Spisane z pamięci – relacja z 9. edycji FashionPhilosopy FWP

Powiem szczerze – trudno było mi wybrać formułę  tej relacji. Uczestnicząc z religijnym niemal oddaniem w trzech dniach pokazów (obejrzałam 27 z 30 pokazów zaprezentowanych od czwartku do soboty) i będąc jednocześnie osobą zupełnie niezdolną do sporządzania notatek w trakcie pokazów (piszę jak kura pazurem, w związku z czym odręczne zapiski stanowią po kilku dniach jedynie ciąg niezrozumiałych nawet dla mnie znaków), zmuszona jestem do potraktowania tematu wrażeniowo, odsyłając jednocześnie wszystkich żądnych opisu najdrobniejszych detali do niezawodnego, który w pocie czoła opisał precyzyjne każdą z kolekcji.

Po pierwsze więc przyznam się do pewnej ułomności. Otóż, niestety, najlepiej zapamiętuję niedociągnięcia, szczególnie te konstrukcyjne. Na przykład z całkiem przyzwoitej, komercyjnej, (adresowanej, zdaje się, do zapalonych uczestników życia klubowego  w ośrodkach miejskich średniego rozmiaru) kolekcji Kamila Sobczyka zapamiętałam najbardziej nieudane kroje marynarek, którym w ramiona wszyto zdecydowanie niedopasowane rozmiarem “poduchy”, co powodowało zapadanie się rękawów. Z równie przyzwoitej (choć wyglądającej na “inspirowaną” asortymentem sieciówek) kolekcji marki Malgrau w pamięć zapadł mi źle skrojony karczek czarnej sukienki bez rękawów, która z założenia miała być dopasowana, natomiast odstawała od ciała modelki tuż nad biustem oferując podgląd całkiem sporego kawałka przypadkowej nagości. Z kolei z prezentacji marki Label 2 otwierającej pokazy Alei (mimo że sprawiała pewną radość próbami eksperymentowania na poziomie kreowania sylwetki) nie potrafię zapomnieć potwornie nieudolnie skonstruowanego topu typu bustier (występującego w komplecie z przykrótkim sweterkiem w kolorze pudrowego różu), który to zamiast podążać za naturalną krzywizną kobiecej klatki piersiowej wyginał się w najmniej oczekiwanych kierunkach. Podczas trzech dni pokazów naoglądałam się całego wachlarza błędów konstrukcyjnych: rozchylających się rozporków (to znowu K. Sobczyk), zbyt wysoko podkrojonych spodni z wchodzącym między pośladki ciężkim metalowym zamkiem błyskawicznym (LE GIA). I tak dalej. Podobne wpadki mogłabym wymieniać w nieskończoność.

Kolejną bolączką wielu kolekcji była mierna (lub skandaliczna) jakość wykorzystanych surowców i wybór chybionych wykończeń. O ile zdaję sobie sprawę z ubóstwa rynku tkanin w Polsce oraz ich wysokich cen, o tyle wybór wykończeń jest już kwestią zależną wyłącznie od projektanta. Neopren (surowiec niezwykle często wykorzystywany w kolekcjach tego sezonu, najczęściej pośledniej jakości, zdatny raczej na wypełnienia mebli tapicerowanych niż choćby kombinezony nurkowe) wykończony jedynie stebnówką “utopioną” w materiale wygląda po prostu tanio i niedorzecznie (zdecydowanym przodownikiem w tej dziedzinie była marka Label 2, choć duet Sowik Matyga nie pozostawał daleko w tyle). Podobnie sprawa ma się z innymi surowcami syntetycznymi, które niezmiernie trudno zaprasować (choć wydaje się, że prasowanie szwów, rąbków czy mankietów w ogóle nie zaprząta głów sporej części naszych młodych zdolnych). Umiłowanie ściegu overlock jako widocznego wykończenia nie tylko dzianinowych podkoszulków i bluz, ale również marynarek, kurtek, właściwie wszystkiego, to również epidemia. Nie ma powodu by wymieniać tu jakiekolwiek marki, bo winni są niemal wszyscy. Szczytem szczytów jednak, jeżeli idzie o metody wykończenia (lub raczej jego kompletnego braku) było użycie trzynitkowego ściegu overlock (takiego bez stębnowania, czyli ściegu trzymającego dwa kawałki materiału w tak zwanej kupie) do “zszycia” kilku modeli w kolekcji Odio & Jakub Pieczarkowski. Kolekcja ta zresztą z kilku względów zasługuje na osobne omówienie, ale to za chwilę.

Coraz bardziej niejasne stają się dla mnie wymogi rekrutacyjne Alei Projektantów. Właściwie patrząc na wybieg przez te kilka dni można by dojść do wniosku, że jedynym twardym wymogiem jest ilość sylwetek niemniejsza niż 18. Ustawienie w harmonogramie pokazów po sąsiedzku świetnie skrojonej i odszytej, innowacyjnej męskiej kolekcji Joanny Startek oraz krawieckiego gniota o dużej sile rażenia nadrukiem autorstwa duetu Odio & Jakub Pieczarkowski to najgłośniej bodaj słyszalny dysonans.

Było też kilka kolekcji, które chciałabym obdarzyć czymś więcej niż zdawkową wzmianką na liście błędów i uchybień:

Kędziorek i Marta Wachholz-Biczuja to projektantki, które uratowały mnie od kompletnej rozpaczy w dniu pierwszym pokazów. Przede wszystkim jakością surowców (batyst i bawełna koszulowa to może i żadne luksusy, lata świetlne dzielą je jednak od wszystkich pianek technicznych, nylonowych siatek i innych cerat), wykonania i przemyślaną konstrukcją kolekcji. Jakkolwiek dziwne może wydawać się to naszym rodzimym znawcom – doceniam wysiłek dążenia do czystości formy i unikania widocznej gołym okiem taniochy.

LE GIA to marka o zaawansowanym rozdwojeniu jaźni. Prasowy katalog sugeruje, że kolekcja (o dość pokracznym tytule “Celebruj swoje życie”) inspirowana jest Japonią, na dobry wieczór dostajemy jednak pochód krewnych i znajomych hrabiego Draculi w wysokich kryzach, kolorystyce ziemisto-krwistej, obleczony w połyskujące ponuro satyny, powiewające syrenimi ogonami (czy chodzi o to, byśmy cieszyli się życiem póki nam go nie odessano? ). Wszystko tylko po to by w pewnym momencie przejść bez ostrzeżenia do serii ołówkowych spódnic, legginsów i bluzek o kroju T-shirt, wszystkich niemających nic wspólnego z Japonią, wszystkich wykonanych z krzykliwego, syntetycznego materiału obhaftowanego (sic!) tekstem w języku japońskim (mamy nadzieję, bo nie znamy tego języka) o treści (podobno, bo wiemy przecież jak to bywało z tatuażami ) “celebruj swoje życie”. Wszystko wykonane “złotą” nitką, ze “skromnym” dodatkiem logo marki w charakterze przecinka. Kolejnym japońskim akcentem jest wyjście modelki w przeskalowanej peruce gejszy i ogromnym czarnym płaszczu mającym, zdaje się, przywoływać na myśl kimono (sama nie potrafię się jednak opędzić od skojarzeń wampirycznych), po to tylko by przy końcu wybiegu wykonać deliryczny taniec w kierunku fotografów. Tak. To wszystko zdarzyło się na pokazie marki, która w notce prasowej ogłasza się “odpowiedzią na zapotrzebowanie kobiet biznesu na niepowtarzalne, eleganckie stroje zarówno do pracy, jak i na spotkania prywatne”. Nic dodać, nic ująć.

Joanna Startek ze swoją kolekcją UN-REAL sprawiła, że na moment pożałowałam bycia kobietą (ograniczy to bowiem możliwości zakupowe do modeli wyglądających ok. w “za dużych” rozmiarach). W tym sezonie mężczyzna Startek odmłodniał, chyba nawet wrócił do szkoły, choć trochę się z tym kryje (teczki z książkami udają fragmenty kurtek, bywa, że schowane są pod połą płaszcza). Czy rozpędzam się zanadto dopatrując się genezy tej kolekcji w omawianym ostatnio do znudzenia “syndromie millenialsa”? Un-real bez kredytu, mieszkania, stałego zatrudnienia za to w fajnej kurtce z papieru Tyvek (z wypełnionym kołnierzem!)? Tak czy inaczej – jest to jedna z niewielu kolekcji mających szanse u kupców międzynarodowych, przyzwyczajonych do jakości oferowanej na głównych rynkach mody.

Jak już wspomniałam, sąsiadem Startek w harmonogramie pokazów Alei był duet twórczy Odio & Jakub Pieczarkowski z kolekcją Rat Salad. Absolutny fenomen. Kolekcja składająca się z modeli o najprostszych z możliwych krojach (t-shirty o różnych długościach, często pocięte pionowo i splecione na nowo, kurtki w stylu robotniczym, legginsy, proste bluzy dresowe i luźne spodnie o podobnym charakterze, trochę upcyklingu: koszule, krótkie dresowe spodenki) pokryta fantastycznymi, ręcznie nakładanymi sitodrukami w bieli&czerni oraz “wszystkim co się świeci”. Prezentacja miała najciekawszą w Alei Projektantów choreografię, opatrzona była świetnymi stylizacjami (genialne kolczyki zawieszone na podpiętych, cienkich warkoczykach), w niezbyt jasnym oświetleniu cieszyła oko swoim rozmachem. W bezpośrednim kontakcie za to rozpadała się palcach i niezbyt przyjemnie pachniała, niemniej – sprzedawała się jak ciepłe bułeczki (modele z kolekcji można było kupić na stoisku projektantów tuż po pokazie w cenach wymyślanych na poczekaniu). Przedziwnym wydaje się fakt, że tak fatalna na poziomie kroju i odszycia kolekcja została zakwalifikowana na duży wybieg. Osobiście widzę przyszłość tego duetu w projektowaniu tkanin (są w tym nieźli, złota łuska pokrywająca wzór moro – majstersztyk! ), bo o projektowaniu ubioru musieliby się jeszcze wiele nauczyć a oboje zdają się być raczej too cool for school.

AGA POU, której nigdy nie brakowało odwagi, choć kilka sezonów wstecz brakowało jeszcze warsztatu (pamiętam świetnie swoje przerażenie wywołane kolekcją SS 2011), pokazała kolekcję inspirowaną dychotomią natury i technologii w życiu współczesnego człowieka. Nowoczesne, czasami wręcz futurystyczne formy ubrań wykonane zostały wyłącznie z naturalnych surowców. Lniane, pobłyszczane żakardy i laminowana bawełna wystąpiły w towarzystwie juty (tak, to ten materiał, z którego wykonywało się worki na ziemniaki zanim berło pierwszeństwa przejął w tej branży tańszy w produkcji nylon). Oglądając pokaz miałam nadzieję, że tkaninę jutową poddano jakiemuś nowoczesnemu procesowi zmiękczania (bo brak podszewki w niektórych modelach był widoczny gołym okiem). Niestety, testy dotykowe wypadły niepomyślnie. Wygląda na to, że żeby być eko z Agą Pou trzeba się będzie sporo nacierpieć.

Monika PTASZEK pojawiła się ze swoją kolekcją inspirowaną (bardzo dosłownie zresztą) stylem surfingowym dokładnie w momencie, w którym wszystko we mnie krzyczało “nie chcę zobaczyć już ani jednego faceta, który zapomniał zdjąć kalesonów zanim założył bermudy!” oraz “bardzo chciałabym żeby w polskich hurtowniach zabrakło pianki nurkowej!”. No i masz ci los. Wszystko to, plus wzór polinezyjskiej maski Tiki i równie polinezyjskich kwiatostanów w bonusie, w jakiś sposób miało nas przekonać, że znajdujemy się “w niebezpiecznej Dolinie Sonomy” w Kalifornii, znacznie bardziej znanej z zacnych winnic niż z surfingu zresztą. Projektantka musi mieć w #Cali jakichś #przyjaciół, którzy wcisnęli jej niezły kit.

Potem nastąpiło kilka prezentacji, o których jako wrażeniowiec mam niewiele do powiedzenia poza tym, że były: niespójnym festiwalem sukien wieczorowych wykonanych z brzydkich tkanin (Grzegorz Kasperski), porządnie wykonaną z luksusowych materiałów “modą festiwalową” (Natasha Pavluchenko), pokazem mody przeznaczonej dla żon bogatych przedsiębiorców, które w życiu nie muszą robić absolutnie nic poza siedzeniem w fotelach u manikiurzystek i wyglądaniem powabnie (Eva Minge), “modą festiwalową” odszytą z nie do końca luksusowych tkanin (Natalia Jaroszewska). Na pokazy marek Łukasz Jemioł Basic i Mohito nie dotarłam.

Michał Szulc pokazał kolekcję, której pierwszą część (oddzieloną zresztą wyraźną cezurą) określiłabym jako dość chaotyczne surowcowo i konstrukcyjnie “Szulca bycie Szulcem”. Są tu i maziaje w kolorze morza i proste zestawy bluzek o kroju T ze spódnicami o kroju A, a także szereg innych, znanych z poprzednich kolekcji projektanta sygnaturowych modeli. Jak zwykle też najsłabszymi momentami okazują się modele dopasowane do ciała (dziana, czarna sukienka z dużym, lejącym kołnierzem bardzo nie służy specyficznej figurze ping g30 driver modelki, ołówkowe spódnice wędrują w górę ud przy każdym kroku). Po cezurze natomiast dostajemy bardzo spójną, udaną kolekcję zbudowaną na bazie dwustronnego (?) tłoczonego materiału o konotacjach obiciowych, T-shirtów z nadrukiem zdjęcia antycznej rzeźby (Zeus? Posejdon?) z zamaskowanymi czarnym paskiem ( na modłę tanich pisemek sensacyjnych) oczami z dodatkiem odrobiny metalicznie barwionej skóry. Czarno-biały płaszcz z koła ściągnięty w pasie szarfą jest w tej kolekcji bodaj najbardziej nieszulcowskim elementem a w hallu namiotu, tuż po pokazie mnóstwo pań po prostu “chciało go mieć”.

Kolektyw NENUKKO w swojej jubileuszowej kolekcji “Quit” rozwiewa nasze ostatnie wątpliwości (jeżeli w ogóle jeszcze takie miewamy) na temat kondycji współczesnego świata/mody/mentalności. W ramach tradycyjnie dla tej marki sportowej konwencji (na gumkach od majtek, nadrukach na koszulkach i bluzach) otrzymujemy silne komunikaty “quit”, “the last unicorn is gone” & “cash only”. Brawurowe stylizacje fryzur autorstwa Jagi Hupało w połączeniu akcesoriami takimi jak bandany i okulary słoneczne na łańcuszkach (dyndających pod szyją w charakterze biżuterii) przywodzą na myśl “gangsterską” modę uliczną czarnych dzielnic Nowego Jorku (Harlemu, Bronxu), w których rzeczywiście trudno o jednorożce, wielu ich mieszkańców dawno już się poddało a w licznych przybytkach handlowych nie posiadających odpowiednich licencji towar można zakupić wyłącznie za gotówkę. Niby sportowo i kolorowo a jednak w jakiś przedziwny sposób wzruszająco.

MMC STUDIO zabrało widownię pokazu na rokendrolowy koncert (na żywo) z gatunku tych, na które obsesyjnie uczęszczałam jeszcze jakieś 10 lat temu. Z pewnym zdziwieniem muszę zauważyć, że również fasony strojów zaproponowanych na sezon SS2014 przez markę MMC dość mocno przypominają te noszone przez mnie na wyżej wspomniane koncerty we wczesnych latach 2000 (długie i krótsze plisowane spódnice, dziane sukienko-swetry ze ściągaczową mini i luźną górą). Jedynie surowce zaprezentowane w kolekcji są zaskakujące, ale to przecież specjalność projektantów tej marki. Trawiasto-zielona lureksowa dzianina i opalizująca, plisowana tkanina w kolorze dojrzałej pomarańczy (jedwab?) to unowocześnione wersje tkanin popularnych w latach 70tych. Tajemnicze “teflonowe wełny” to być może szara tkanina przypominająca do złudzenia flizelinę wykorzystywaną jako usztywnienie w krawiectwie ciężkim, ale kto to wie, kolekcja nie została oddana do “macania” prasie a za kulisy pokazów Alei w tym sezonie było wyjątkowo trudno się dostać.

Kolekcje Dawida Tomaszewskiego  stoją niezmiennie na najwyższym międzynarodowym poziomie i w niczym nie ustępują propozycjom największych tuzów świata mody. Jest w nich zawsze dużo powietrza, są synonimem luksusu jako stylu życia. Kolekcja “Lithium” zaprezentowana gościnnie w ramach 9. edycji FashionPhilosophy Fashion Week Poland to standardowo już festiwal zapierających dech w piersiach tkanin, ręcznie wykonanych zdobień (ogromny wzór złożony z maleńkich, czarnych koralików zdobiący parę luźnych jedwabnych spodni wykonany został na Bali, być może metalowe płytki zdobiące parę bardzo przylegających do ciała nogawek przytwierdzone zostały tam przez nawet bardziej egzotyczną parę rąk) i krojów schlebiających niemal każdej sylwetce. Motywem przewodnim kolekcji został tym razem splot wiklinowej ramy wiekowego fotela, nieco przypominający strukturę molekularną litu. Wzór został wielokrotnie przeskalowany (od maleńkich splotów gęsto drukowanych na jedwabiu użytym w sukniach maxi, po gigantyczny, pojedynczy egzemplarz naszyty na ramieniu jednej z bluzek, poprzez średniej wielkości zwielokrotnienia wykonane z koralików czy metalowych płytek). Kolekcji towarzyszą metalowe dodatki: paski i sporych rozmiarów bransolety obejmujące najwyższy przegub kciuka. Cud, miód i #niestaćmnienato.

Program Off Out Of Schedule nie zawiódł  (choć był niezwykle krótki i chyba nie pocieszył się nadmierną uwagą zagranicznych mediów ze względu na sporą odległość dzielącą sale pokazowe) i pokazał kilka nieźle przemyślanych, kapsułowych kolekcji, których braki materiałowe wynagradzane były z nawiązką pomysłowością i starannością wykonania. Oczywistym jest, że łatwiej zapanować nad mniejszą ilością sylwetek. Łatwiej też sfinansować materiały i odszycie (ciekawa jestem ilu projektantów sceny Off odszyło kolekcje własnoręcznie), niemniej – kolekcje Offu po raz kolejny okazały się znacznie ciekawsze (statystycznie) od Alei Projektantów. Pokazywane w bardzo przyjemnym środowisku nowo powstałej przestrzeni wystawienniczej ASP umożliwiającej znacznie ciekawsze rozwiązania choreograficzne były, statystycznie rzecz ujmując, “lepszą połówką” imprezy.

Kolekcja MOMI-KO “Welcome to the Cat’s house” to rozrzedzona dawka stylu Harajuku (nie będę ściemniać – nie unoszę tematu), zapewne rezultat wizyty u jakiejś amerykańskiej Kaśki zamieszkującej w Tokyo 😉 Najlepsze w kolekcji luźno dziane przędze występujące w charakterze spódnic i sukienek powstały (podobno) na tradycyjnym krośnie. W charakterze dodatków pojawiły się również breloczki/zawieszki w formie kotów i ryb.

Paulina Matuszelańska pokazała jedną z ulubionych przeze mnie kolekcji tej edycji FWP. Trudna ( choć nie nieładna, jak to próbował sugerować jeden z kolegów po fachu) kolorystyka, niezwykle proste, bezpretensjonalne kroje (czasami zaburzające sylwetkę odrobiną dobrze wykorzystanego neoprenu, często polegające na pracochłonnym dopasowywaniu do siebie patchworkowych tkanin), wszystko to przypominało mi sposób ubierania się niehipsterskiego odsetka Brooklynczyków zamieszkujących dzielnicę DUMBO (być może głównie ze względu na stylizacje, niemniej, coś jest na rzeczy). Paulino, mam nadzieję, że będzie mnie wkrótce stać na twoje projekty i że się w nie zmieszczę.

Kolekcja Kas Kryst była tak intensywnie wyczekiwana, że właściwie skazana była na powodowanie rozczarowań. Zdolna młoda projektantka (przeobszerna kurtka własnego projektu, którą projektantka osłaniała się przed światem zewnętrznym przez cały okres trwania FWP nieustannie powodowała u mnie kiełkującą zazdrość) na fali sukcesu poprzedniego sezonu nieco popłynęła, pociągnęła zbyt wiele srok za ogon, ale na pewno nie można powiedzieć o jej kolekcji, że była nudna. Było w niej wszystko: lateks, cerata, skóry naturalne, szydełkowanie, lycra, brokat, neopren i być może o czymś jeszcze zapomniałam. Był #kosmos.

Moje uwielbienie dla kolekcji Moniki Błotnickiej osłabło nieznacznie, kiedy miałam okazję zapoznać się z nią dotykowo. Połączenia niektórych surowców postawiły (w moich oczach) pod znakiem zapytania wiedzę materiałoznawczą projektantki o naprawdę dużej wyobraźni. Kolekcja fantastycznie rozmaitych sylwetek, wszystkich zgodnie przywołujących na myśl wodę, od deszczu po wycieczkę jachtem ( a także lata 80., kiedy to byłam dzieckiem obnoszącym bardzo podobne do zaprezentowanych przez Błotnicką bluzki z napami i jednym rękawkiem dłuższym od drugiego) o tęczowej kolorystyce, wielofunkcyjna (możliwość odpinania i dopinania długości spódnic, spodni i kurtek)– mogła sprzedać się nawet międzynarodowo, gdyby nie została dość drastycznie niedoinwestowana na gruncie surowcowym. Kudos dla pomysłowości należy się tu jednak bezdyskusyjnie.

Kubalańca — kłopotliwy temat. Niestety nie dotarłam na pokaz i widziałam projekty wyłącznie na wieszakach. Podobno pokaz był porywający (mimo minimalistycznego charakteru projektów). To co udało mi się zobaczyć popokazowo było bardzo dobrze odszytą z niezłych materiałów kolekcją ubrań, w której każda kobieta (no, może poza Macademian Girl) znajdzie coś dla siebie. Prosto, porządnie, nowocześnie ale i z przytupem w postaci żółwika (niestety, dobrego zdjęcia tkaniny zdobnej w żółwiki nie było w materiałach prasowych).

 Jankowska&Tomaszewski pokazali kolekcję bardzo skromną ilościowo, jakość konceptu za to nie była najgorsza. Kolekcja, którą osobiście zatytułowałabym “padadeszczy ale nicto” obrazowała bardzo przekonująco młodych ludzi wychodzących na nieśpieszny letni spacer w deszczu, zarówno tych przezornych&ubezpieczonych, w płaszczach przeciwdeszczowych jak i tych zmokniętych (sylwetka męska w koszuli z laminowanej, brązowej bawełny (chyba) o mokrej aparycji). W bonusie dostajemy jeszcze przyjemne w obejściu, ale nieprzefilozofowane rysunki Jean’a Cocteau.

Herzlich Willkommen – młoda, ale dobrze znająca zasady działania rynku marka zaadoptowała motyw przemodnej kratki na własny sposób – razem z kratką DIY weszła do wody ( bo to kolekcja mocno plażowa). I tak właśnie powstał bardzo udany nadruk, wykorzystany w wielu sportowo-plażowych stylizacjach. Nadrukiem tym kolekcja HW stoi. Smacznie, zdrowo, śniadaniowo.

IMA MAD to zespół z którym długo nie było mi po drodze. Pretensjonalność (w połączeniu z bardzo kiepską egzekucją) wczesnych kolekcji Ima Mad niemal całowicie odcinała mi możliwość porozumienia z duchem tej marki. Po ostatniej prezentacji pozostało mi mnóstwo emocji, mieszanych pewnie dlatego że autoki kolekcji chciały w moich uczuciach zamieszać. Najpierw sensorycznie, kadzidłem. Potem instynktownie, przy pomocy przebiegających przez wybieg dzieci. Na sam koniec zdecydowały się zadziałać estetycznie. Kolekcja obudowana wokół plastycznych opisów konfliktu, przemocy, nieporozumienia w wykonaniu dzieci  w wieku 5-7 lat opisuje w zasadzie rzeczywistość uniwersalną, wszystkich nas ukrywających się przed odpowiedzialnością/karą za coś, czego w zasadzie wcale nie zrobiliśmy, zrobiło się samo, niezależnie od nas, bo tak niewiele kontroli mamy nad własnym życiem.

Powiedzmy to krótko i zwięźle – kolekcja “I’ve prayed for rain but I’ve got bitter tears”  (nie całkiem to po angielsku ale niech będzie, podobno oryginał) to jedyna prawdziwie artystyczna kolekcja w tej edycji FWP. #sercesielamie

Więcej nie powiem bo nie wiem, w niedzielne południe słuchałam już niezwykle interesujących wykładów w poznańskim Starym Browarze, w ramach Art&Fashion Festival. Ale o tym innym razem.

Więcej tekstów autorki znajdziecie także na jej autorskim blogu – Arystokreacja.

Źródło zdjęć: 9. FashionPhilosophy Fashion Week Poland, fot. Lukasz Szelag/Moda Forte

10 komentarzy

  • Zawiedziony napisał(a):

    Oj, bardzo słaby ten artykuł!
    Niestety poziom dziennikarstwa, kolokwialny, niekiedy wręcz bardzo ubogi i uliczny język, lekkość potraktowania tematu, duży jak na jeden tekst poziom przypuszczeń (nie popartych najwyraźniej wiedzą), oraz pewnego rodzaju beztroska – jak to autorka sama przyznała „piszę jak kura pazurem, w związku z czym odręczne zapiski stanowią po kilku dniach jedynie ciąg niezrozumiałych nawet dla mnie znaków” – świadczą również o małym poziomie profesjonalizmu. Trochę wstyd, że taki tekst pojawia się na łamach tego szanowanego portalu. Najlepsze czego autor dokonał, to odesłał na wstępie do artykułów Tobiasza Kujawy z Freestyle Vouging, który o kilka, jak nie kilkanaście długości wyprzedza autorkę w swoim rzemiośle.

  • sowik matyga napisał(a):

    W naszej kolekcji nie zostala wykorzystana pianka neoprenowa, pozdrawiamy

    • j.o.b napisał(a):

      z czego zatem wykonana jest błękitna bluza z długim rękawem? również pozdrawiam.

      • j.o.b napisał(a):

        przy czym, musze przyznać, ten fragment tekstu padł również ofiarą mojego skrótu myślowego, ponieważ akurat nie błękitna bluza odznaczała się najgorszym wykończeniem. szczególnie zabolały mnie akurat w przypadku tego pokazu mankiety bluzy z ceratowymi, pikowanymi rękawami oraz przykrótkie bluzeczki. panie wybaczą.

        • sowik matyga napisał(a):

          Bluza została wykonana z tkaniny technicznej poliestrowej.
          Długość bluzek jest wynikiem naszego zamiaru projektowego. Możemy również obiecać,że wykończenia rękawów (mankietów tam nie było) były staranne, rzeczą gustu jest sprawa czy były trafione. Niemniej dziękujemy za wszystkie uwagi. Pozdrawiamy serdecznie

        • sowik matyga napisał(a):

          Bluza została wykonana z tkaniny technicznej poliestrowej.
          Długość bluzek jest wynikiem naszego zamiaru projektowego. Możemy również obiecać,że wykończenia rękawów (mankietów tam nie było) były staranne. Rzeczą gustu jest sprawa czy były trafione. Niemniej dziękujemy za wszystkie uwagi. Pozdrawiamy serdecznie

          • j.o.b napisał(a):

            ano, czyli dla odmiany coś nie dla nurkow a dla strażaków tym razem. dla mnie szczerze mówiąc jeden pies, i tak się tego nie da nosić o ile nie skacze sie akurat do wody lub w ogień. co do wykończeń, ustalmy raz i po wszystkie czasy — wykańczanie stębnówką w odległości większej niż 1/4 cm od brzegu tkaniny ( niezbędne jedynie w przypadku tkanin przezroczystych) wygląda zawsze tanio. nie kwestionuję wyboru długości bluzek tylko wykończenie brzegów i wybór tkanin. głęboko wierzę, że dopóki te dwie rzeczy nie ulegną zmianie w polskiej modzie autorskiej, dopóki nie polepszy sie jakość tkanin i wykończeń — polska moda nie ma najmniejszych szans na rynku międzynarodowym, dla kupców z zagranicy musi być nawet dośc zabawne oglądanie tego wszystkiego, bez względu na to, jak bardzo kolekcje są pomysłowe.

          • sowik matyga napisał(a):

            Dziękujemy za wszelkie uwagi. Konstruktywna krytyka jest dla nas cenna. Jesteśmy w trakcie studiów i ciągle się uczymy.Nie mamy jeszcze wiedzy co względem kupców wygląda tanio a co nie. Będziemy zgłębiać temat wykończeń

  • boatcity beast napisał(a):

    strasznie ciężko się czyta te wszystkie nawiasy, dygresje i osobiste „szeptane na ucho” opinie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *