Polskie subkultury: Bikiniarze

O ile biedniejsza byłaby Polska polityka i ogólnospołeczna wiedza na temat istnienia i domeny pierwszej powojennej subkultury polskiej, gdyby nie Anita Błochowiak. Zawdzięczamy jej nie tylko „możliwe konfiguracje, które nie są możliwe” i wspomniany już ciąg wind i korytarzy (pionowych). To właśnie bezkresnej błyskotliwości umysłu gwiazdy lewicy z początku dekady dzisiejsze pokolenie Internetu może dziękować za znajomość terminu „bikiniarze”.

Gwoli przypomnienia – gdy podczas przesłuchań przed komisją śledczą Anita przyciskała Adama Michnika do muru przenikliwymi pytaniami o części garderoby wśród postaci afery Rywina, ten z charakterystyczną dla siebie swadą odrzekł, iż Kolorowe skarpetki to symbol walki ze stalinizmem. Wszyscy bikiniarze chodzili w kolorowych skarpetkach.”  Ci bikiniarze wtrąceni w wypowiedź Michnika przepadliby niezauważeni, gdyby nie cięta riposta Anity, która półgębkiem dopowiedziała, iż „podobno pedały też”.

Tym magicznym sposobem za pomocą kolorowych skarpetek połączeni zostali pedały i bikiniarze. I o ile powinno się potępiać sformułowania tego typu, o tyle trudno nie zauważyć, że gdyby dziś jakikolwiek modniś w stroju bikiniarza wyszedł na Marszałkowską  Anno Domini 2010 – to mimo tolerancji (sic!) panującej w stolicy pewnie spotkałby się ze stereotypowymi, niewyszukanymi porównaniami do homoseksualistów.

Ale po kolei.

BIKINIARZE – WTF, czyli z czym to się nosi

Etymologia nazwy prowadzi nas do 1946 roku, kiedy to Amerykanie przeprowadzali ostro potępiane przez władze komunistyczne testy atomowe na Atolu Bikini. Zdjęcie atomowego grzyba drukowano nie tylko w gazetach i magazynach, ale też na krawatach. Aby uatrakcyjnić całość, dodano bardziej działające na wyobraźnię elementy – na przykład tropikalne palmy czy kobiety odziane jedynie w skąpe bikini. Efektowne, kolorowe krawaty trafiały do Polski w paczkach, przesyłane przez krewnych mieszkających za oceanem. Szybko stały się bazarowym hitem, czy to przez metkę „made in USA”, czy przez egzotyczny nadruk, który wybijał się na tle PRL-owskiej szarości i kłuł komunistyczne władze w oczy.

Leopold Tyrmand pisał, że bikiniarze byli „wyzwaniem rzuconym szarości i zglajchszaltowanej nędzy”. Znaczyło to mniej więcej tyle, że ich charakterystyczną cechą była nieszablonowość postaw – poczynając od wolnomyślicielstwa aż po swobodę odzieżową. Bikiniarzy uważa się  za reprezentantów pierwszej młodzieżowej subkultury w Polsce Ludowej. A genezę ‘powstania’ najłatwiej wytłumaczyć zapatrzeniem młodziaków we wszystko, co działo się w USA od końca lat czterdziestych do połowy lat pięćdziesiątych. Była to zresztą tendencja ogólnoeuropejska – trend jednak w każdym kraju przybierał inne nazwy. We Francji wołano na nich „zazou”, a w Czechosłowacji mówili „potapka”. Nawet w różnych częściach Polski nazwy przybierały różne formy – w Krakowie byli dżollerzy, Poznań miał eki, natomiast BIKINIARZE mieszkali przede wszystkim w Warszawie.

Rozpoznać bikiniarza było niezmiernie łatwo, m.in. dzięki krawatom na gumce z „gołymi gerlsami”. Rzucał się w oczy również dzięki obrzydliwym z dzisiejszego punktu widzenia przykrótkim spodniom i butom na słoninie. Można je było kupić na bazarze (przychodziły do Polski w paczkach od amerykańskich krewnych), lub… zrobić samemu. Wystarczyło przerobić popularne półbuty, tak zwane zamszaki, dorabiając im grube podeszwy z korka lub kauczuku.

Marynarka na kilowatach

Bikiniarze nosili obszerne, często za długie marynarki, których konstrukcja opierała się na wielkich poduchach wszytych w ramiona, stąd określenie „marynarka na kilowatach”. Najmodniejsze były te kolorowe, w jaskrawą kratę, z rozcięciem z tyłu. Niektóre modele stanowiły spuściznę po okupacyjnej rzeczywistości, inne przesyłali w paczkach krewni mieszkający za granicą.

Dopełnieniem wizerunku bikiniarza była fryzura typu plereza, czy inaczej mandolina (włosy zaczesane do tyłu tak, że zakrywały kark). PRL-owskie władze na centymetry mierzyły nie tylko szerokość nogawek, ale i długość włosów. Posiadacze zbyt bujnych czupryn posądzani byli o wywrotowe i złowrogie zamiary wobec systemu, w związku z czym bikiniarze z lubością zaczesywali nad czołem misterną falę, a nad karkiem tzw. jaskółkę. Popularne były również spłaszczone kapelusze, tzw. „naleśniki”.

Pod rękę z kociakiem

Dziewczyny bikiniarzy, czyli kociaki, również wzorowały się na zachodnim stylu. Wzorzyste bluzki i kolorowe, obcisłe sweterki, wąskie spodnie i szpilki lub spódnice szyte „z koła” a do nich „trumniaki” – czarne płaskie pantofle, które można było zrobić samemu mając do dyspozycji trampki, nożyczki i czarny tusz (rozpropagowała je Barbara Hoff, która prowadziła rubrykę poświęconą modzie w „Przekroju”). Zamiast tradycyjnych torebek na ich ramionach wisiały wiklinowe koszyczki. Dopełnieniem całości, tak jak w przypadku bikiniarzy płci męskiej, była fryzura – misternie ułożone fale, loki, lub koński ogon. Barwny outfit kociaków był wyrazem buntu przeciwko zmaskulinizowanej, praktycznej modzie propagowanej przez władze komunistyczne.

W tych barwnych, a czasem ekscentrycznych odzieniach spotykali się na prywatkach, plotkowali, intrygowali, opowiadali plugawe dowcipy. Czasem z pewnością rozmawiali też o kulturze i sztuce. Kiedy zastępy młodzieży w mundurkach posłusznie chodziły na apele i uczyły się na pamięć piosenek i wierszyków czczących Plan Sześcioletni, bikiniarze wznosili czoła w stronę zachodu. Co ambitniejsi chcieli słuchać Charliego Parkera i gwiazd bebopu, święcącego w tym czasie triumfy w USA. Jednak w przeważającej liczbie przypadków kończyło się na słuchaniu z trudem zdobytych płyt (zdarzały się też przypadki tłoczenia muzyki na kliszach rentgenowskich). Podskakiwali do zachodnich nagrań; pili wino, wódkę i inne dostępne, a czasem wykradzione z domowych schowków, napitki. Gdy słońce zachodziło za chmury, a po dobranocce zostało mgliste wspomnienie – chłopcy zabierali się za końskie zaloty. Zaglądali dzierlatkom pod spódniczki, podszczypywali krągłe jak dwa ząbki czosnku pośladki, a ich wzrok tkwił nie w błękitnych oczętach, ale w jędrnym dekolcie. Niewiasty z kolei niespecjalnie się przed umizgami wzdrygały. Po wszystkim palili polskie papierosy szpanersko wkładane w paczki po Camelach, a najlepiej Lucky Strike’ach. Szczęściarzem ten, któremu podczas wyciągania z paczki trafił się ‘amerykan’.

Równie ważne było to, co ‘się czytało’, a może właściwiej byłoby powiedzieć – jakiej lektury pozory stwarzano. Do dobrego tonu należało bowiem noszenie i pokazywanie się w towarzystwie z jakimś wybitnym, a w rzeczywistości ciężkostrawnym dziełem. Snobizm? I tak i nie, bowiem bikiniarz bikiniarzowi nierówny.

Kwestia ubioru i obyczajowości urosła do rangi problemu politycznego. Pragnąca mieć wszystko pod kontrolą władza nie chciała pogodzić się z faktem ciągle rosnącej liczby rozbrykanej młodzieży.

Bikiniarze to szmaciarze

„Bikiniarze są to ludzie tacy, w dupie mają dyscyplinę pracy, a ludowa władza do mamra ich wsadza.”- tak panujące wtedy stosunki opisał w piosence Wojciech Młynarski. Ale równie często mówiono o nich per ‘bumelant’ czy ‘chuligan’. Zgrupowania bikiniarzy były nierzadkie, ale konsekwentnie rozganiane.

Czy to wszystko nie brzmi znajomo? Władzę ludową można zamienić na ucisk korporacyjnych zależności, za forum rozmów przyjąć facebooka, prywatki w mieszkaniach zastąpić melanżami w nowych wielkomiejskich i bezpretensjonalnych venues i przypiąć dzisiejszym hipsterom łatkę bikiniarskich kontynuatorów. I choć może wam się to wydać nieco naciągane, to spróbujcie zaprzeczyć, że jest coś na rzeczy.

 

Tekst: Bozia Prus i Tymek Kubik
Ilustracja na podstawie materiałów z PKF

3 komentarze

  • Kwestia Stylu napisał(a):

    Ciekawy tekst. A jeśli chodzi o ‚źródła’ dotyczące epoki, warto czytać wspominanego Tyrmanda. Opisy polowań na ciuchy czy układania plerezy ze ‚Złego’ są fascynujące. A i można się dowiedzieć, jakie miały znaczenie i jakie robiły wrażenie odpowiednio dobrane, kolorowe skarpetki (opis młodzieżowej imprezy w ‚Dzienniku 1954’).

    pozdrawiam!

  • Bitnik napisał(a):

    Wszystko cacy, kilka słów ode mnie: taki styl (przykrótkie obcisłe spodnie i buty na słoninie) widać było w tym roku na Putti Uomo, więc i z tej strony jest coś na rzeczy. Przydługie marynarki to, podobnie jak u angielskich teddy boys, reminescencja tzw. zoot suit – amerykańsko – latynosko – murzyńskiego stylu z początku lat 40-tych XX wieku. Tu więcej o nim:
    http://blog.freshjive.com/2011/02/race-class-the-zoot-suit-riots/
    Pozdro!

  • suicideblonde napisał(a):

    z całym szacunkiem ale porównywanie bkiniarza do hipstera (naciągane? to mało powiedziane!) to wyraz przeogromnej ignorancji i kiepskiej edukacj historycznej. czemu niby taki smutny hipster się przeciwstawia? bikiniarze słuchali jazzu i rockabilly, hipsterzy noszą brzydkie ciuchy i słuchają jakiegoś elektronicznego gówna. może i tekst dobry, ale ostatnie kilka zdań zdołało popsuć całość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *