashion Week Poland i bedzie go wspierac za wszelka cene i bronic bo ma z tego wymierne korzysci. Jest dobra znajoma Pna Klaka i Pani Kubiak wiec skyrytukuje kazdego ktomwytknie bledy przy organizacji FWP. Szkoda, ze organizatorzy i Pani redaktor Gajos nie portafia sluchac ludzi z branzy i tylko siebie uwazaja za skarbiec wiedzu na temat mody.

  • ewa napisał(a):

    jakie wymierne korzyści? ,jacy ludzie z branży?,a o „skarbcu wiedzy” chetnie podyskutuje,pozdrawiam

  • Krytyk mody napisał(a):

    Szanowna Pani Ewo, jest Pani niezwykle aktyanym forumowiczem i walecznym obronca Pana Klaka i swojej kolezanki Pani Gajos. Wiekszosc ludzi z branzy modowej wie, ze Pani obecnosc na FW jest spowodowana tym, ze Pani Gajos na spotkaniach Rady Progrmowej odrazu rezerwuje dla Pani miejsce w designer avenue., nie wazne jaka kolekcje Pani zaprezentuje. Przeciez juz pani wie, ze jest na pazdzienikowej edycji :)Jest tym samym zrozumiale dlaczego tak mocno Pani broni swoich ziomkow. Jakie wymierne korzysci? Progrma promocja eksportu dzialanie 6.5 – textiles.pl. FW od przyszlej edycji bedzie platny 16 tys zl za showroom. 5 mln ma isc na niby promocje w serwisach ktore naleza miedzy innymi do Pani Gajos. Fashionweare itp. Ktos zarobi ladny pieniadz. A i jeszcze ktos bedzie zostanie tzw assesorem przy ocenie tych wnioskow. Ciekawe kto nim zostanie, prawda? ;)) w koncu w ministerstwie gosporadki gdzie rzadzi psl na modzie znaja sie raczej srednio. Czekam na Pani goraca oborne wydarzenia FW.PS. Pani zimowa kolekcja z ostatniej edycji byla naprawde ciekawa, zal ze sie nie sperzedala jak nalezy. Pozdrawiam

    • Obuchowicz-Beckwith napisał(a):

      panie „krytyku mody”, chciałabym dowiedziec się, jakie potrafi pan przytoczyć miejsce na Ziemii, które jednocześnie :
      1.posiadałoby Tydzień Mody
      2. nikt na Tygodniu Mody by nie zarabiał

      taki juz brudny ten świat, nic , tylko kasa i kasa. chyba lepiej, żeby ktoś kto wywrócił na nice zasady działania tego rynku ( w skali makro, nie mikro) zajął się sprawą, niż ci młodzi i postępowi, którzy wszystko oddają w ręce bloggerek, które piszą dla innych bloggerek, które to z kolei aż tyle nie zarabiają na swoich blogach ( a na innych rzeczach też nie bardzo, bo z reguły są nastoletnie), żeby kupić cokolwiek więcej niż Zarę czy H&M. No , a jak mamy mieć na rynku same Zary i Haemy ( cenowo i jakościowo), to ja jakoś nie wierzę, że poza Mińsk wychyniemy.

      16.000 pln za showroom gdzie? podczas FWP? oko mi zbielało. cos mi sie nie zgadza, a panu się zgadza? za cały showroom ? znaczy — się płaci 16 tysięcy i można sie pozbyć w ten sposób konkurencji? prosze sprecyzować, najlepiej podając źródła tych informacji.

      • Krytyk mody napisał(a):

        Szanowna Pani Joanno,
        W samym zarabianiu nie widze nic dziwnego ale jesli chodzi o sposob dzialania organizatorow i ich monopol na wiedze o modzie to mozna miec do tego sporo zastrzezen. Impreza FW nie przynosi wymiernych wynikow finasowych dla projektantow i dlatego wielu sie z niej wycofuje. Nie rozumiem o jakim wywracaniu rynku mody Pani pisze.
        Zrodlo podalem. Stron textiles.pl zakladka program promocji eksportu i plik kalkulator kosztow. Widac czarno na bialym kwote 16 tys zl za 12 mk shoowroomu. Mnie sie nie zgadza wiec dlatego to komentuje. Organizaorezy FW niedawno zapewnili sobie dotacje od miasta Lodzi na 3 kolejne edycje na ktorych zamierzaja dobrze zarobic. A zaplaci za to w 75 % unia europejska bo taka jest dotacja na wszystkie dzialania wymienione w programie. Sprytne. Dodatkowo jak posiada sie media reklamowe o modzie skapnie tez cos z tytulu promocji przedsiewziecia na ktore jest przeznacozne 5 mln zl.Niektorzy juz zacieraja rece.

    • ewa napisał(a):

      Szanowny Panie Krytyku (Mody?)
      Po pierwsze, rzeczywiście szczycę się bliską i długoletnią znajomością z Panią Hanną Gajos i Panem Jackiem Kłakiem i cenię ich bardzo za olbrzymi wkład, jaki wnoszą w branżę modową, w przeszłości i obecnie. A jak „większość ludzi z branży” tego nie dostrzega – ich strata. Cieszę się, że oboje oni są zwolennikami powiedzenia „psy szczekają, karawana jedzie dalej”.
      Gratuluję Panu tak szczegółowych informacji z Rady Programowej FW. Dziwi mnie jedynie fakt, że Pani Gajos ma tak wielką siłę przebicia i potrafi swoimi decyzjami zdominować pozostałych 12 osób. Od tej strony Hani nie znałam, choć to mój ziomal.
      Co do korzyści i pieniędzy wypowiadać się nie będę, ponieważ nie mam na ten temat żadnej wiedzy. Natomiast zawsze istnieje możliwość podjęcia takiej działalności w oczekiwaniu na „ładny pieniądz”.
      Fashion Week Poland bronić nie będę – ono obroni się samo.
      Pozdrawiam serdecznie
      ekk
      PS. Dziękuję za element krytyko modowej w ocenie mojej zimowej kolekcji i za szczery żal, co do jej dalszych losów. Interesująca jest Pana wiedza o tym, jak kolekcja sprzedać się powinna. Proszę o instrukcję.
      A teraz biegnę do mojej nowej kolekcji, aby nie zawieść Pana swoją nieobecnością na październikowej edycji FWP.

  • anna napisał(a):

    Nareszccie wywiad z kims, kto wie co i oczym mowi. To mile w zalewie pseudofachowcow. Duzy szacunek

  • Modowy krytyk napisał(a):

    Droga Pani Ewo,
    Pani Gajos jest szefową rady programowej FW, to na pewno Pani wie, dlatego ma dość dużo do powiedzenia przy wyborze projektantów. Dla Pani miejsce zawsze się znajdzie. Oczywiście tylko z powodu Pani profesjonalizmu. 🙂 Porównanie ludzi, którym nie wszystko w tym „szczytnym” wydarzeniu się podoba do psów nie wydaję mi się zbyt trafne. Karawana jedzie póki między innymi te „psy” na nią przyjeżdżają. A jak zrobią drugą karawanę w nieco prężniej działającym mieście to z tej łódzkiej zostanie karawan ale pogrzebowy i marsz żałobny. Nawet jeśli Rynek Mody będzie pisać, że to skandal.
    Jeśli chodzi o żal to był szczery bo ta kolekcja miała duży potencjał sprzedażowy. Dziwi mnie Pani pytanie o metody promocji i sprzedaży. Przecież może Pani chodzić na szkolenia Let them know i tam dowie się Pani wszystkiego. Przynajmniej tak reklamuje te szkolenia Pan Kłak. Moją wiedzą w tym zakresie nie podzielę się publicznie gdyż takie informację kosztują i za to mi płacą. Życzę powodzenia!

    • ewa napisał(a):

      Szanowny Panie Krytyku;
      Po pierwsze, nie do końca jestem przekonana, czy jest Pan odpowiednią osobą do oceny mojego profesjonalizmu. Zbyt mało Pan wie o mnie i o mojej pracy.
      Po drugie, jeżeli będziemy przysłowia rozumieć tak dosłownie jak Pan je interpretuje, to aż strach mnie oblatuje. No, ale jak to mówią Homo homini Chomeini :).
      Po trzecie, gdy wspomniał Pan o drugiej karawanie w innym prężnym mieście, to już wiem w kierunku, jakiego miasta ten karawan zdąża i skąd cała ta afera.
      Pozdrawiam serdecznie
      ekk
      PS Odpowiedzi nie oczekuję, bo nasza rozmowa do niczego konstruktywnego nie prowadzi.

      • Obuchowicz-Beckwith napisał(a):

        ależ dlaczego nie, myślę, że ta zmowa daje wiele takzwanego „spektrum”.są ci, którzy myślą pozytywnie, cieszą się że coś się dzieje i dzieje się na dużą skalę. potem są ci , którzy mają pretensje, bo coś się dzieje na skalę, której nie potrafią przebić (jak na razie). miejmy nadzieję, że obie frakcje będa robić wkrótce coś równie dobrego, w różnych miastach, pośród różnych ludzi. szczerze mówiąc — nie wydaje mi się , żeby tak za pośrednictwem pstryknięcia palcami ktoś mógł zrobić to, co dzieje się w Łodzi. w zeszłym sezonie było jak trzeba ( nic nie poadzą organizatorzy, że niektórzy projektanci zawiedli), może byc jeszcze lepiej. ale nie traćmy nadziei na podobna imprezę w mieście stołecznym 😉

  • Jacek Kłak napisał(a):

    Aby nie zrobiło się za różowo na Święta to musiał się wychylić Krytyk Mody, który coś tam słyszał ale nie do końca wie w którym kościele zadzwoniło. NIe będę wdawał się w dyskusję z tym kto jedzie jadem zza pulpitu bo mu pewnie coś w zyciu nie wyszło i frustracja wychodzi w mailach ze nie trzeba być psychologiem aby to zobaczyć. Odważnych pod nickiem krytyk mody nie traktuję poważnie,ale aby nie dopuszczać do tworzenia opinii które tworzą plotki obiegowe podaję kilka faktów a wnioski niech sobie wyciągają inni.
    1. Hanna Gajos jest jednym z 12 członków Rady Programowej.Nie jest jej prewodnicącym.Proszę nie podawać fałszywych danych. W anonimowych obradach decyduje większosć głosów. Rada decyduje o części nominacji do Alei oceniając aplikacje nie znając nazwiska deisgnera. Pozostała część pokazów jest płatnych (tak jak na całym Swiecie!!) a mała część jest zaproszeniem Organizatora. Dzięki temu wielu projektantów pokazuje się potem w Niemczech, Portuglii ,Austrii czy Anglii.
    Próba sugerowania ze jedna Hanna Gajos może wpływać na decyzje jest absurdalna.
    2.Miasto daje do budżetu ok 30% wkładu. W zamian dostaje promocję wartą 10 krotnie więcej (Wyliczenie Press Service)Trzeba być krytykiem bez wiedzy produkcyjnej aby wiedzieć ,że 810 tyś zł netto (bo Vat się oddaje do budżetu ) w innych przypadkach starcza zaledwie na jeden duży pokaz . Pozostały budżet musimy zbudować z innych działań .Nikt nam nie funduje. Takiej imprezy nie robi się za milion, ani nawet dwa. Trochę wyobraźni.
    3.Showroom kosztuje 1000 zł plus VAt, a stoiska firm ok 10 000 ale te są w pełni wyposażone, z panelem podłogowym za 60 zł a nie wykładziną targową, meblami typu Ghost a nie krzesełkiem z Ikea za 30 zł. Proszę nie podawać fałszywych danych .Nie sprzedajemy showroomu za 16 tyś.
    Bez żadnych dotacji mamy sprzedane na dzisiaj 100% powierzchni .
    4.Promocją 6.5.1 i 6.5.2. zajmuje się w całości Fundacja PIOT. Współpracują z nimi targi poznańskie i zapewne wiele działań będą rozliczały targi MTP a nawet lokowały u siebie w Poznaniu. Sam program jest skierowany na działania proeksportowe na targi zagraniczne i musi mieć akcept firm uczestniczących które finansują ponad połowę kosztów działań. Jest propozycja panelu handlowego i misji przyjazdowej z kilku krajów podczas FW połączonej ze stoiskiem wspólnym firm .Na razie to koncept na 2013.
    5.Tekst o 5 ciu milionach mnie ubawił. Proszę wyjść z umysłowej piaskownicy i przepraszam od razu za subiektywizm (bo miało być rzeczowo) ale tutaj nie mogłem się powstrzymać . Sądzi Pan/Pani ze można tak sobie wydać 5 mln publicznych środków np na portal Hani Gajos?

    P.S.
    .Nic nie stoi na przeszkodzie aby wziąć się za zrobienie innej imprezy na którą znajdą się chętni aby ją finansować w milionach bo przecież to takie łatwe. Trzeba tylko przelać żółć do słoika i na półkę bo sponsor tego nie lubi, odejść od komputera bo aby być organizatorem trzeba mimo opinii dużo pracować (np poświęcić większość weekendów ,świąt i zrezygnować czasami z wakacji skracając je do długiego weekendu) albo wręcz zaryzykować wszystko co się posiada ..Oczywiście znam odpowiedź.:Jak się ma tyle milionów to się samo zrobi. No to do dzieła. Chcę to zobaczyć .JK.
    Udanych i spokojnych Świat wszystkim życzę .Wrogom i złośliwym zwłaszcza.

  • Jacek S. Kłak napisał(a):

    Byłbym zapomniał….Jedna ważna sprawa umknęła. Na całym Swiecie Fashion Week to koszt na który stać nielicznych. Od kilku tysiecy euro za udział w Wiedniu czy ok 10000 USD w Moskwie do kiludziesięciu w największych miastach az do 200-300 tyś NY czy Milano. Wszędzie wybieg i technika ale za reżysera (od 5 tyś Euro) i za modelki trzeba dopłacić.Jaka kasa takie modelki.Nikt nie wytyka organizatorom bo to jego problem . Sama kasa nie wystarczy jednak aby się dostać.Nikt nikomu nic nie funduje ,nie prosi,nie stawia VIp barów,nie funduje hoteli. Jak na pokazie nie ma prasy to znaczy ze designer ma słaby PR albo sam jest słaby.Takie reguły. Na razie stać na nie Ewę Minge i La Manię.

  • Z wymiany poglądów, zdań i propozycji wynika, iż nowy event nam się szykuje. Miejsce również w sieci się znajdzie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *