Węgrzy w Warszawie

Przyjechali na kilka dni, pokazali swoje dzieła i zniknęli. A szkoda, bo mogliby na stałe wpisać się w polską mapę mody. We współpracy z Węgierskim Instytutem Kultury węgierscy projektanci pod koniec maja zaprezentowali swoje prace na Mysiej 3 w Warszawie. Przywieźli ze sobą zarówno letnie kolekcje, które można było kupić w zorganizowanym na ten czas tymczasowym sklepie, jak i wzory ubrań jesiennych. Ale nie tylko o sklep tu chodziło, a wciągającą opowieść o kraju jednocześnie tak bliskim i tak dalekim.

Wszyscy wystartowali w podobnym czasie, mniej więcej w połowie poprzedniej dekady. Sami zdobywali doświadczenie, a uczyli się na własnych błędach. Bo na studiach można nauczyć się konstrukcji, kroju i szycia, ale z marketingiem mody już gorzej. Mieli szczęście, bo w pewnym momencie trafili na osoby, które zdecydowały się zainwestować w ich biznes. Zanim ten biznes upadł, co w ostatnich latach dość często zdarza się wśród młodych marek polskich. Eszter Aron, twórczyni marki Aeron miała do czynienia z przemysłem krawieckim i tekstylnym od dzieciństwa ze względów rodzinnych. Z pasji i trochę z rozpędu poszła na studia, a potem przez wiele lat pracowała  dla różnych firm odzieżowych. Mówi, że stworzenie własnej marki jest nie lada wyzwaniem, ale dzięki wiedzy zdobytej w innych miejscach znacznie łatwiej było zacząć. No i nie ma mowy o kompromisach, tworzy dokładnie tak jak chce. Sandra Sandor studiowała w London College of Fashion, a po dyplomie, choć perspektyw nie brakowało, postanowiła wrócić do Budapesztu i zaryzykować z własną marką. Tak powstała Nanushka. Najpierw niszowa, aktualnie dzięki wsparciu inwestorów, obecna w stu pięćdziesięciu multibrandowych sklepach na całym świecie. I oczywiście w budapesztańskim butiku flagowym. Use Unused zadebiutowali równo dziesięć lat temu. Im najszybciej udało się rozwinąć skrzydła, od 2008 roku dostępni są na rynku z trójki projektantów tworzących kolektyw, przyznaje, że klienci zwracają coraz większą uwagę na źródło pochodzenia produktu. Na pytanie, kto na Węgrzech ma chęć inwestowania w rodzime marki, wszyscy zgodnie odpowiadają: entuzjaści mody. Dzięki tym ludziom mogli przez kilka ostatnich lat mocno rozwinąć swoje firmy, a także stworzyć całe zespoły współpracowników. Choć znalezienie odpowiednio wykształconych i doświadczonych ludzi jest trudne. Mamy tu podobny problem co w Polsce. W dużym uproszczeniu: wszyscy chcą być wielkimi kreatorami, ale podwykonawcami (nawet reprezentującymi najwyższy poziom rzemiosła) już niekoniecznie. Przemysł tekstylny, technologia i sprzedaż mocno kuleją. Sandra Sandor mówi, że węgierskich tekstyliów praktycznie nie ma. Większość materiałów do swoich kolekcji sprowadza z Włoch. Eszter Aron surowce znajduje w Japonii. Próbują też odczarować widmo chińskiej produkcji. Fabryka fabryce nierówna, przypominając, że w Chinach powstaje większość kolekcji Alexandra Wanga czy Donny Karan. Choć wolałyby produkować wszystko w swoim kraju, nie narzekają, nie stoją w miejscu, tylko poszukują alternatywnych i jednocześnie etycznych rozwiązań. Od czterech lat na Węgrzech odbywa się konkurs dla projektantów, którego laureaci mogą wziąć udział w programie typu „inkubator”, nauczyć się podstaw wiedzy marketingowej, zarządzania marką, a także za pośrednictwem Design Institution Fashion Department znaleźć potencjalnego inwestora. Marki, które odwiedziły Warszawę, są świetnym przykładem na to, że warto wykładać pieniądze na modę. Podczas panelu dyskusyjnego Piotr Zachara zwrócił uwagę, że w Szwecji od lat istnieje instytucja pośrednicząca między rządem a artystami (nawet gdy rząd się zmienia, ta platforma zostaje). Według niego żaden polityk nie będzie się bawił w odgadywanie pragnień projektantów. I tego w Polsce bardzo brakuje. Nikt nie patrzy na modę jako element gospodarki. Polscy uczestnicy panelu jednogłośnie stwierdzili, że od dziesięciu lat nic się u nas w tej kwestii nie zmienia. Projektant jest zupełnie sam, często nawet zebranie zespołu graniczy z cudem. Niewiele też konkretnego planowania przyszłości. Węgierscy projektanci, aby zdobyć fundusze na kolejne kolekcje, muszą przedstawiać biznes plan na pięć kolejnych lat. Własna marka to nie tylko tworzenie, ale też otwarte oczy i uszy. Wszyscy zgodnie twierdzą, że trzeba szukać ludzi, dla których chce się tworzyć. Nie da się zaprojektować kolekcji, która będzie się podobać wszędzie i każdemu. Sandra Sandor dostaje informacje zwrotne ze sklepów w różnych punktach świata. Czasem jest naprawdę zdziwiona, że bestseller w jednym stanowi niewypał w innym. Własna wizja, owszem, stanowi podstawę, ale to reakcja na otoczenie gwarantuje sukces. Na reklamę wciąż za wcześnie, każda z marek woli wydać pieniądze na produkcję niż marketing, choć zdają sobie sprawę, że jedno bez drugiego nie ma racji bytu. Na razie pozostają media społecznościowe i wierni od lat klienci. Choć pełna zawiłości i trudnych momentów, to optymistyczna wizja mody lokalnej. Kto wie, może nowe pokolenie projektantów w Polsce dokona podobnego przewrotu?

Zdjęcia: materiał prasowy / Kolejno pierwszych 7 zdjęć to Use Unused, następne 8 to marka Nanushka i na końcu 7 zdjęć to Aeron. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *