System naczyń połączonych

Szósta edycja polskiego tygodnia mody w Łodzi zakończona. Po raz pierwszy była to edycja, w której uczestniczyłam w sposób niemalże luksusowy – razem z moją przyjaciółką i jednocześnie zastępcą w Ultra siedziałyśmy sobie na wyznaczonych miejscach, w pierwszym rzędzie (za co dziękuję organizatorom). To wpłynęło na odbiór kolekcji, które przewijały się przed naszymi nosami – było lepiej widać materiały, ich ruch, całość sylwetki. Nie trzeba było biegać, aby wcisnąć się na jakiekolwiek miejsce, albo siedzieć na schodach. I cóż z tego… Z bliska widać lepiej, zwłaszcza słabe tkaniny i złe kroje. I tak też było w kilku przypadkach.

Pokazy offowe były zazwyczaj naładowane energią i niemalże wydarzeniem towarzyskim – każdy musiał na nich być. Podczas tej edycji oczywiście sala nie świeciła pustkami, ale jednak poziom pokazów odbiegał mocno od tego, do którego zdążyłam się przyzwyczaić. Czwartek na offie przyniósł mi w gruncie rzeczy rozczarowanie. Pierwsza kolekcja zaprezentowana podczas OFF Out Of Schedule to ubrania marki UDA-a. Nie UDAło się – zarzucenie wystrzępionego materiału na modela uprzednio wyciąwszy w tej materii trzy dziury – na głowę i ręce – to nie jest krawiectwo. A uniseks to nie jest ubieranie mężczyzn w spódnice. Patrząc na modeli, straszną stylizację zastanawiałam się, jak coś takiego przepuściła rada programowa.  Następnie zobaczyliśmy kolekcję Moniki Gromadzińskiej – przyzwoite ciuchy dla nastolatek – dobrze odszyte (świetne wysokie dżinsy), ale trochę dziecinne. Następne pokazy też nie zachwycały – mart.adamiec pokazała sukienki dla topielic, całkowicie poza sezonem jesienno-zimowym, Ola Bajer całkiem dobrą modę streetwearową, choć osobiście nie widzę celu, aby takie ubrania prezentować na pokazach, a marka Ima Mad ubrania i stylizacje, których nie zrozumiałam. Na szczęście była też kolekcja Joanny Startek i jej świetne męskie płaszcze – fajne kolory (wielbłądzi, khaki), cieniowany nadruk ogromnej kurzej stopki, ładne detale. Nie chcę się zbytnio rozpisywać, bo ma być to jedynie refleksja na temat tej edycji – każdą kolekcję szczegółowo opiszemy w „Subiektywnym przeglądzie kolekcji polskiego tygodnia mody”.

Ale wracając do tematu – OFF w gruncie rzeczy już do soboty zbytnio mnie nie zaskoczył i nie przyprawił o dreszcz przyjemności obcowania z czymś wyjątkowym.  Z piątkowych kolekcji jedynie Jakub Pieczarkowski pokazał kolekcję utrzymaną w duchu awangardy, nie zapomniał o sezonie i do tego jeszcze miał ten pokaz bardzo dobrze wystylizowany. Anna Dudzińska pokazała fajne czepce i jej swetry byłyby nawet warte uwagi, gdyby nie fatalna jakość „wełny” z której były zrobione (nie mam pewności, czy rzeczywiście to była naturalna wełna czy też akryl). A Alexis& Pony – krążownik szos, na którym modele wjechali na wybieg był super. Szkoda, że tę kolekcję widziałam już w 2010 roku na Fashion’erze. Sobota okazała się najmocniejszym dniem Offu – Paulina Plizga pokazała obłędne żakiety, Gregor Gonsior przepiękne buty, a Maldoror środkowy palec mówiąc „Pokazu nie będzie” i prezentując swoją kolekcję statycznie (modele stali pod ścianą, a przed nimi kłębił się rozgorączkowany tłum próbujący zrozumieć, co się właśnie wydarzyło).

Na Alei Projektantów kilka razy czułam się wyjątkowo szczęśliwa – podczas pokazu kolekcji Michała Szulca, Piotra Drzała, Bereniki Czarnoty, Ptaszek for Men czy MMC Studio. To były świetne kolekcje. Michał Szulc pokazał na wybiegu świetne tkaniny i kroje, ukryte szwy – po pokazie dosłownie rzuciliśmy się na backstage, aby wszystkiego dotknąć. Totalne szaleństwo – ale tak to bywa z groupies. Podobała mi się także kolekcja Nenukko, choć odniosłam wrażenie, że jest w niej mniej Nenukko niż zwykle, ale za to pod względem komercyjnym kolekcja jest zwrócona do szerszego grona odbiorców. Przyzwoite kolekcje pokazały Wiola Wołczyńska (tu nie ma zaskoczenia, projektantka utrzymuje równy poziom, używa dobrych tkanin i stosuje przyjemną dla oka kolorystykę), Łucja Wojtala (wzorzyste dzianiny projektuje sama i choć nie przepadam za wełnianymi spodniami, to jednak trzeba przyznać, że trzyma się to wszystko kupy) i Ewelina Klimczak (choć było w tym trochę ze starszych kolekcji Szulca czy MMC – zwłaszcza jeśli chodzi o ogólny kształt poszczególnych sylwetek czy jakiś nieuchwytny klimat całości kolekcji). Były kolekcje, które nie wywołały we mnie żadnych emocji (jak Tomaotomo czy Moniki Błażusiak). Były też kolekcje, na których wspomnienie pojawiają się w mojej głowie pytania” po co” i „dlaczego”. Jarosława Juźwina nie uratowała urocza Ramona Rey jako wokalna atrakcja pokazu, takiego radosnego dziewiarstwa nikt raczej na Aleję Projektantów wpuszczać nie powinien. Tak samo było z Grome Design – czas na pióra używane jako wykończenie szwów czy aplikacja na sukience stanowczo już minął. Bizuu pokazało kolekcję dla porcelanowych lalek, które czasami chyba się przewracają i potrzebują do sukienek w komplecie ochraniaczy  na kolana (kuriozalny dodatek).  Największym zaskoczeniem była dla mnie Viola Śpiechowicz, która zapomniała o sezonie – zaprezentowała nam kolekcje sukienek letnich w rozmydlonych różach, inkrustowaną kryształkami Swarovskiego – nie jestem tego w stanie zrozumieć. O kilku projektantach nic nie napiszę, bo będzie na to miejsce w ultrowym specjalnym numerze.  A tak mogłabym jeszcze pisać i pisać, a i tak każdej kolekcji  wyczerpująco nie opiszę.

Nie mogę nie wspomnieć o pokazach, których mi zabrakło. Na alei napięcie zawsze rosło z pokazu na pokaz. Teraz tego napięcia zabrakło. Zabrakło Bohoboco, Zuo Corp, duetu Paprocki&Brzozowski, Łukasza Jemioła, Agnieszki Maciejak (choćby miała pokazać znów jedynie swoje legginsy) czy wreszcie Dawida Tomaszewskiego. Nie chcę analizować, dlaczego tak się stało – nie siedzę w środku całego wydarzenia, z wieloma projektantami nie znam się zbyt dobrze (choć oczywiście z tymi, których znam na ten temat rozmawiałam – ale to prywatne rozmowy, więc nie jest to miejsce, aby o tym pisać). Ale układ projektant – fashion week to system naczyń połączonych. Pokazy uznanych projektantów  czy marek to większy prestiż dla wydarzenia. Dlatego mam szczerą nadzieję, że podczas październikowej edycji zobaczymy pokazy tych, których teraz zabrakło. Nawet jeśli wcześniej pokazali swoje kolekcje w Warszawie. Bo jeśli stanie się tak, że będzie to wydarzenie jedynie dla debiutantów i kilku wiernych projektantów, to w naturalny sposób łódzki tydzień mody  stanie się raczej Festiwalem Modowym. A myślę, że nikt tego nie chce – każdemu w branży powinno zależeć na rozwoju całego biznesu modowego,  a jego częścią powinien być fashion week. Żal by było, aby tyle pracy poszło w przysłowiowy kosmos.

Na zdjęciach od gór: po lewej UDA-a, następnie Monika Gromadzińska, pod spodem Ima Mad. Dalej dwa zdjęcia z kolekcji Joanny Startek, oraz triumfujący Michał Szulc.

Zdjęcia: Przemysław Stoppa / Fashion Week Poland

9 komentarzy

  • Villk napisał(a):

    Dobra rzeczowa relacja. Dzięki Ewa.

  • anka napisał(a):

    proponuję zarzuty skierować w stronę rady programowej out of schedule w składzie: Sławek Blaszewski – stylista, Krzysztof Grabań – wydawca magazynu HIRO Free, Janusz Noniewicz – dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego magazynu KMAG, kierownik Katedry Mody na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, Marcin Różyc – dziennikarz, szef działu mody magazynu Exklusiv, Bernard Saczuk – dyrektor artystyczny OFF Out of Schedule, Robert Serek – stylista, dziennikarz, redaktor naczelny magazynu Vice
    to przecież oni wybierają projektantów i ich kolekcje, wiedzą jakie są inspiracje, widzą zdjęcia, a chyba znają się na modzie czy nie?

  • Ewa Kosz napisał(a):

    Rada programowa wybiera kolekcje na podstawie rysunkow i zdjec kilku sylwetek (tyle przynajmniej mi wiadomo). jest to w takim wypadku trochę loteria. a to, że kolekcje zakwalifikowały w większości uznane osoby w świecie mody (jak Janusz Noniewicz czy Marcin Różyc) nie usprawiedliwia projektantów – to oni powinni zadbać o szczegóły wykończenia, o całość kolekcji. To oni muszą się postarać. I niektórzy się starają. A niektórzy nie.

    • Chris napisał(a):

      Ale sezonowość danej kolekcji już da się zweryfikować na etapie rysunków i kilku zdjęć sylwetek. Prawda leży trochę pośrodku. Bo nie czarujmy się, były kolekcje, które nijak były zimowe.

      • ewakosz napisał(a):

        dokładnie. być może sezonowości nie traktuje się dogmatycznie przy wyborze kolekcji na offy. ale z drugiej strony były też przynajmniej dwie kolekcje letnie na alei. Tak czy tak (i odnosząc się ciągle do tego, co napisała Anka) rada programowa przesiewa i według mnie możemy się zastanawiać dlaczego coś przepuścili (choć jak wiemy, głosuje się na kolekcje, więc może nie wszyscy zawsze byli na tak), a z drugiej strony to projektant jest kowalem własnego wizerunku i tego, co chce pokazać odbiorcom.

        • Julia napisał(a):

          Jak dla mnie weryfikacja do pokazów powinna się odbywać na podstawie gotowego produktu (wiadomo, że czasami nie wychodzi tak samo, jak na rysunku). Nie zgodzę się z opinią, że niektórzy projektanci się starają, a niektórzy nie. Jest to trochę krytykowanie na siłę. Każdy stara się najlepiej, jak potrafi, przy czym efekt końcowy wychodzi, jak wychodzi. Projektant też człowiek i na błędach się uczy 🙂

  • Norbert napisał(a):

    W życiu bym nie założył tego co maja panowie na zdjęciach…

  • nostradamus napisał(a):

    Ile ludzi tyle opinii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *