Punk – chaos to couture, czyli establiszment teoretycznie rozkochany w anarchii

W momencie, w którym zaczęłam uważać, że wiem co nieco o prawach rządzących światem luksusowej mody odwiedziłam MET Museum (NYC) w celu obejrzenia dokonań współczesnych krawców w ramach ujarzmiania mundurka w stylu „punk”. Wnioski z tej wyprawy nie będą ani odkrywcze (bo przecież wielu przede mną wiedziało jak się sprawy mają) ani nawet specjalnie politycznie niepoprawne (bo bohaterów z gatunku wistle blowers jest ostatnio pod dostatkiem), będą natomiast moje własne. Ot co.

Po pierwsze: skłonność ludzkości do mundurowania zbiorów ludzkich jest niepohamowana. To pewne. Nawet w przypadkach subkultur anarchizujących (tych sprzeciwiających się uniformizacji, podobno) umundurowanie okazuje się niezbędne. Współcześnie, wiadomo, en vogue są czarno-białe maski, reszta kostiumu jest dowolna, uwypukla bowiem różnorodność tłumu, prawda?

Po następne: luksus to coś zupełnie odmiennego od kąpieli w morzu złotych monet. Złoto bowiem jest równoprawne z błotem,  w obliczu praw rynkowych. Wystarczy dobra kampania promocyjna. Promocyjna zupa na wyciągu z gniewu i frustracji sprzeda choćby błoto po cenach, które nam, zwykłym śmiertelnikom trudno sobie wyobrazić (na dowód mogę pokazać rachunek za „unikalnie czyste, lecznicze” błoto, które mój mąż nabywa w celach odwracania biegu czasu).

Po kolejne: faszyn is maj paszyn. W skrócie: serce bije mi mocniej na widok rzemiosła krawieckiego wysokiej jakości w szczęśliwym związku ze świeżym pomysłem, nawet (szczególnie?) kiedy materiał bazowy jest mocno nietypowy.

Otóż, zawsze (zawsze, od kiedy w ogóle miałam możność zapoznania się z produktem modowym z tak zwanej wyższej półki) wydawało mi się, że cena wytworu rzemieślniczego wiąże się ściśle z: a) jakością wykonania, b) świeżością pomysłu, c) jakością surowca zastosowanego w projekcie. Taką zależność obserwowałam przez lata, nieśmiało wstępując do najdroższych butików (w których ceny zaczynają się od $500-600 za bzdurny kawałek materii, dość oczywiście nie wymagający wielkiego wysiłku kreatora/konstruktora/wykonawcy) lub nieco śmielej prosząc o dostęp do największych skarbów w sklepach vintage/second hand (tu ceny zależne są od świadomości sprzedającego na temat produktu który sprzedaje, czyli gdziekolwiek między $20-500, w niektórych przybytkach można natknąć się również na ceny z trzema zerami). Nic bardziej mylnego. Moda to chciwa suka.
Nie obrażajmy się na siebie tak od razu, dajmy sobie prawo negocjacji poglądów. Więc : tak, rozumiem, że moda czasami bywa sztuką. Jednocześnie mam również świadomość procesu, który towarzyszy powstawaniu odzieży (choćby była konceptualna, wyjebana w kosmos i niezwykle artystyczna). Projektuję i odszywam własne pomysły. Pewnie jestem socjalistką, dlatego nie potrafię ogarnąć cen kreacji wykonanych z worków na śmieci ($1500-5000, jak mówi przewodnik po wystawie).  Chciałabym tylko wiedzieć kto poza muzealnikami (profesjonalnymi lub hobbystycznymi) zdobędzie się na wydanie takich sum, wiedząc, że „ubrania” tak naprawdę nie nadają się do ubierania kogokolwiek (z kilkoma wyjątkami).

Oczywiście, mnie również wzruszyła świeżość pomysłów na wykorzystanie śmieci i, oczywiście, nie wszystkie eksponaty wystawy powstały ze śmieci. Niektóre, np. propozycje marki Versace w duchu punk, to po prostu ociekające skojarzeniami z przemysłem płatnych usług seksualnych mocno wydekoltowane kiecki pospinane do kupy pozłacanymi agrafkami, inne z kolei, jak legendarna sukienka – koperta Husseina Chalayana, to dzieła sztuki użytkowej otwierające nowe rozdziały w kulturze naszego gatunku, jednocześnie bardzo niewiele mając wspólnego z tematem wystawy (lub też kuratorzy wystawy operują definicją „punk” zupełnie odmienną od tej, którą dysponuję ja).
Poszczególne eksponaty można było zakwalifikować do wielu różnych kategorii. Najbardziej oczywistą, rzecz jasna, była kategoria oryginalnych punkowych mundurków, strojów, że tak się wyrażę, „z epoki”, głównie autorstwa Vivienne Westwood. Począwszy od drukowanych „na lewej stronie” bawełnianych koszulek od których projektantka rozpoczęła swoją karierę, skończywszy na najnowszych projektach mieszczących się w kategorii „społecznie zaangażowane”.
Kolejną kategorią były niezwykle kosztowne (ze względu na metody odszycia i użyte surowce) reinterpretacje podobno-antyestabliszmentowych mundurków z metkami takimi jak Balmain, Givenchy, YSL Piękne i obłudne.
Była dekonstrukcja (głównie w wykonaniu Japończyków – Comme des Garçons i Yohji Yamamoto) i diajłaizm (D.I.Y, do it yourself). W tej ostatniej kategorii królowała bezsprzecznie marka MMM (Maison Martin Margiela) ze znaczną ilością kreacji wykonanych z plastikowych „jednorazówek”, czyli torebek które wciska nam się w sklepach nawet kiedy ich zupełnie nie potrzebujemy, bo nasze własne, wielorazowego użytku torbiszcza z powodzeniem pomieszczą zarówno kiść bananów jak i paczkę tamponów. Zupełnie osobną kategorię stworzyłabym dla eksponatów z metką Alexander McQueen. Suknie odszyte w duchu couture wykonane (jako jedyne) z surowców imitujących worki na śmieci stanowiły przyjemną odskocznię po obejrzeniu dziesiątek kreacji, których funkcjonalność jak i innowacyjność postawiłabym pod sporym znakiem zapytania (bo któż choć raz w życiu nie pomyślał o tym, że wspomniane już wcześniej „jednorazówki” po odcięciu dna krojem do złudzenia przypominają koszulkę na ramiączkach (tezetwu tanktop).

Wystawę skomponowaną w równym stopniu intrygująco (repliki klubowej toalety „z epoki” oraz wnętrza pierwszego londyńskiego sklepu Vivienne Westwood) co irytująco (przypinanie łatki „punk” wszystkiemu, co błyśnie agrafką) obejrzeć można w nowojorskim Metropolitam Museum do 14-go sierpnia. Polecam gorąco, choćby dla odczucia na własnej skórze przedziwnego, schizofrenicznego zderzenia fascynacji anarchią z kompletnym zakazem fotografowania, dotykania lub choćby zbliżania się na odległość mniejszą niż (prawdopodobnie, bo trudno to zmierzyć) 3 stopy do eksponatów (przestrzeń dźwiękową wystawy wypełniają wypowiedzi/muzyka weteranów subkultury punk w równym stopniu co wyjące urządzenia alarmowe).

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *