Relację, żeby nie było nudno i monotematycznie, zaczniemy od tyłu.

Ostatni pokaz, jaki udało mi się obejrzeć, był to pokaz Jakuba Pieczarkowskiego.  Stylistyka kolekcji przywodzi na myśl amerykańskich gangsterów, z tym, że modele zamiast złotych łańcuchów, noszą plastikowe. Noszą też czapki z daszkiem, a na nich ćwieki. Sportowe bluzy wykończone złotą i srebrną lamą. Połyskujące spodnie z poliestru. Biel i złoto. Do tego czarne i złote frędzle, a nawet domieszka wzorów retro. Kolekcja jest mieszana, damsko-męska, w dużej części (tej sportowej) uniseksualna. Dziewczyny noszą też frędzle na bluzkach o kroju lekko zahaczającym o sportowy, przezroczyste bluzki i szerokie spódnice.

Jakub potrafi dokonać rzeczy bardzo trudnej. Zaprojektować kolekcję prawdziwie offową, prawdziwie odważną, prawdziwie nowatorską i prawdziwie awangardową – która prawdziwie nadaje się do noszenia. Przedstawił kilkanaście bardzo precyzyjnie opracowanych looków, a każdy dobrze – i awangardowo – prezentuje się w całości.  Ale – co równie ważne – każdy też może zostać rozebrany na części, i wszystkie te części dadzą się nosić  na codzień. I będzie to ubranie, a nie przebranie.

* * *

Przed Jakubem prezentowała się marka Herzlich Willkommen. Projektantki odrobiły lekcje i znakomicie wiedziały, że na topie są sztuczne i wzorzyste tkaniny, ale słabo wyszło wprowadzenie tego w życie. Lycra świetnie się nadaje na strój kąpielowy (zresztą Herzlich Willkommen zaprezentowało kilka naprawdę fantastycznych. Co prawda zarezerwowanych dla właścicielek figur idealnych, ale od kiedy to jest wyznacznik powodzenia w modzie). Lycra  ujdzie też w tłoku jako krótkie sportowe legginsy, ale spódnica z wzorzystej lycry to coś, co z całą pewnością powstać nie powinno. Odczucia co do pokazu mam więc ambiwalentne. To, co nie budziło ani zachwytu – zabawnie cięty strój kąpielowy, ani niesmaku – przesadnie opinająca pupę spódnica z lycry –  zasadniczo nie wzbudzało zainteresowania w ogóle.

 

* * *

Przejdźmy do soboty.

 
Obserwuję Off od samego początku jego istnienia (nie było mnie na Fashionweeku tylko raz). Przez kilka pierwszych sezonów głównym problemem Offu były kolekcje szyte fastrygą i upinane agrafkami. Modny był wtedy minimalizm i dekonstrukcja, co poniekąd usprawiedliwiało to,  o czym wszyscy wiedzieli, ale nikt nie mówił na głos –  że młodzi projektanci  zwyczajnie nie mają ekonomicznej niemożliwości odszycia kolekcji porządnie.  Krawcowe kosztują, szkoły też, były zresztą pod tym względem niedobory. Próbowano więc wmówić publiczności – i publiczność poniekąd się na to zgadzała – że koszula wyglądająca jak psu z gardła wyjęty worek od odkurzacza to taki polski Margiela. Teraz to z całą pewnością się zmieniło – diametralnie. Nie wiem, jak ci ludzie to robią, ale mimo recesji, mimo często młodego wieku, znajdują czas, energię, umiejętności i pieniądze, na dopracowanie każdego szczegółu. Szwy się już artystycznie nie prują, marynarki nie są po nowatorsku pozbawione podszewek, dziurki na guziki nie są już w imię minimalizmu pozostawione nieobrębione. Kolekcje mają coraz więcej sylwetek, co drugi projektant projektuje też buty, biżuterię, dodatki dopasowane do kolekcji. Pod tym względem polska młoda moda uczyniła olbrzymi krok na przód (większość offowych projektantów się w międzyczasie wymieniła, dlatego mówię o rozwoju mody, a nie projektantów). Ale że trudno być jednocześnie wizjonerem i rzemieślnikiem, niemal żadnej z tych kolekcji nie nazwałabym już nowatorską. Być może tak właśnie być musi. Być może jest to sposób na utrzymanie się na rynku. Seledynowa marynarka autorstwa Oli Bajer to nie odkrycie Ameryki, ale nieźle zrobiona i „trochę inna” ma szanse się sprzedać – dzięki odwrotowi coraz liczniejszej klienteli od sieciówek.

 

* * *

 

 
Ale Off jako Off bardziej chyba spełniał swoją offową definicję offowości, kiedy prezentował worki od odkurzacza. Co jest offowego w czarnym płaszczu w czerwone róże, autorstwa prezentującej się w piątek Aleksandry Chaberek? Marynarkę z niemal identycznej tkaniny (choć w listki) akurat zbiegiem okoliczności miałam na sobie. Wyjęłam z szafy mamy – mama mówi „staroć”, metka mówi „H&M” (szkoda, że nie podaje daty. Postuluję: na metkach powinny być daty). Choć przyznać muszę, stroje pani Chaberek przypadają do gustu i mają szanse zapewnić sobie stałą i wierną klientelę.

 

* * *

 


Wracając do pokazów sobotnich – Ewert nadal mnie nie rusza. Farbowane na różowo i niebiesko proste spodnie i marynarki są w moim odczuciu infantylne. Ogólnie kolekcja składa się ze zwykłych ubrań pobrudzonych farbą, z dodatkiem biżuterii z zajęć ZPT.

 

* * *

 


Postęp moim zdaniem zrobiła Magdalena Kubalańca, która zaproponowała ciekawe, ale nie wydumane, sukienki i płaszcze z lnu oraz – najsłabszy moment kolekcji – spodenki i kurtki z (chyba?) marnej jakości sztucznej skóry (choć może to jakiś rasowy nowoczesny poliester jest.  Zapytałam projektantkę o to, jakich tkanin użyła, ale nie uzyskałam odpowiedzi). Buty również były ciekawe, czarne sportowe buty z tkaniny, otoczone lnianym (chyba?) sznurkiem. Nie polecam ich jednak na deszcz. Czapki dziane ze sznurka splotem o olbrzymich oczkach również na niewiele się zdadzą w niepogodę, ale stanowią bardzo ciekawy dodatek.

 

* * *

 


IMA MAD – no cóż. Czerwień to ładny kolor. Jednak użycie tylko jednego odcienia czerwieni w całej kolekcji grozi skutkiem, że widz zapamięta z pokazu tylko kolor. Ubrania zlały się w jedno. Nie pamiętam form, i kształtów. Patrzę na zdjęcia, i nawet na zdjęciach nie widzę tych form i kształtów. Zapamiętałam tylko toporne antykobiece papucie, ale to nie był mocny akcent kolekcji. Da się to rozebrać na porządnie odszyte stroje typu ”basic”, ready-to-wear, idealne do jednego z coraz liczniejszych sklepów internetowych, ale moda wybiegowa to moim zdaniem nie jest.

 

* * *

 


Sobotę uratowała Paulina Plizga, kolekcją będącą kontynuacją i rozwinięciem poprzedniej. Wykonywane niezwykle pracochłonną metodą tkaniny użyte zostały do stworzenia eleganckich sukienek, spódnic, tunik i bluzek (były też dwa looki męskie). Projektantka powiedziała mi, że jej celem jest wyjście, przynajmniej częściowo, poza nurt awangardowy, w którym działa od  kilkunastu lat. Zaproponowanie publiczności ubrań „dla każdego” (choć nie na każdą okazję – moim zdaniem są na to stanowczo zbyt eleganckie) Plizga traktuje jako rodzaj nowego wyzwania. Fryzury do pokazu, autorstwa Jagi Hupało, dodawały elegancji i paryskiego szyku, który przełamany został za pomocą dwunastu porcji frytek. Pragnę z tego miejsca zapewnić, że frytki zostały przez modelki i modeli pożarte w całości, co do ostatniego zimnego kawałka zwęglonego ziemniaka, co zadaje kłam teorii o modelkach żywiących się podczas fashionweeków wacikami.

 

* * *

 
Na koniec jeszcze dwa słowa o piątku. Faworytem dnia była dla mnie Monika Błotnicka. Trochę dlatego, że jedwabie. Trochę dlatego, że wielkie metalowe klamry wcale nie obciążają nadmiernie jedwabnego szyfonu. Nie tylko kontrastują, ale i świetnie pasują. Trochę dlatego, że warstwy. Kolekcja ma mnóstwo elementów, mnóstwo warstw, koszulek, narzut, bluzek, i wszystko do wszystkiego pasuje. Trochę dlatego, że te delikatne, wzorzyste szyfony okazały się świetnie sprawdzać w krojach sportowych, czyniąc kolekcję i niepowtarzalną, i uniwersalną. Kolekcja jest ewidentnie letnia, ale projektantka przewidziała, że w polskie lato przyda się bluza, a i sztuczne futro na tej bluzie nie zaszkodzi. Kolory – pastelowe, wzory – zwierzęce. Więc pod tym względem może nie jest to modowe proroctwo, ale twardo stąpająca po ziemi teraźniejszość.

 

* * *

O Oldze Mieloszyk nie da się powiedzieć ani niczego dobrego, ani niczego złego. Porządne – na oko – ubrania, zgodne ze współczesnymi trendami, które jednak nie zapadają w pamięć, przynajmniej moją, i nieszczególnie się wyróżniają.

 

* * *

 

 
To, co nie było na Offie banalne, było często zbyt udziwnione. „Udziwnione” to najlepsze słowo oddające kolekcję Michaliny Polk. Geometryczne wzory, wielkie pufy na ramionach, kanciate marynarki o ostrych krawędziach, biel i czerń. Kolekcja z całą pewnością fotogeniczna i projektantka może liczyć na wysyp propozycji współpracy z maxmodels, ale było to moim – i nie tylko moim – zdaniem, ćwiczenie szkolne, a nie moda. Przez fascynację czarno-białymi wzorami geometrycznymi przechodzi niemal każdy, zwykle między 16 a 22 rokiem życia. Ale widzę tu potencjał. Jeśli projektantka chce robić modę, a nie kostiumy do filmów Burtona (te filmy już zresztą nakręcił), musi trochę wrócić do rzeczywistości, co jak mniemam nastąpi z wiekiem.

 

* * *

 

 Czy to jednak znaczy, że z Offem jest źle? Nie, jest coraz lepiej. W tym sezonie nie było już ani jednej pomyłki absolutnej, które jak dotąd zdarzały się regularnie. Wszyscy offowi projektanci zasłużyli na to miano, wszyscy dobrze rokują. Oczywiście należałoby się tu zastanowić nad nazwą i formułą fashionweekowej ”małej sceny” – po odejściu Maldorora, co ona ma nadal z offowości? Jakuba Pieczarkowskiego i Paulinę Plizgę. Trochę mało, jak na cztery dni pokazów.

Niczym ziejąca czarna dziura, drugi raz z rzędu daje się odczuć brak Sylwi Rochali, jednej z najstarszych, najbardziej stabilnych i najlepiej rokujących marek polskiej ”młodej mody”. Jej kolekcja – połączenie dzianin i PCV – , sądząc po tym, co mogliśmy zobaczyć w showroomie, błyszczałaby na tle prezentowanej miałkości.

Czytelnik musi mi wybaczyć brak relacji z czwartku, gdzyż ze względów zawodowo-zdrowotno-logistycznych (próbował ktoś kiedyś dojechać do Łodzi PKP z północy Polski?) nie dotarłam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *