W poszukiwaniu Izabeli Blow

Na dniach wybieram się na targi mody w Poznaniu. Z doświadczenia wiem, że wystawiają się tam głównie przedstawiciele handlowi różnych odzieżowych marek zagranicznych, producenci nici, guzików, maszyn do szycia, prasowanek na ubranka niemowlęce, kurtek, czapek, szalików, wszelkiego sortu firmy odzieżowe oraz Donna Karan (?!). O tej porze zwykle zaczynam mozolne googlowanie uczestników. Doszłam do „F”. Czasem pierwszych dziesięć wyników (nawet po dopisaniu do nazwy firmy słowa „odzież”) dotyczy pomp hydraulicznych i/lub kserokopiarek, i wtedy uznaję, że dowiedziałam się o danej marce wszystkiego, co chciałam wiedzieć. Częściej jednak natykam się na porządne, od lat  funkcjonujące firmy odzieżowe lub producentów dodatków. A po głowie w kółko kołacze mi się dyskusja nad sensem i formą istnienia polskiego tygodnia mody w Łodzi. Już tłumaczę, co to ma ze sobą wspólnego.

Dyskusja, która rozgorzała na blogu Michała Zaczyńskiego, osiągnęła zadziwiająco wysoki, jak na internet, poziom (pojedyncze posty o treści „fashion week ssie pałę” spotkał milczący ostracyzm), a jej przebieg daje się streścić następująco:

1. Malkontenci oskarżyli Organizatorów o to, że Fashion Week nie staje na wysokości zadania, między innymi (pozostałe zarzuty były natury personalnej i uznaniowej) nie zapewnia kupców, kontrahentów, producentów, i ogólnie rzecz biorąc – zbytu, prezentującym się Projektantom.

2. Organizatorzy odpowiedzieli Malkontentom, że z pustego i Salomon nie naleje, więc trudno zainteresować detalistów projektantem, który odszywa kolekcję w pojedynczych sztukach i nie jest w stanie dostarczyć pełnej rozmiarówki, nie wspominając o „ilościach handlowych”.

3. Projektanci odpowiedzieli Organizatorom, że rynek w Polsce chłonie mikroskopijne ilości designerskich ubrań, w związku z tym nie odszyją „ilości handlowych” tak długo, jak długo nie wydadzą się bogato za mąż, bo nikt przy zdrowych zmysłach (prócz ukochanego, o ile można uznać, że miłość nas przy zmysłach pozostawia)  nie sfinansuje inwestycji z tak nikłą szansą zwrotu.

4. Organizatorzy odpowiedzieli Projektantom, że mogliby nieco wpłynąć na ten stan rzeczy, gdyby się wzięli porządnie za swój PR, marketing, biznesplan, określili grupę docelową i ogólnie zainwestowali w agenta.

5. Projektanci odpowiedzieli Organizatorom, że najlepszy biznesplan nie stworzy klienta z powietrza, że klient zwyczajnie nie istnieje, w każdym razie, nie w „ilościach handlowych”. A na marginesie mówiąc, w Polsce Agenci Mody też de facto nie istnieją.

6. Agenci Mody, jako że nie istnieją, nie odpowiedzieli nic.

Mniej więcej w połowie dyskusji Organizatorzy mogli przestać się bronić, a atakujący sami doszli do wniosku, że w polskich warunkach Fashion Week nie tyle odpowiada na potrzeby rynku, co je mozolnie kreuje, więc czepianie się braku kupców jest zasadniczo wyrzutem, że zbyt wolno czyni się cuda. W tym przypadku to podaż usiłuje wykreować popyt. Organizatorzy twierdzą, że nawet im się to udaje.

Faktycznie, zauważyłam już dawno, że zainteresowanie modą wzrasta w sposób drastyczny. Kiedy jechałam na drugą edycję Tygodnia Mody, czytałam w pociągu Newsweeka, w którym najbliższe tematu mody było zdjęcie żyrandola z tamponów opatrzone stu wyrazowym komentarzem. Teraz artykuły Michała Zaczyńskiego o fashion weekach zajmują po dwie strony, a „poważne” pisma polityczno-społeczne traktują modę jak element kultury na równi z książką czy kinem.  Nie wiem, czy pan Zaczyński zgodziłby się z ryzykowną tezą, że rozwój kariery zawodowej zawdzięcza istnieniu Fashionphilosophy Fashion Week Poland. Trzeba by spytać. Ale wiem, że cztery lata temu concept story, w których znajomi projektanci umieszczali ciuchy, padały szybciej, niż tamci je odszywali, telewizja nie mówiła o modzie nic, Anją Rubik pies z kulawą nogą się nie interesował, a ja obliczyłam, że projektantów żyjących z projektowania jest w Polsce  dokładnie tylu, ilu jest polskich astronautów. Nawet, jeśli Fashion Week nie stworzył „mody na modę”, to pompuje w nią tlen, i zdaje się, że ludzie mody spostrzegli, że wypadałoby przestać podcinać gałąź, na której się siedzi (albo z której, w najlepszym razie, skorzystali pnąc się wyżej).

Pomijając więc kwestię domniemanej winy, pozwolę sobie zdefiniować istotę problemu: polski projektant nie potrafi przeskoczyć z etapu szycia pojedynczych egzemplarzy za pomocą własnej babki lub atelier z trzema krawcowymi, do etapu produkcji (przez co rozumiem odszycie pełnej rozmiarówki dostępnej na przykład w 5 sklepach w Polsce i kilku za granicą). Dlaczego? wypowiadająca się anonimowo projektantka (choć mam wrażenie, że od dłuższego czasu znam ją osobiście), wyliczyła dość przekonująco, że nikogo na to nie stać. Z tym, że wcale nie musi być stać – należałoby wszak zakontraktować kontrahenta. I to, w praktyce, z jakiegoś powodu okazuje się być niemożliwe.

***

Piszę tu o dwóch wydarzeniach. Targi Mody w Poznaniu, Tydzień Mody w Łodzi. Te imprezy dzieli absolutnie wszystko – forma, kształt, grupa docelowa, charakter wystawców. Łączy je jedno: Obie reklamują się jako „największe wydarzenie modowe w kraju”. Jedni i drudzy zdają się do tego stopnia nie dostrzegać „konkurenta”, że nikomu nawet nie chce się marnować atramentu na polemikę. Istnieją każdy sobie, i choć można wszak obiektywnie stwierdzić, że są to DWIE największe imprezy modowe w kraju, to, na evencie A nie ma żadnego wystawcy z eventu B i odwrotnie. Będąc kilkukrotnie na obu, nie zauważyłam jednej znajomej twarzy. Krótko mówiąc: Poznań jest olewany przez fashionistów, Łódź jest olewana przez producentów (mimo, że jest tradycyjnym zagłębiem produkcji włókienniczej. Nie zdziwiłabym się, gdyby zakłady produkcji odzieżowej z Łodzi jeździły podpisywać kontrakty do Poznania). Bo choć w Poznaniu nie ma blogerek i chłopców z modnym loczkiem, piór w tyłkach i darmowego Martini, różowych psów i diamentowych smartfonów, Diane Pernet i innych dementorów, to Poznań ma to COŚ, o co chodzi w całej dyskusji o formę i sens istnienia fashion weeku: ma producentów. Wychodzi na to, że kiedy Łódź projektuje, Poznań produkuje. Produkuje lepiej lub gorzej. Produkuje dla szerokich mas, dla butików z serii „Modna Ewa” i „U Hani”, ubrania proste, łatwe w odbiorze, cofnięte należycie o 4 do 6 sezonów (przezabawne jest to, z jaką pieczołowitością, mimo wszystko, chronią swoje wzory jako tajemnice handlowe), tak, by przypadkiem pracownica zakładu fryzjerskiego w Zduńskiej Woli nie uznała ich za zbyt ekstrawaganckie. Ale produkuje. W pełnej rozmiarówce, w ilościach handlowych, i wcale nie musiał w tym celu wychodzić za mąż. Zastanawiam się, nieśmiało, czy nie dałoby się jakoś tych dwóch miast pożenić?

Dlaczego, firma, dajmy na to, „Beatrix”, o której nikt nie słyszał, mogła zebrać kapitał początkowy wystarczający do wyprodukowania kolekcji w pełnej rozmiarówce, założenia trzech własnych sklepów i zaopatrzenia kolejnych piętnastu, a grupa projektantów, dajmy na to Grzybowski & Pieczarski ma z tym o niebo większy problem? Mogę zrozumieć, że inwestor krzywo patrzy na młodego zdolnego projektanta, który właśnie skończył MSKPU i założył markę o nazwie SMD, co się rozwija na „Suck My Dick”, ale lwia część ekipy określonej w pierwszym akapicie jako frakcja Malkontentów, udowodniła już swoją wartość i spokojnie mogłaby przejść z etapu szycia sampli do etapu produkcji masowej, gdyby chciała.

Dlaczego tak się nie dzieje?

Być może rację ma Joanna Beckwith (przyp. red. jedna z redaktorek Ultra), która przypomniała mi, że firma odzieżowa typu pierwszego ma o niebo większy zbyt, niż pozostałe. Wszak Beatrycza sprzedaje sukienki fryzjerkom w Zduńskiej Woli,  Grzybowscy celebrytkom, a Młody – chłopcom z loczkiem (wyszło na to, że w Zduńskiej woli jest więcej fryzjerek, niż chłopców z loczkiem w całej Warszawie, ale wiadomo, o co chodzi.) Być może to brak rynku odstrasza inwestorów. Ale jest też czynnik, który wspomniana anonimowa projektantka nazwała „parciem na bycie singlem”. Bo czy Młody zrezygnuje z pomysłu na zostanie nowym Galliano, by pracować w firmie Aldona? Tym razem to prawdziwa firma, jedna z pierwszych na liście wystawców w Poznaniu. Googluję, jak wspomniałam, alfabetycznie.

***

Mój znajomy projektant szkła nie mógł zrozumieć, na czym polega omawiany tu problem. „Jeśli – tłumaczył – wystawiam się na targach z kieliszkiem, przychodzi przedstawiciel handlowy i zamawia ich u mnie tysiąc, to ja podpisuję z nim umowę, biorę kredyt w banku, dzwonię po hutach w całej Europie, wybieram najlepszą, powiedzmy w Rumunii, i robię. A kredyt spłacam dzięki podpisanej uprzednio umowie. Więc w czym rzecz?” No właśnie. Czemu projektant sukienki nie może zrobić tego samego?

Mówiąc szczerze, sama do końca nie wiem. Ale pozwalam sobie mieć zdanie. Po pierwsze, projektant nie ma zdolności kredytowej (m. in. dlatego, że jako artysta nie splami się pracą na etacie), po drugie, kieliszków kupuje się po sześć, ubrań – po jednej sztuce. Tysiąc sztuk designerskiego ciucha to na polski rynek za dużo. Dałoby się zaspokoić na rok dwadzieścia concept storów, a każdy z tych concept storów reklamuje się jako kolporter dóbr unikatowych. Po trzecie, dzisiejszy projektant chce mieć własną markę, własne nazwisko, nie planuje sprzedawać wzoru firmie produkcyjnej, która mogłaby upchnąć po sklepach te ciuchy w liczbie tysiąca, czy nawet dwóch, ale ze swoją metką. Nie! On czeka na inwestora, który sfinansuje JEGO kolekcję, a nie kupi od niego projekt.

W każdej innej dziedzinie wzornictwa, projektanta definiuje się jako twórcę wzoru, który zostaje sprzedany firmie, która następnie wdroży go do produkcji (moi znajomi projektanci przemysłowi bardzo lubią słowo „wdrożenie”. Bardziej niż słowo „inwestor”). Tylko projektant mody uważa, że jego przeznaczeniem jest działanie w pojedynkę, zostanie nowym McQueenem. Krótko mówiąc, zamiast zatrudnić się w firmie produkującej odzież lub wymyślić i sprzedać 30 wzorów (choćby po to, by nabyć tę nieszczęsną zdolność kredytową), polski Młody Zdolny czeka, aż mu z nieba spadnie Izabela Blow.

Nie nauczam projektowania. Nauczam historii (sztuki i kultury). Ale nauczam jej studentów projektowania. Często z nimi rozmawiam. Osobiście, prywatnie, jestem załamana nieporadnością najzdolniejszych z nich i złudzeniami tych najmniej zdolnych. Ponieważ jednak nauczam od niecałych 3 lat, i to w jednej tylko uczelni wyższej, nie miałam dotąd odwagi generalizować. Ale ostatnio pochłonęłam jednym haustem blog Hanny Gajos, i ucieszyłam się wielce, kiedy odkryłam, że doszła do dokładnie tych samych wniosków co ja:

„Średnio co piąty uczeń deklaruje chęć zostania projektantem mody. (…) Jeden z nich, zapytany przez doradcę zawodowego, skąd taki pomysł, odpowiedział moda to moja pasja, a w ogóle to lepiej robić w twórczości niż wytwórczości. Przyciśnięty do muru, nie umiał wskazać różnicy między showbiznesem a showroomem, jednak oba pojęcia kojarzyły mu się z rozrywką, a więc miło.

Przekonanie o tym, iż projektant to zajęcie lekkie, łatwe i przyjemne, utrwalają przekazy medialne, (…)Oglądając migawki z pokazów, słuchając minoderyjnych opowieści o pasji ubierania lalek od niemowlęctwa, łatwo uwierzyć w to, że życie projektanta mody to rewie, bankiety i szum pawich piór. Co prawda, od czasu do czasu dociera do nas informacja, że jakiś mistrz „koloru i kroju” trafił na odwyk, przedawkował lub popełnił samobójstwo na tydzień przed pokazem, ale kandydaci na kreatorów za mało jeszcze wiedzą, by wiązać to ze stresem. (…)

Zwłaszcza że, aby zostać studentem jednej z licznych szkół sprzedającej marzenia i utwierdzającej słuchaczy w przekonaniu, iż do tworzenia mody wystarcza pasja, nie trzeba mieć talentu. Trzeba natomiast mieć pieniądze na czesne. I tak, co roku na rynek pracy trafia kilkuset pasjonatów, choć niekoniecznie zawodowców. Na stronach internetowych sami siebie kreują na kreatorów, stylistów i artystów. Pół biedy, jeśli ograniczą się do wymyślania artystycznych wizytówek. Gorzej, gdy najdzie ich chęć realizowania się w zawodzie projektanta w firmie odzieżowej. Z opowieści o tym, co przeżywają pracownicy wzorcowni, realizujący pomysły kreatora po przyspieszonej „akademii stylizacji”, można by stworzyć scenariusz serialu. I nie byłaby to komedia. Jednak winą za wzajemne rozczarowania − bo projektanci też mają swoje opowieści i anegdoty o właścicielach firm − nie można obarczać młodych ludzi. Raczej powszechny brak wiedzy o tym, czym jest zawód projektanta.”

Oraz:

„Młodzi ludzie aspirujący do zawodu „projektant mody”, pytani o powody takiego wyboru, często mówią: mam potrzebę wyrażenia siebie, zapominając o tym, że aby odnieść sukces trzeba raczej odpowiadać na oczekiwania innych i wyrażać potrzeby innych. Niestety, zbyt rzadko przypominają im o tym szkoły kształcące projektantów, które, akcentując w nazwach i programach, że moda to sztuka, zapominają, że moda to także, a właściwie przede wszystkim – biznes. A jeśli sztuka, to bardzo użytkowa, z krótkimi terminami ważności, co z kolei wymaga umiejętności śledczego rynku oraz interpretatora trendów społecznych i znawcy ekonomicznych. To oczekiwania bardzo duże wobec jednego młodego indywidualisty, który marzy przede wszystkim o premierze swojej kolekcji na wybiegu i sam w sobie tłumi pytanie co dalej?, bo szczera odpowiedź mogłaby zaboleć.”

Pani Gajos trafia w sedno.

Wraz z modą na modę narodziła się moda na bycie projektantem. Modę tę Fashion Week aktywnie wspiera, umożliwiając młodym ludziom, bez żadnego CV, bez żadnego portfolio, przedstawić za darmo kolekcję. To wspaniała szansa dla wielu poszczególnych projektantów, ale dla samego tygodnia mody – być może – zagrożenie. Bowiem przeszło połowa z tych projektantów, nawet jeśli ma talent i środki na odszycie kolekcji, nie ma samozaparcia, by wytrzymać w tym biznesie (inna sprawa, niektórzy mają samozaparcie bez talentu) i znikają równie nagle, jak się pojawili. Być może jest to moment, w którym łódzki fashion week strzela sobie w stopę. Jeśli bowiem rynek mody w Polsce jest tak marny, jak niektórzy twierdzą (z czym się zasadniczo zgadzam), to jest w stanie utrzymać przy życiu, powiedzmy, 15 do 20 projektantów. Wydaje mi się, że 4 lata temu mniej więcej tylu ich było, nie licząc oczywiście firm odzieżowych typu Aldona, bez ujmowania niczego Aldonie (osobiście uważam, że adresatem maili z CV, jakie rozsyłają niektórzy znani mi adepci, powinna być Aldona, nie Bernard*). Fashion Week w ramach kreowania popytu stworzył nadmiar podaży, i w tej chwili projektantów, w przeciwieństwie do astronautów, policzyć się już nie da. Sztucznie wytworzony tłok rykoszetem trafia w garstkę profesjonalistów, którzy o uwagę polskiego stylisty i dziennikarza z często wciąż  nieukształtowanym gustem i niewyrobionym zdaniem, walczyć muszą z dziećmi szyjącymi ubrania fastrygą i przerabiającymi gotowe podkoszulki. Ludzie, którzy sporo dzięki Tygodniowi Mody zyskali, teraz dystansują się do niego, by zaznaczyć swą odrębność od chmary sztucznie utrzymywanych przy życiu bądź efemerycznych marek. Być może lada moment stworzy się nam grupa projektantów istniejących tylko i wyłącznie w przestrzeni łódzkich pokazów mody, która w żaden sposób nie mieści się w rynku, i która, po pierwsze, stanowić będzie wiecznie zasilaną nowymi rekrutami armię malkontentów, po drugie, rzuci cień na jakość polskiego tygodnia mody jako całości. Po trzecie, obniży zaufanie inwestorów do całej grupy zawodowej, jak bowiem do projektantów mają się przekonać inwestorzy, jeśli 1/3 istniejących na rynku projektantów wymienia się co roku?

***

– Czy ja mam szansę zostać uznanym projektantem? – pyta tak zwany Młody mojej przyjaciółki.

– Wiesz, szczerze, masz szansę nauczyć się rzemiosła, ale wizjonerem nie jesteś.

– Aha. – Chwila ciszy. – A nie da się ze mnie zrobić wizjonera?

Tym pesymistycznym akcentem… Dobranoc.

 

* człowiek odpowiedzialny za rekrutację młodych projektantów na Fashion Week  (nie mogłam się powstrzymać)

 

Tekst i zdjęcia: Martyna Nawrocka / www.muncia.blog.pl

18 komentarzy

  • ewa napisał(a):

    pozdrawiam-astronautka!

  • Jacek S. Kłak napisał(a):

    Moja schizofrenia zawodowa polega na tym, że jednego dnia jestem na Radzie Programowej do Fashion Week i ze zrozumieniem słucham argumentów przedstawicieli Rady a drugiego dnia na Zarządzie Związku Pracodawców Przemysłu Mody Lewiatan-gdzie w gronie dużego biznesu odzieżowego analizujemy zupełnie inne problemy :spadające kwalifikacje pracowników firm, spadającą jakość dostawców tkanin,szarą strefę,wskaźniki wzrostu lub spadku w oparciu o najnowsze dane GUS i opinie kolegów.Schizofrenia powoduje ,że nie jestem w pełni ani z jednego ani z drugiego klubu ale jak mało kto rozumiem problemy obu. Wchłonąłem ten tekst jak Księgę Objawienia. Pozdrawiam,gratuluję i dzięki.Jacek Kłak

  • BERNARD SACZUK napisał(a):

    ….trafne spostrzeżenia. Rzeczywiście poziom zgłoszeń jest fatalny. Zawsze powtarzam że jest to jedyne tak naprawdę kryterium oceny. Powinno być „wymuskane”. Na jakiej podstawie ma rada programowa ocenić kolekcję? Parę dni temu dostałem chyba zgłoszenie 🙂 pięć zdjęć z nagłówkiem „czy nie jest za późno”.
    Za późno na co? – zapytałem
    pzdr serdecznie
    Bernard Saczuk

  • ilona kanclerz napisał(a):

    witam,
    bez wrzasku i niepotrzebnych fleszy przez ostatnie 15 lat MTPpodczas promocji Future zainwestowały w ok 300 mlodych projektantów i zareczam Wam oni wiedza ,,jak by projektantem i przezyc,,
    błyszczący w mediach im słuzą ,sobie znacznie mniej,
    jesli nie chcesz byc gwiazdą jednego sezonu nie pchaj sie na okladki tylko rozwijaj sie i pracuj,zarabiaj pieniadze i inwestuj w siebie nie w celebrytów

    • Tomek napisał(a):

      Bardzo trafny komentarz pani Ilono. W zasadzie to nie jest problem fashion weeku, czy żadnej innej branży. Przez transformację i ostatnie 20 lat w Polsce wszystko wywróciło się do góry nogami. Młodzi (w łodzi) myślą, że przez 2 lata zarobią ja jacht, whisky i ananasy, że będą leżeć sobie na plaży albo jeździć drogimi samochodami i latać na weekend do LA. niestety brak im ambicji do ciężkiej żmudnej roboty. I nie mówię tutaj tylko o TEJ branży ,ale o pracy w ogóle. Demoralizują ich obrazy z tv gdzie piękni i bogaci upijają się na bankietach i myślą, że to TEN świat. niestety mimo, że jestem pasjonatem to musiałem zejść na ziemię i pracuje w branży zupełnie nie związanej z modą, ale staram się robić to co napisała pani Ilona pracuje, rozwijam się i nabieram doświadczenia. A niestety biznes jest biznesem i nie ważne czym się handluje zasada jest zawsze taka sama..

    • Martyna Nawrocka napisał(a):

      Być moze chcąc nadac tekstowi tak zwanej soczystosci za mocno pojechalam po targach poznanskich. Naprawde, mają znakomity poziom. Na poprzedniej edycji byłam bardzo mile zaskoczona jakością wykonania. Moze wiekszosc wzorow nie była szczególnie awangardowa ale co komu po awangardzie ktora rozsypuje sie na wieszaku. Poza tym, gdybym mogla sama chetnie zrobilabym w showroomie w poznaniu duze zakupy.

    • kwacz.ka napisał(a):

      szkoda Ilona, że to o czym napisałaś nie dotyczy zupełnie twojej osoby. Gdyż my ludzie z branży wiemy jaka z ciebie projektantka, jaki masz dorobek i że zależy ci jedynie na kasie i wykradaniu cudzych pomysłów.
      Zero pomysłów własnych i brak przyjaciół, gdyż wszystkich już przekręciłaś finansowo.

  • Kuba Chmielniak napisał(a):

    Żadna techniczna umiejętność i intuicja nie jest w stanie przedrzeć się ponad inne bez działania woli. A dzisiejsi młodzi ludzie – ci, o których jest ten artykuł, ale również ci, o których rozpisują się niezwiązane z modą portale: ogółem obywatele Starego Kontynentu – to istoty bezwolne, próżniacy, znudzeni, zepsuci przez rodziców, szkoły, kolegów, technologię i otoczenie, banda duchowych degeneratów, jednostki słabe i pełne bezpodstawnych roszczeń, pełne nie marzeń, lecz zazdrości, nie talentu lecz płaskich żądz, niegotowe na trudy i wysiłki, niezdolne do myślenia i stawiania czoła okolicznościom. W skrócie: jest fatalnie i lepiej nie będzie. I gdyby to jeszcze dotyczyło jedynie sfery mody.

  • michal zaczynski napisał(a):

    Słuszny artykuł. Słowem wyjaśnienia tylko: o łódzkim fashion weeku już od pierwszej edycji piszę w każdym Newsweeku na 4 strony. O modzie do Newsweeka pisałem często i na długo przed pojawieniem się tygodnia mody w Łodzi. Stałą pracę w mediach mam nieprzerwanie od 1999 roku, więc chyba jednak to nie FashionPhilosophy zawdzięczam swoją “karierę”. Ale ciekawe, że ktoś może tak myśleć. No i z pewnością fashion week mi pomaga.

  • Ewa Kosz napisał(a):

    Jedno jest pewne – i wiem, że w większości się Państwo ze mną zgodzicie. Branża „modowa” – to nie tylko projektanci czy rzemieślnicy – to także dziennikarze. I wszyscy musimy razem pracować u tzw. „podstaw”, aby ten biznes się rozkręcił. Oczywiście przychodzą momenty zwątpienia, pytania samego siebie, czy jest sens pisania o modzie, zwłaszcza gdy reprezentuje się niszowe i niezależne pismo, za którym nikt nie stoi i w gruncie rzeczy wiele osób ma „w tyle”. Ja osobiście ciągle znajduje w sobie pokłady dobrej woli i chęci zajmowania się tematem moda – także w swojej pracy zawodowej/zarobkowej (vide zeszłoroczny Kontener Mody na Pasażu Wiecha). I jak to rozmawiamy z kolegą z innego pisma o modzie – naszym psim obowiązkiem jest jechać na FW (nawet jeśli nie będzie tam Łukasza Jemioła, Paprockiego&Brzozowskiego, Bohoboco czy Zuo Corp.). I tak też uczynię w tym roku.

  • Lika napisał(a):

    Witam,
    po pierwsze gratuluję bardzo mądrego, wnikliwego, a przy tym zabawnego tekstu.

    Ja z kolei wypowiem się z perspektywy kogoś pracującego u projektanta, a właściwie projektantki. Jest to firma działająca już od prawie 10 lat na polskim rynku. Mimo ,iż nie jest mocno znana to znalazła sobie swoją niszę i potrafi wyprodukować pełne kolekcje do kilku butików. W tym roku mocno rozważaliśmy zgłoszenie się na FW. Z chęcią wyjaśnię z perspektywy małej pracowni mody, z autorskimi kolekcjami, co przeważyło o rezygnacji z tego pomysłu.

    Wyprodukowanie pełnej, nigdzie wcześniej nie pokazywanej kolekcji to dosyć spory koszt. Tak samo wykupienie miejsca w Showroomie. I w tym momencie, myślę ,że każdy rozsądnie myślący projektant powinien zadać sobie pytanie: wydać te pieniądze na „pokazanie się” czy za te same pieniądze wyprodukować pełną rozmiarówkę dotychczasowych (dobrze sprzedających się modeli) i/lub zamówić materiały na nowe modele, które potem można spróbować sprzedać z zyskiem. Jeśli kogoś stać na obie te opcje – to mamy sytuację idealną. Jednak w praktyce wygląda to różnie, a polski styl „zastaw się a postaw się” może tu być zgubny.

    ot, tyle moich przemyśleń na ten temat.

    Pozdrawiam,
    Lika

  • modologia napisał(a):

    Po pierwsze, bardzo dobry i wyważony tekst. Co do opinii na temat MTP też się zgadzam i również wybieram się na nnie w przyszłym tygodniu – tym samym zaprzeczając opinii, że w Poznaniu z blogosfery nikt nie pojawia się na targach 😉

    @Ewa Kosz: wydaje mi się, iż to, że projektanci/rzemieślnicy tworzą, a dziennikarze to później opisują to za mało – ktoś musi to wytworzone i opisane potem kupić, i to w tym miejscu są schody, które trzeba przede wszystkim pokonać.

  • BERNARD SACZUK napisał(a):

    Co do SHOW ROOM na FW to znacząca większość wystawiających się osób przynajmniej zarobiła na swoje stoiska a naprawdę wielu całkiem nieźle zarobiła. Znając realia pozwalamy na sprzedaż kolekcji aby właśnie te koszty nie stawały się ciężarem, choć wielu narzeka ze bazar, że powinno być ekskluzywnie….. Fashion Week stanowi przede wszystkim platformę komunikacji, jest gdzie zaprosić klientów (pozwolę się nie zgodzić z najnowszym artykułem Zaczyńskiego że niby wstyd. Byliśmy na show roomach choćby w Berlinie, nie odstajemy) ,ale trzeba wykazać własną inicjatywę. Na talerzu mamy tu wszystkie najważniejsze media, można podejść do stoiska ELLE i zagadać z „dziewczynami” które na co dzień są zapracowane i nie do uchwycenia.
    Można napić się wódki z innym dziennikarzem tudzież celebrytą. Jest sporo bogatych ludzi którzy nawet dla fanu zasponsorowali by nową kolekcję. Tylko działać:)))))

  • Tomasz Tybon napisał(a):

    Widzę pewne podobieństwa pomiędzy naszymi branżami. Trafny artykuł! Żywo zazdroszczę zgrabnego zebrania myśli 🙂

    Może mój pomysł nie rozwiąże wszystkich problemów, ale przeczytać i skomentować można http://blog.tybon.pl/2012/02/jak-polska-branza-fashion-moze-pomoc-sobie-sama/

  • kwaczka napisał(a):

    szkoda Ilona, że to o czym napisałaś nie dotyczy zupełnie twojej osoby. Gdyż my ludzie z branży wiemy jaka z ciebie projektantka, jaki masz dorobek i że zależy ci jedynie na kasie i wykradaniu cudzych pomysłów.
    Zero pomysłów własnych i brak przyjaciół, gdyż wszystkich już przekręciłaś finansowo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *