Zaczarowany ołówek – wywiad z Anną Jankowską

Indie są dla mnie rzeczywistością alternatywną. Bramka na lotnisku to tak naprawdę portal czasoprzestrzenny – przechodzisz przez niego i bum, lądujesz w innym wymiarze, w którym kolory, smaki, zapachy i dźwięki działają zupełnie inaczej, niż byś się tego spodziewał. Nawet materia zdaje się działać inaczej. To skarbiec, z którego artysta może czerpać pełnymi garściami. A jednocześnie wygodny punkt obserwacyjny dla naszej własnej kultury.

O indyjskim przemyśle mody i tego, czego projektant może się w Indiach nauczyć, rozmawiałam z projektantką i orientalistką, Anią Jankowską.

 

Martyna Nawrocka: Co było dla Ciebie pierwsze – moda czy Indie?

Anna Jankowska: Indie. Nie mogę powiedzieć, że od dziecka chciałam zostać projektantką mody. Od zawsze bardziej interesował mnie ogólnie pojęty design, myśl zamknięta w przedmiocie i idea, projekt jako coś, co buduje rzeczywistość według tego, co jest nam potrzebne w danej chwili. Od młynka do kawy po potrzebę samoakceptacji. Najbardziej emocjonującą rzeczą w projektowaniu ubrań jest chyba świadomość bliskości myśli i jej fizycznego produktu, tego, że w zasadzie masz w ręku zaczarowany ołówek, co narysujesz – możesz zrobić. Idea materializuje się. Przez wiele lat zajmowałam się Indiami jako filolog i dopiero doktorat na innym obszarze, obszarze semiotycznych studiów nad kulturą poszerzył mój plac zabaw nad modą, zarówno od strony teoretycznej, jak i praktycznej. Przede wszystkim pokazał, że można te dwie sprawy ze sobą połączyć.

MN: Ubrania w Indiach są do tego stopnia różne od naszych, że właściwie nie da ich się tu nosić. Za pierwszym razem dałam się ponieść i kupiłam w Indiach trochę jaskrawo pomarańczowych rzeczy; uwielbiam pomarańczowy, a poza tym w Polsce akurat robił się modny. Niestety, po powrocie ku własnemu zaskoczeniu odkryłam, że po prostu nie da się ich założyć. Człowiek wyglądałby jak w kostiumie. W Indiach człowiek szybko się przestawia i zaczyna traktować je jak normę (i kupuje jeszcze więcej). Mimo to nie posunęłam się do noszenia sari, choć widziałam i takie turystki. Ale wydawałoby mi się to niestosowne. Nikt mi tego nie mówił, ale czuło się po prostu, że sari przynależy tylko Induskom, i to raczej zamężnym.

AJ: Rzeczywiście jest taka zasada, że ubierają je kobiety zamężne, choć są wyjątki. Sari jest też takim „statement dress”. Kiedyś rozmawiałam z dziewczyną mieszkającą od kilku lat w Delhi, która miała już grubo ponad 20 lat i muszę przyznać, że byłam bardzo zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że nigdy w życiu nie miała na sobie sari. Dodała też, trochę podekscytowana, że będzie chodzić w sari po ślubie. Dzieci chodzą raczej w kamizach, kurtach, a coraz częściej w strojach europejskich. Oczywiście ma to też pewnie jakieś ucieleśnione przyczyny kulturowe. Sari ma ustaloną szerokość i trudno byłoby w nim chodzić dzieciom.

MN: Sari jak wiadomo, odsłania brzuch. Do niedawna odsłaniał również piersi – ba, czytałam, że w pewnej wiosce konwertytki na chrześcijaństwo musiały wręcz walczyć o prawo do ich zasłaniania. Na prowincji kobiety, niezależnie od wieku i tuszy, niezależnie od okazji, w ogóle się nie krępują swoimi gołymi brzuszkami (za to kolana pokazują tylko wyzwolone młode dziewczyny w wielkich miastach). Z drugiej strony, działaczka polityczna Sonia Gandhi pępkiem jakoś nie świeci. Jej córka, Priyanka nawet jak już się pokazuje w sari, to ręce zawsze trzyma tak, żeby zasłonić brzuch. Myślisz, że coś tu jednak się zmienia pod wpływem kontaktu z Europą? Czy rodzina Sonii (która wszak jest Włoszką) jest wyjątkiem?

AJ: Wiesz, tu należałoby wyjść od koncepcji ciała. Ciało europejskie, kształtowane na drodze nawarstwień kulturowych, jest innym ciałem od ciała „indyjskiego”. Nagość nie była tematem tabu. Kiedy Brytyjczycy przybyli do Indii byli w szoku obserwując ludność plemienną, nazywali niektóre plemiona zwierzęcymi, ponieważ nie nosili oni ubrań. Oczywiście nie wszyscy chodzili nadzy, nie było to normą, ale zdarzały się i takie przypadki. Zresztą kobiety w Indiach przez długi czas chodziły w samym sari, bez „choli”, bluzki zasłaniającej piersi. Faktycznie, w niektórych regionach kobietom z niższych kast nie wolno było ubierać choli. Ten sartorialny przywilej był zarezerwowany tylko dla kobiet z wyższych kast. Do dziś kobiety z niektórych plemion chodzą z odkrytymi piersiami, czy raczej z nie do końca zakrytymi. Pamiętam swoje ogromne zdziwienie kiedy jadąc lokalnym autobusem do Partapuru po raz pierwszy widziałam kobietę pochodzącą z ludności plemiennej (co można poznać po stroju). Była piękna, ale jej choli, w zależności od natężenia tłumu w autobusie podróżowało po jej torsie zupełnie niezależnie od jej piersi. Czułam dyskomfort, bo wiem jak powszechnym zjawiskiem w Indiach jest gwałt, ale najwyraźniej jest to widok na tyle powszechny, że zapakowany mężczyznami autobus nie przejawiał jakiegoś większego zainteresowania. Wyobraź sobie taką sytuację w tramwaju w Krakowie, Wrocławiu…

MN: A z drugiej strony w tych samych Indiach widywałam kilkulatki w czadorach…

AJ: Indie kojarzą nam się z głęboką modestią i w zasadzie brzmi to paradoksalnie… bo np. na wsi widziałam kobiety, które chowały pod dupattą (chustką) twarze, a pod transparentnym materiałem widać było piersi. Ale to jest paradoksalne tylko dla nas i nie powinniśmy tego oceniać według norm naszej rzeczywistości, naszej kultury, bo tam panuje inna, nie lepsza, nie gorsza, po prostu inna. Podstawowym problemem jest tutaj poziom zero w naszych dyskusjach o ubiorze, modzie etc., czyli ciało. Ciało indyjskie nie jest tym, co ciało polskie i mówię tutaj o ciele biologicznym. Nigdy nie było aż tak nacechowane seksualnie. Obecnie jednak stało się seksualne. Dlatego Sonia Gandhi zakrywa ciało, dlatego kobiety w miastach zakrywają ciało, bo wchodzą w dialog z percepcją Innych w warunkach nowej rzeczywistości. Sonia Gandhi jest też politykiem, a do tego z pochodzenia Włoszką, natomiast sytuacja jej córki, Priyanki to jeszcze inna kwestia. No ale właśnie, wydaje mi się, że kluczem do rozmów o ubiorze w Indiach jest właśnie ciało.

MN: Kiedy wymieniam słowa „Indie” i „moda” w jednym zdaniu, naturalne skojarzenia rozmówcy to kolorowe tuniki i spodnie typu szarawary, okładki książek Pawlikowskiej i wegetariański namiot krisznowców. Jest to nie tylko bardzo ograniczona liczba motywów, ale też budzą bardzo konkretne skojarzenia kulturowe. Widywałam naprawdę fascynujące, piękne stroje, ale nie przyszłoby mi do głowy, że można się na nich wzorować się na nich w projektowaniu mody. Wydają się zbyt jednoznaczne.

AJ: Mnie bardziej interesują techniki zdobnicze, niż finalny produkt, czyli bardziej proces niż końcowy efekt, który faktycznie jest, w przypadku Indii, mocno ukierunkowany kulturowo i często boleśnie „zużyty”. Najciekawszym stanem jest dla mnie stan konfliktu, zestawienia moich konotacji kulturowych z tymi szeroko akceptowalnymi w Indiach. Następnie tonowanie tego konfliktu poprzez interpretacje tradycyjnych motywów, wzorów, układów na własny sposób, redukując kulturalne aspekty i tworząc własną warstwę semiotyczną. Wtedy inspiracja zaczyna żyć swoim własnym, powykręcanym życiem. Najciekawsze są jednak projekty interakcyjne i wspólna interpretacja niektórych pojęć z Indusami. To jak nakładanie podwójnego filtra na problem. Jest to proces twórczy, odtwórczy, imitacji, innowacji, ciągłej nauki.

MN: Uczestniczyłaś w warsztatach z lokalnymi kobietami?

AJ: Tak, we wrześniu ubiegłego roku miałam okazję zamieszkać na indyjskiej wsi i pracować tam z grupami samopomocy kobiet nad własnym projektem w ramach międzynarodowego programu rezydenckiego dla artystów organizacji Sandarbh. Było to niesamowitym doświadczeniem, bo wpisało się to idealnie w tradycję antropologii designu, w której funkcjonuje mój research naukowy. Nie ukrywam, że nie było to zadaniem łatwym. Trudno jest wytłumaczyć kobietom pracującym w polu, rozpoczynającym swój dzień o 5 rano jak mogą „spożytkować” inspiracje codziennego dnia oraz zinterpretować tradycyjne techniki zdobnicze tak, by stworzyć ubranie, czy rozwinąć lokalny produkt. Całe to doświadczenie było dobrą lekcją pokory jeśli chodzi o praktykę tzw. projektowania uczestniczącego. Traktuje je jako wstęp, zapoznanie się z problemem w warunkach field work-u. Zamierzam wrócić do Partapuru jesienią i kontynuować proces wzajemnego uczenia się z lokalnymi grupami kobiet i spróbować stworzyć sample produktu lokalnego, które mogłyby dać kobietom źródło dochodu.

MN: Powstały tam jakieś konkretne, gotowe produkty?

AJ: Ja zrobiłam trzy kurtki i pokrowce na komórki, razem z tymi kobietami. Na kurtki stworzyłam własny materiał o wymowie symbolicznej. Partaput to była taka większa wieś, może nawet już jakaś niewielka pipidówka miejska. Z tego powodu ściągali do niego ludzie z pobliskich wsi. Żeby kupić materiały dla kobiet na spódnice albo bluzki. Oddać coś do krawca etc. Dlatego też w Partapurze była cała ulica „oblepiona” małymi zakładami krawieckimi. A że mieszkańcy Partapuru i okolicznych wiosek są jak zwykle w Indiach podzieleni na wiele różnych grup – religijnych, społecznych, zawodowych etc – to nie należy do rzadkości, że przedstawiciele tych grup mają swoje własne symbole sartorialne, czyli odpowiednie dla siebie materiały (o odpowiednich wzorach). A nawet „zestawy” ubrań, społeczne kostiumy. Niektóre grupy miały też swoich krawców, sklepy z pasmanterią i tak dalej. Stąd też wziął się mój pomysł na to, żeby brać ścinki tkanin od krawców, za jakieś 10-50 Rs [60 rupii = 1 dolar], pociąć je i zrobić taki społecznie zintegrowany materiał. Cięłam te wszystkie szmatki na mniejsze części i dzieliłam je kolorystycznie. Z tego robiłam materiał. Zamówiłam w lokalnym sklepie z z materiałami organzę z Suratu. Układałam te kawałki na bawełnie, przykrywałam je organzą i quiltowałam. Zajmowało to wieki.

MN: Taki patchwork?

AJ: Nie do końca. Z organzy powstał szkielet, takie „worki”, osobny na każdy element konstrukcji. I do tych worków wkładałam te strzępki. W taki sposób zrobiłam trzy kurtki. Jedną inspirowaną konstrukcją podkoszulką radżastańskiego rolnika, drugą z wykroju europejskiego i trzecią z luźnych elementów związywanych sznurkami. Podczas warsztatów z kobietami rozmawiałyśmy o emocjach, inspiracjach, semiotyce ich przeżyć, życia, śmierci, strachu. Stąd dodałam też wyszywane motywy na powierzchnie kurtek. Chodziło mi o to, żeby stworzyć po pierwsze coś o wymowie społecznej, taką społecznie zintegrowaną tkaninę polityczną, a po drugie, rodzaj materiału, który można zrobić samemu za niewielkie pieniądze. Na podobnej zasadzie powstały pokrowce na telefony etc. Koszt takiego pokrowca to byłyby 1-2 rupie no i satysfakcja, że można coś zrobić samemu.

MN: Tyle się mówi o tym, że grupy zawodowe i religijne w Indiach są szczelnie zamknięte. Jak tak zrobiłaś kurtkę z tych „posklejanych symbolik” to nikt ci nie miał za złe takiego łączenia symbolicznego grup?

AJ: Nie. Ja pocięłam coś, co było teoretycznie neutralne, po prostu siłą zwyczaju należało do którejś konkretnej grupy. Ale nie było tam symboli religijnych. Podczas dnia otwartego przyszło parę osób z jednej grupy i w tych strzępach ścinek znaleźli kilka pociętych swoich. Jaka była radość! Od razu stwierdzili, że to jest „ich” kurtka, zrobiona zgodnie z ich tradycją. Jeden pan radził mi nawet, jakie powinny przy niej być guziki. Ale najlepszym momentem było spotkanie z pewnym starym człowiekiem, który chował wielbłądy, owce i tak dalej. Pasterze mają bogatą tradycję rękodzieła, szczególnie ci starsi. Podczas wypasu zwierząt z dala od rodzin pracują nad jedną rzeczą po kilka dni albo tygodni. Zobaczył moja kurtkę, podszedł i zapytał „ile dni ją robiłaś?”.

MN: Nie zapytał, jak drogi był materiał, nie czyj to projekt ani jaka metka, ale ile dni pracy Cię to kosztowało.

AJ: Dokładnie. Bo ten człowiek, który wie, ile w takie rzeczy idzie pracy rozpoznał, że to rzecz, której zrobienie zajęło dużo czasu. Powiedział, że mu się podoba i to było najlepsze co mogło się przydarzyć na tej wsi.

MN: No właśnie, i to sprowadza nas do wartości rękodzieła w Indiach. Byłaś na Tygodniu Mody w Delhi, mówiłaś, że nadal sprzedaje się głównie ciężka praca?

AJ: Tak, najlepiej schodzą rzeczy, w które włożono dużo pracy. Ze względu na powszechną i głęboko rozwiniętą tradycję rękodzieła w Indiach, Indusi nadal szukają ubrań ręcznie ozdabianych; ręcznie haftowanych, wyszywanych czy farbowanych. I właśnie to się sprzedaje.

MN: Czyli to, co u nas zalicza się do kategorii Haute Couture, tam jest codziennością?

AJ: Mniej więcej. Ubrania wystawiane przez indyjskich projektantów i mówię tu o kolekcjach wybiegowych, jak również o strefie wystawienniczej, są nadal mocno umocowane w tradycji kunsztownego ozdabiania tkanin, choć oprócz tradycyjnych technik i wzorów, pojawiają się ich nowoczesne interpretacje, które są zdecydowanie dużo bardziej ciekawymi propozycjami, a jednocześnie propozycjami, które się sprzedają.

MN: A kolekcje wzorowane na na zachodnich mają szanse przebicia?

AJ: Porównując ubiegłoroczny z tegorocznym, nie było żadnych dramatycznych przesunięć, choć widać, że ożywił się trochę blok projektantów tworzących w stylu minimalistycznym. Z bardziej „wewnętrznych” źródeł wiem, że nie są to rzeczy, które się dobrze sprzedają, ale z pewnością marki minimalistyczne cieszą się coraz większą popularnością na platformie mediów społecznościowych. Chociaż wiemy z naszych polskich doświadczeń, że kółka wzajemnej, socialmediowej adoracji niekoniecznie przekładają się na realną sprzedaż.

[Kilka godnych uwagi minimalistycznych marek indyjskich na Facebooku to Bodice, HUEMN i reboot.mw.ww ]

MN: Zamierzasz wrócić do Indii w najbliższym czasie?

AJ: Nie wyobrażam sobie życia bez Indii, bez Azji. Czasami czuję, że w Polsce jestem tylko na chwilę i jest to taki smutny, coroczny okres czyśćca dla mnie, czekania na mentalnych walizkach.. czekania, aby znów wyjechać. W tym roku muszę też przeprowadzić badania terenowe, wprowadzić w jakiś bardziej zaawansowany stan to, co zaczęłam w poprzednim roku. Także… tak, wracam.

Zdjęcia: archiwum prywatne Anny Jankowskiej plus jedno zdjęcie autorstwa Martyny Nawrockiej (tytułowe)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *